PROLOG

W którym czyjaś noc pełna przyjemności kończy się w sposób nader nieprzyjemny, a półmiski muszą poczekać jeszcze kwadrans, zanim trafią na swoje miejsce w kredensie.
Kiedy komisarz Stanisław Jednoróg dotarł na plażę u podnóża willi Rożnowskich, złociste trąbki sygnałowe dawno już zdążyły odegrać sygnał pobudki w austriackich koszarach na wzgórzu wawelskim, widocznym ponad wodami Wisły w przebijającym resztki mgły bladawym kwietniowym słońcu. Z okien na drugim piętrze neogotyckiej wieżyczki wyglądały dwie ciekawskie panny służące, które dziwowały się wszystkiemu: chodzącym po wiślanym brzegu policjantom, stojącym nieco z boku trzem żołnierzom i, przede wszystkim, spoczywającemu na mokrym piasku trupowi młodej dziewczyny.
Leżała na wznak, z rozpuszczonymi włosami, zakrywającymi twarz i spływającymi szeroką kasztanową falą na piersi. Bluzka z białego płócienka i spódnica z grubego granatowego sukna, wciąż wilgotne, ciasno przylegały do młodego ciała, które nie mogło mieć więcej niż dwadzieścia lat. Gdyby przechodził tędy jeden ze studentów Akademii Sztuk Pięknych, z pewnością pomyślałby o jakiejś prerafaelickiej Ofelii, ale o tej porze na Dębnikach trupa oglądały tylko służące, szeregowi policjanci, komisarz i żołnierze – po jasnoniebieskich kurtkach oraz czerwonych spodniach i czapkach można było w nich poznać ułanów z Trzeciego Pułku Arcyksięcia Karola – słowem: ludzie w sztuce nieobyci. Ostatecznie mogłaby się tu zaplątać żona jednego z miejscowych rybaków czy wędrowny przekupień, ale studentów Akademii jak na złość nie było. A szkoda, któryś mógłby stanąć w pobliżu, oprzeć nogę na kamieniu i w szkicowniku zapisać prędko rzucanymi na papier kreskami ten moment: poranek 17 kwietnia roku 1895, kiedy fale Wisły wyrzuciły na brzeg ciało dziewczyny, które w miejscu, gdzie niedawno biło serce, miało rudą plamę krwi, zakrzepłej na bluzce jak wielki pociemniały kwiat maku. Publiczność lubiła dramatyczne sceny, zwłaszcza jeśli w tle namalowana była jakaś czytelna alegoria – na przykład ponury starzec w opończy symbolizujący śmierć. Albo złamana lilia. Zza zakrętu Wisły wyszło jeszcze dwóch policjantów, żółtodziobów, którym ledwo wąs się sypnął blond puszkiem – panny służące z wieżyczki zwróciły na nich wyraźnie większą uwagę niż na szacownego komisarza, który mógłby się raczej podobać równie szacownej matronie. W wyciągniętych rękach nieśli jakieś ociekające wodą szmatki; kiedy ułożyli je na piasku obok zwłok, nawet z wieżyczki dało się dostrzec, że to znaleziony na brzegu czy w przybrzeżnych szuwarach żakiecik uszyty z tego samego granatowego sukna co spódnica. Stali teraz i wpatrywali się to w trupa, to w ziemię, to w żołnierzy. Za nimi nadszedł lekarz policyjny, doktor Albin Schwarz; musiał być tu już wcześniej i stwierdzić zgon – w tej chwili nudził się nieco w oczekiwaniu na transport zwłok do prosektorium i może dlatego wybrał się z młodymi policjantami niby to na poszukiwania, a tak naprawdę na spacer, choć jak na połowę kwietnia, wciąż było zimno.
W głębi willi Rożnowskich ktoś krzyknął i panny służące zatrzasnęły otwarte okienka, po czym pobiegły do swoich zajęć. Była środa po Wielkanocy, w przepastnych szafach kredensowych trzeba było pochować odświętne serwisy, paradne srebra, wielkie półmiski, na których dopiero co rozstawiano święcone: pęta kiełbas, garnirowane szynki, mazurki i baby pieczone z kopy jaj. Nie było czasu na takie atrakcje.
Rozdarta zasłona
Bestsellerowa seria kryminalna! Pod willą Rożnowskich wielkie zbiegowisko – Wisła wyrzuciła na brzeg zwłoki młodej dziewczyny. W domu profesorostwa Szczupaczyńskich nie mniejsza tragedia: Karolcia – dopiero co przyuczona do służby – niespodziewanie złożyła wymówienie. A tu zbliża się Wielkanoc i Zofia Szczupaczyńska musi się zająć całym domem, mając do dyspozy...
Spodobał Ci się fragment?
e-book · audio
e-book
e-book
e-book · audio