PROLOG
Po tylu latach to miejsce wciąż pachniało krwią.
Pojawiał się tam tak często, jak tylko mógł. Zawsze nocą. Przemykał wśród cieni. Przekradał się pomiędzy szorstkimi pniami górskich drzew. Jego stopy odbijały się cicho od kamienistej ziemi, a zimne powietrze owiewało mu twarz. Przyzywany przez tę woń, kuszony echem ostatniego, pełnego przerażenia krzyku i wspomnieniem spływających po jej policzkach łez.
Minął kolejny zakręt na krętej drodze. Poruszał się z zaskakującą dla niego samego szybkością i świeżością. Jakby każdy pokonany metr odmładzał jego ciało, a przestrzeń i czas splatały się ze sobą, żeby mógł powrócić nie tylko do tamtego miejsca, lecz także do tamtej chwili.
Zamarł, kiedy usłyszał przed sobą głosy. Rzucił się w bok. Schował w ciemności. Przywarł do ziemi. I obserwował. Wkrótce zobaczył dwa promienie latarek, które wędrowały po ziemi, prześlizgiwały się po trawie, porozrzucanych dookoła głazach i pnących się pionowo w górę świerkach. Wstrzymał oddech, a potem skoczył do przodu, zbliżając się do intruzów.
To była jego ziemia. Jego święte miejsce. Nie mieli prawa tu przebywać.
– Znalazłeś?
Kobiecy głos. Miękki i dźwięczny, ale dało się w nim usłyszeć zmęczenie.
– Tak. Już kilka minut temu.
– Naprawdę?
– Nie, kurwa! Nie naprawdę! Przecież jakbym znalazł, tobym ci powiedział! Co ty myślisz? Że mi się podoba takie jebanie się tutaj po nocy?!
Drugi głos należał do mężczyzny. Raczej młodego. Z trudem panującego nad emocjami. Kiedy zmrużył oczy, był w stanie dostrzec ciemne kontury ich sylwetek. On był wysoki i szczupły. Pochylał się jednak nad ziemią, jakby złamało go wpół. Ona była sporo niższa od niego. Tęższa. Promień jej latarki zbliżył się do niego, oświetlając jego obcisły rowerowy strój i skrawek kasku na głowie.
– Ale nie musisz być taki wredny.
– A ty nie musisz zadawać głupich pytań.
Kobieta sapnęła tak głośno, jakby wypuszczała parę z głębi swojego ciała.
– To ty zgubiłeś klucze, nie ja.
– Dzięki za przypomnienie – rzucił kąśliwie.
Poczekał, aż znowu skupią się na poszukiwaniach, i skoczył do przodu. Trzy duże kroki i przywarł do kolejnego drzewa. Czuł, że drżą mu płatki nosa. W ustach zbierała się ślina, a jego serce płonęło gniewem.
– Może wracajmy po prostu do domu – zaproponowała kobieta.
Mężczyzna prychnął zirytowany.
– I co wtedy? – rzucił. – Nie mamy kluczy! Jak niby dostaniemy się do środka?
– Nie wiem. Ślusarza wezwiemy?
– O tej porze? Niby skąd?
Pokręciła głową.
– Mówiłam, że ten plan wycieczki jest zbyt ambitny.
– Nie! Nie był zbyt ambitny! – warknął mężczyzna. – Gdybyś nie postanowiła robić sobie pieprzonej sesji zdjęciowej, to już dawno bylibyśmy przy samochodzie!
– I co by nam to dało, skoro i tak zgubiłeś klucze?
– Zgubiłem klucze, bo się tu zatrzymaliśmy, bo jej wysokość musiała sobie, kurwa, odpocząć.
– Bo twój plan był zbyt ambitny. Mówiłam ci przecież, że mogę nie dać rady.
Machnął tylko w odpowiedzi ręką i w milczeniu wrócił do przeszukiwania okolicy.
– Trzeba było komuś zostawić zapasowe klucze – odezwała się.
– Ale nie zostawiliśmy, okej. A teraz nie mamy jak dostać się do domu. I może zamiast tyle gadać, weź się do roboty.
Kobieta zastygła na moment i po prostu przyglądała się towarzyszącemu jej mężczyźnie.
On natomiast wykorzystał ten moment, żeby zbliżyć się do nich jeszcze bardziej. Czuł, jak z każdym krokiem napinają mu się mięśnie, jak rośnie w nim podniecenie, jak w gardle rodzi się ryk drapieżnika. Wyobrażał już sobie, jak na nich spada. Jak jego pazury rozrywają im gardła. Jak pięści miażdżą kości. Niemalże potrafił poczuć słodki zapach ich krwi.
To była jego ziemia. Jego święte miejsce.
Właśnie wtedy kobieta niespodziewanie wróciła do swoich poszukiwań. Promień jej latarki padł prosto na niego. Wydała z siebie pełen przerażenia krzyk. On natomiast skoczył w bok, znowu chowając się za najbliższym drzewem.
– Co się dzieje? – zapytał mężczyzna, podchodząc do niej.
– Ktoś tam był!
Mężczyzna poświecił latarką prosto w las.
– Zdawało ci się.
– Ktoś tam był!
Mężczyzna raz jeszcze poświecił w stronę gęstwiny. Promień latarki prześlizgiwał się raz po lewej, raz po prawej stronie drzewa, za którym się ukrywał. W pewnym momencie poczuł jego miękki dotyk na swojej skórze. Zacisnął zęby i przykucnął, szykując się do skoku.
– Wracajmy do samochodu – powiedział mężczyzna.
Sekundę potem usłyszał ich oddalające się kroki. Wyjrzał zza drzewa. Mężczyzna szedł tuż za kobietą, co pewien czas się obracał i zerkał w stronę lasu. W końcu podnieśli leżące z boku rowery, włączyli lampki i pośpiesznie odjechali. Coś w nim wyło, żeby rzucić się za nimi w pogoń, ale powstrzymał się.
Opuścił swoją kryjówkę. Podszedł do miejsca, gdzie wcześniej znajdowali się rowerzyści. Nagle poczuł pod stopami coś ostrego. Schylił się i podniósł pęk kluczy. Obracał go przez chwilę w dłoni, a potem rzucił daleko przed siebie. Klucze upadły gdzieś na rozciągającej się przed nim górskiej łące.
Odetchnął. Rowerzyści zniknęli. Był tutaj sam. W miejscu, gdzie wszystko się zaczęło. Gdzie nastąpiła przemiana. Gdzie z kogoś zwyczajnego stał się bestią. I był nią już tak długo, że niemal zapomniał, jak to jest być zwykłym człowiekiem.
Ta dwójka teraz zdążyła uciec. Ale wiedział, że pewnej nocy znowu tutaj kogoś spotka.
I wtedy bestia zaatakuje.
Rytuał
Komisarz Jakub Mortka po latach wraca w Karkonosze. Tym razem prywatnie – tylko on, jego ukochana z Francji i góry. Tyle że podczas wędrówki w pięknym ustronnym miejscu znajdują zwłoki. Romantyczny wyjazd zamienia się w koszmar – tym większy, że zanim Mortka zdąży powiadomić miejscową policję, ciało znika. Komisarz zaczyna własne śledztwo, w którym nieoczekiwanie pomaga m...
Spodobał Ci się fragment?
e-book · audio
e-book · audio
e-book
e-book · audio