Rozdział 1
Światowa Dominacja
1
Salon sukni ślubnych, ul. Nowogrodzka
Przyglądanie się sobie w lustrze zdaniem Chyłki świadczyło o tym, że żyje się raczej dla innych niż dla siebie. Nigdy nie poświęcała temu wiele uwagi, nie interesowało jej przesadnie, w jaki sposób widzą ją inni. Ci, którzy wydawali osąd na tej podstawie, nie byli warci jej zainteresowania.
Nigdy więc nie sądziła, że spędzi tyle czasu w jakiejkolwiek przymierzalni. A już szczególnie nie w salonie sukien ślubnych – ostatnim miejscu, gdzie spodziewała się trafić.
Teraz jednak we wszystkim brała pod uwagę nie tylko siebie, ale także kogoś innego.
Przesunęła wzrokiem po długiej sukni z rozłożystym dołem i mocno podkreśloną talią, a potem zaklęła cicho i sięgnęła po komórkę. Nie zamierzała znosić tego koszmaru sama, kiedy od dzielenia podobnych ciężarów miała swojego człowieka.
– Co jest, trucizno? – rzucił Kordian.
– Zrywam zaręczyny.
– Aha.
– Mówię poważnie, Zordon – odparła, lekko obracając się ze wzrokiem utkwionym w lustrze. – Ślub odwołany.
– I dlaczego tym razem?
– Bo mam tego dosyć. Przymierzam siódmą kieckę w ciągu godziny.
– Musisz świetnie się bawić.
– Zamknij japę.
Usłyszała ciche siorbnięcie, zerknęła na godzinę i uznała, że Zordon niedawno zjechał na parter Skylight, żeby napić się latte. Pewnie jakiegoś sezonowego, z dużą ilością aromatów i nikłą zawartością kofeiny.
– Czyli żadnych postępów? – spytał.
– Żadnych. W poprzednich wyglądałam, jakbym po pijaku zawinęła się w firankę, a w aktualnej, jakbym włożyła na siebie ozdobny biały klosz. To jest jakiś, kurwa, cyrk.
– Może w takim razie…
– Nie ma mowy, żebym w tym paradowała.
– W porządku, ale…
– I nie mam zamiaru przymierzać ani jednej więcej.
W słuchawce rozległo się ciche chrząknięcie.
– Dla mnie mogłabyś przyjść nawet w worku na ziemniaki – odparł Oryński. – I tak bym…
Rozłączyła się, położyła komórkę na niewielkiej półce, a potem jeszcze raz się obróciła, krzywiąc się coraz bardziej. W końcu rozsunęła zasłonę i wyszła na zewnątrz.
Magdalena zareagowała na jej widok dokładnie tak samo jak przy sześciu poprzednich razach. Oczy jej się zaświeciły, dłonie mimowolnie uniosły do ust. Zanim jednak je otworzyła, Joanna ostrzegawczo podniosła rękę.
– Ani słowa.
– Ale wyglądasz…
– Jakbym się odjebała na bal przebierańców.
– Właściwie to twój ślub, więc…
– Więc nie ma powodu do świętowania – ucięła szybko Chyłka, marząc już tylko o tym, by ściągnąć tę suknię, a potem narzucić na siebie koszulkę z Eddiem i skórzaną kurtkę, w których przyszła. – Potrzebuję czegoś czarnego.
– Rozmawiałyśmy już o tym.
Joanna rozejrzała się za kobietą z obsługi, która była tak przymilna i uprzejma, że właściwie można by ją dodawać do latte Zordona zamiast cukru. W końcu ekspedientka zorientowała się, że klientka jej wypatruje, i podeszła szybkim krokiem.
Otaksowała ją profesjonalnym spojrzeniem, kiwając głową z satysfakcją.
– Wygląda pani wprost cudownie – oceniła. – Ta suknia ma przepiękny, długi tren, który idealnie do pani pasuje i rozświetla pani urodę. Ta niegniotliwa tkanina marchiano naprawdę robi wrażenie, prawda? Zrobimy jeszcze podszewkę pod ten półprzezroczysty gorset, żeby czuła się pani bardziej komfortowo. W tej chwili z tyłu jest zamek, ale jeśli pani woli, możemy zmienić go na wiązanie.
Chyłka milczała, a pracowniczka salonu wydawała się coraz bardziej zachwycona tym, jak wygląda klientka. W pewnym momencie zaczęła sprawiać wrażenie, jakby brakowało jej słów, by to opisać.
– Jest naprawdę pięknie dopasowana do pani figury i osobowości – dodała.
– Cycki mi wystają.
Kobieta lekko potrząsnęła głową.
– Możemy oczywiście zmniejszyć dekolt – oznajmiła szybko. – I moim zdaniem idealny będzie długi welon z perełkami, jak pani sądzi?
– Sądzę, że chyba panią…
– O, wiem! – rzuciła pracowniczka, zupełnie nieświadoma, czego właśnie uniknęła. – Rękawki z linii Glow. Miała pani okazję je obejrzeć? Będą się świetnie komponowały z całością.
– Powiem pani, co się świetnie skomponuje.
– Tak?
Magdalena kaszlnęła cicho i szybkim krokiem podeszła do kobiety.
– Jaka jest cena? – zapytała.
– Jedenaście tysięcy.
– Co? – rzuciła Joanna. – Za ten pieprzony abażur?
Rozmówczyni natychmiast spoważniała, jakby urażona.
– Wie pani, to droga tkanina…
– Z czego? Rzęs jednorożców?
– Sprowadzaliśmy ją na zamówienie prosto z Mediolanu. Suknię zaprojektował znany designer, jest to produkt najwyższej jakości. Mogę oczywiście pokazać pani inne, jeśli…
– Daj mi jakąś czarną.
– Słucham?
– W tym nie weszłabym nawet na plan reklamy Princessy – odparła Chyłka, przesuwając dłońmi po rozłożystej dolnej części. – Macie jakąś w czerni czy nie?
– Naprawdę chciałaby pani iść do ślubu w…
– Nie tylko chciałabym, ale powinnam. Złożę tam na ołtarzu swoją wolność i zacznę żałobę, która skończy się dopiero, kiedy odwalę kitę. Trzeba się umartwiać, a nie świętować.
Kobieta wydawała się niepewna, czy klientka jej przypadkiem nie podpuszcza. Zerknęła na stojącą obok Magdalenę, jakby to ona była jedyną normalną osobą w pomieszczeniu.
– Mogłybyśmy chociaż rzucić okiem?
– Cóż… to raczej niespotykane, żeby…
– Nie opowiadaj bzdur – ucięła Joanna. – Kristen Bell poszła na ślub cała w czerni. Tak samo Sarah Jessica Parker. Avril Lavigne, Ellen Pompeo i Tina Turner też.
Magda odwróciła się do siostry i uniosła brwi.
– Widzę, że się przygotowałaś – rzuciła.
Zanim którakolwiek z kobiet zdążyła cokolwiek odpowiedzieć, rozległ się dźwięk cichego dzwoneczka u drzwi, a te otworzyły się na oścież. Do środka wszedł Kormak, sprawiając wrażenie nieco zagubionego, jakby nie dowierzał, że trafił we właściwe miejsce.
Objął wzrokiem pomieszczenie, a potem utkwił go w Chyłce i zamarł z otwartymi ustami.
– To pan młody? – odezwała się pracowniczka salonu.
– Nie ubliżaj mi – odparła Joanna pod nosem, podchodząc do niego. – Co tu robisz, chudzielcu?
– Ja…
– Ty.
Wciąż nie odpowiadał, a Chyłka położyła ręce na talii.
– Wyglądasz…
– Jakbym zaraz miała zacząć kręcić się w kółko do jakiejś melodyjki – powiedziała. – A ty nie lepiej. Po co tu przylazłeś? Zordon cię wysłał?
Kormak zamrugał nerwowo.
– Nie – odparł. – Mam sprawę.
– I nie mogła poczekać, aż ściągnę z siebie tę konstrukcję?
– Nie do końca, bo ta sprawa czeka na zewnątrz.
Szczypior obrócił się przez ramię, a Joanna zerknęła w kierunku drzwi. Zobaczyła tylko wątłą starszą kobietę, która stała tyłem do wejścia i obejmowała się ramionami.
– Wiedziałam, że Anka postarzeje się przez związek z tobą, ale nie przypuszczałam, że aż tak.
– To matka mojej znajomej. Może kojarzysz, Julki Byszkiewicz.
Joanna zmrużyła lekko oczy. Nazwisko coś jej mówiło, ale nie przypominała sobie, by kościotrup wcześniej go używał.
– Mówiłem ci o niej.
– Widocznie nie słuchałam.
– To ta, która się zabiła parę miesięcy temu – odparł cicho Kormak.
Chyłka krótkim skinieniem głowy potwierdziła, że pamięta. Szczypior rzeczywiście o tym wspominał, choć chyba specjalnie się nie rozwodził.
– Tyle że jej matka twierdzi, że to nie było samobójstwo – dodał.
– Jak każdy rodzic w podobnej sytuacji.
– Ale mówi, że ma dowody, i…
– Jakie dowody?
– Twarde.
– I co? Widziałeś je?
– Nie – przyznał. – Ale nawet bez nich udało jej się mnie przekonać, że Julka nie odebrała sobie życia. Jej zdaniem została zamordowana.
Joanna westchnęła cicho, przyglądając się Kormakowi. Znała go na tyle dobrze, by wiedzieć, że jeśli głęboko w coś wierzy, to ma ku temu podstawy. W tej chwili ewidentnie tak było.
– I dlaczego przychodzisz z tym do mnie? – rzuciła.
– Bo jej matka chce, żebyś to ty znalazła sprawcę i go oskarżyła.
Chyłka poprawiła dekolt, podciągając go nieco. Przez lata ludzie przychodzili do niej z różnymi absurdalnymi pomysłami, ale tego się nie spodziewała.
– Jak ostatnio sprawdzałam, byłam adwokatem, a nie prokuratorem – odparła. – Wprawdzie ze świeżo odzyskanym prawem do wykonywania zawodu, ale jednak.
– No tak, ale…
– Nie oskarżamy ludzi. Bronimy ich.
– Tyle że ona była już wszędzie – powiedział chudzielec. – Prokuratura za każdym razem odmawiała wszczęcia śledztwa.
– To niech złoży do sądu zażalenie na postawie artykułu trzysta sześć, paragraf jeden, Kodeksu postępowania karnego.
– Eee… chyba już złożyła. To znaczy zrobiła wszystko, co się dało zrobić. Wyczerpała całą drogę prawną.
Joanna nie była co do tego przekonana, bo była to dość długa procedura. Niewykluczone jednak, że kobieta działała szybko i rzeczywiście dotarła do etapu, w którym sama mogła wyznaczyć adwokata mającego przejąć rolę prokuratora.
– Więc zamarzyło jej się, żebym to ja została oskarżycielem posiłkowym? – spytała Chyłka.
– Na to wygląda.
– To nie robota dla mnie.
– Posłuchaj chociaż, co ma do powiedzenia.
– Nie muszę – rzuciła pod nosem Joanna, a potem rozłożyła ręce. – Czy ja ci naprawdę wyglądam na jakąś paderopodobną kreaturę? Nie oskarżam ludzi, nie pakuję ich do więzień. Chyba że ktoś zacząłby stawiać zarzuty discopolowcom. Może dołączyłabym się jako subsydiarny.
Szczypior patrzył na nią z nadzieją w oczach, jakby w głębi duszy liczył na to, że Chyłka zmieni zdanie.
– Nie możesz po prostu z nią pogadać? Nic nie stracisz.
– Oprócz czasu, którego zmitrężyłam już dziś dostatecznie.
– Chyłka… proszę.
Trudno było tak po prostu zignorować błagalne spojrzenie Kormaka. W końcu pokręciła głową z niezadowoleniem i mruknęła cicho, by ją tu przyprowadził.
Ledwo chudzielec zaczął odchodzić, jak na zawołanie wróciła pracowniczka salonu. Uśmiech miała niby przyklejony.
– I jak? – spytała.
Joanna rzuciła okiem w kierunku wyjścia. Właściwie powinna zabrać stojącą tam kobietę do kancelarii i tam z nią porozmawiać. Chciała jednak mieć to z głowy jak najszybciej.
– Na zewnątrz czeka moja matka – oznajmiła. – Pogadamy tu chwilę, zastanowimy się wspólnie.
– Oczywiście. A czy chce pani zobaczyć jeszcze suknię z innej kolekcji?
Chyłka odwróciła się do niej.
– A ty chcesz zobaczyć borsuka?
– Niech pani nie odpo… – zaczęła Magdalena, ale było już za późno.
– Jakiego borsuka?
– Tego, co jajami w szyby stuka.
Chyłka czekała przez moment na odpowiedź, ale kobieta tylko otworzyła usta i zamarła. Uznawszy, że teraz da im spokój, Joanna ruszyła powolnym krokiem w kierunku drzwi.
Otworzyła je i wpuściła do środka starszą kobietę, która wyglądała, jakby właśnie spotkało ją największe błogosławieństwo. Uścisnęła Joannie dłoń i długo nie puszczała, patrząc na nią z wdzięcznością.
Przedstawiła się jako Pola Byszkiewicz, a Chyłka znów odniosła wrażenie, że skądś zna to nazwisko. Nie potrafiła jednak stwierdzić skąd. Wydawało jej się, że Kormak o nim nie wspominał, w mediach z pewnością też się nie pojawiło.
– Pani mecenas, dziękuję, że zdecydowała się pani…
– Wystarczy Chyłka. Przez „panią” czuję się, jakbym miała zacząć walić biovital prosto z gwinta.
– Rozumiem – odparła nieco skonsternowana rozmówczyni, po czym powiodła wzrokiem po salonie. – Gdzie mogłybyśmy porozmawiać?
Joanna wskazała kanapę, a potem sama z trudem się na niej usadowiła, czując, jak fiszbiny wbijają jej się w skórę. Zaklęła cicho.
– Ostatnim razem takie problemy z siadaniem miałam, kiedy nosiłam pasożyta.
– Słucham?
– Nic – odparła Chyłka, starając się jakoś ułożyć dół sukni. – Jak ci projektanci w ogóle sobie wyobrażają, że się w tym chodzi do kibla?
– Szczerze mówiąc…
– Przecież samej się tego wszystkiego nie utrzyma.
Joanna westchnęła cicho, a potem odwróciła się do siedzącej obok Poli. Przez ułamek sekundy wydawało jej się, że skądś kojarzy jej twarz. Zaraz jednak uczucie znajomości znikło.
– Dobra – odezwała się Chyłka. – Niech pani mówi.
– Cóż…
Byszkiewicz zawahała się, nerwowo wodząc wzrokiem wokół. Zupełnie jakby wcześniej przygotowała sobie całe przemówienie, ale teraz zapomniała, od czego w ogóle chciała zacząć.
– Musi pani wiedzieć, że moja córka nigdy nie targnęłaby się na swoje życie. Miała kochających…
– To mnie nie interesuje.
– A co?
– To, czy po odmowie ze strony prokuratury złożyła pani zażalenie do sądu.
– Tak.
– I?
– Sąd się przychylił. Uwzględnił je.
Od czasu do czasu tak się działo, skwitowała w duchu Chyłka. Nie znaczyło to jeszcze, że na rzeczy było faktycznie coś więcej niż samobójstwo. Sędzia mógł po prostu uznać, że oskarżenie zbyt szybko spasowało.
– Czyli sprawa wróciła do prokuratora – odezwała się Joanna. – Co zrobił?
– Znów podjął decyzję o tym, żeby nie wszczynać postępowania.
– Zaskarżyła ją pani do prokuratora nadrzędnego?
– Tak – odparła ciężko Pola. – Ale on utrzymał w mocy postanowienie podwładnego.
A zatem kobieta rzeczywiście przeszła całą drogę – i to najwyraźniej sama, bo nie zająknęła się na temat tego, by jakikolwiek prawnik jej pomagał.
– Nie zatrudniła pani nikogo do reprezentacji?
– Nie.
– Dlaczego?
Byszkiewicz rozejrzała się po salonie, a Chyłka dopiero teraz zrozumiała, dlaczego kobieta to robi. W miejscu, gdzie sprzedawano suknie za jedenaście tysięcy i częstowano klientki szampanem, czuła się nieswojo.
– Nie mam zbyt wiele pieniędzy – powiedziała Pola.
– I mimo to przyszła pani do mnie? Gratulacje.
– Tak, bo…
– No? – rzuciła ponaglająco Joanna. – Nie słyszała pani, że po pierwsze nie oskarżam, tylko bronię, a po drugie, że Wojewódzkiego na mnie stać wyłącznie dlatego, że z sympatii dałam mu upust?
– Ja właściwie…
Byszkiewicz potrząsnęła głową, a potem przesunęła dłonią po rzedniejących siwych włosach.
– Pani mat… To znaczy twoja matka mi cię poleciła.
– Co takiego?
– Powiedziała, że jesteś najlepsza w swoim fachu. I że jeżeli ktoś ma uczynić zadość za krzywdę wyrządzoną mojej córci, to właśnie ty.
Chyłka powoli obróciła się w stronę rozmówczyni.
– Skąd pani zna moją matkę? – rzuciła.
– Stąd, skąd ciebie.
– Znaczy?
– Naprawdę nie pamiętasz?
Byszkiewicz. Byszkiewiczowie.
Joanna zmrużyła oczy, niepewna, czy pamięć nie płata jej figla. Jezu, Byczkiewicze. Magdalena kiedyś przekręciła ich nazwisko i od tamtej pory Joanna mówiła na nich Byczki – reszta rodziny także. Nigdy po pełnym nazwisku, zawsze per Byczki.
– A jednak kojarzysz – odezwała się Pola. – Nie dziwię się, że z takim trudem. Minęło wiele lat.
– Mieszkaliśmy na tym samym osiedlu. Zanim matka wyjechała do Niemiec.
– Zgadza się – potwierdziła Byszkiewicz i uśmiechnęła się lekko. – Przyjaźniłyśmy się, czasem do mnie przychodziłyście. Pamiętam, że lubiłaś bawić się z naszym pieskiem.
– Łapsem.
Pola sprawiała wrażenie, jakby właśnie wspólnie osiągnęły jakiś przełom na miarę opracowania leku na nowotwór.
– Ale nie miała pani żadnych dzieci – dodała Chyłka.
– To prawda. Staraliśmy się z mężem, ale bez skutku, w końcu zrezygnowaliśmy. Zmarł jakiś czas po tym, jak się wyprowadziłaś, a ja związałam się później z kimś innym. Zaszłam w ciążę dopiero w wieku pięćdziesięciu lat. Było pewne ryzyko, ale…
– I chce mi pani powiedzieć, że córka zupełnym przypadkiem znała się z moim chudzielcem? – przerwała jej Joanna, wskazując na stojącego przy drzwiach Kormaka.
– Nie zupełnym przypadkiem.
– Więc słucham: co tu się, kurwa, dzieje?
Pola płytko nabrała tchu, a Chyłka usłyszała ciche rzężenie w płucach. Dobrze je znała.
– Córcia przyjechała tutaj na studia dwa lata temu – podjęła Byszkiewicz. – Chciała być jak ty, wiesz?
– Że co?
Kobieta pozwoliła sobie na smętny uśmiech.
– Jesteś w naszych rodzinnych stronach dość znana – powiedziała. – Jako jedyna się wyrwałaś, zrobiłaś karierę. Mówili o tobie w telewizji nie raz i nie dwa. W szkole podstawowej jest nawet twoje zdjęcie na korytarzu. Niektóre młode dziewczyny chcą być takie jak ty… chociaż nie wszystkim się udaje.
Joanna lekko się skrzywiła.
– Nie każdy superbohater nosi pelerynę i nie każda Chyłka togę – odparła. – Ale mniejsza o to. Niech pani mówi, jak wynikła ta znajomość z chudeuszem.
– Nie mam wszystkich informacji, więc chyba powinnaś zapytać jego. Wiem tylko, że to nie był przypadek.
Joanna posłała krótkie spojrzenie w stronę Kormaka. Ten przestępował z nogi na nogę, starając się nie przyglądać kobiecie, która właśnie wyszła z przymierzalni obok. Odwrócił wzrok dopiero, kiedy Magdalena cichym odchrząknięciem przywołała go do porządku.
Prędzej czy później się z tego wytłumaczy, teraz nie miało to dla Chyłki wielkiego znaczenia.
– Julcia przyjechała tu za tobą – dodała Byszkiewicz. – Co więcej…
– No?
– Wydaje mi się, że wpakowała się w problemy właśnie dlatego, że próbowała być taka jak ty.
– To znaczy?
– Zajęła się jedną z twoich spraw.
– Że co?
– Nie wiem jak ani dlaczego, ale jestem pewna, że ruszyła twoimi śladami.
Chyłka zmarszczyła czoło, zastanawiając się, ile w tym prawdy. A jeśli całkiem sporo, to co kierowało tą dziewczyną?
– O jaką sprawę chodzi?
W odpowiedzi kobieta sięgnęła do przewieszonej przez ramię starej, wytartej na bokach torebki.
– Może lepiej pokażę – oznajmiła, a potem wyciągnęła zdjęcie.
Zdjęcie, które wszystko zmieniło.
Joanna potrzebowała chwili, by zrozumieć, na co patrzy. Nie było wiele przestrzeni do złej interpretacji, mimo to nie mogła uwierzyć, że ma przed oczami to, czego bynajmniej nie spodziewała się zobaczyć.
– Teraz znasz już każdy powód, dla którego do ciebie przyszłam.
Chyłka skinęła lekko głową. Nie mogła zostawić tej sprawy, nie po tym, co właśnie zobaczyła.
Zanosiło się na to, że po raz pierwszy to ona samodzielnie zasiądzie na sali rozpraw po stronie prokuratora.
Skazanie
Remigiusz Mróz nie zwalnia tempa i prezentuje kolejną część uwielbianego przez czytelników cyklu z charyzmatyczną prawniczką w roli głównej. W „Skazaniu” zręcznie przeplata historię kryminalno-prawniczą z wątkiem obyczajowym, dzięki czemu rozpoczętej książki nie sposób odłożyć.Tym razem Joanna Chyłka, świeżo po odzyskaniu prawa do wykonywania zawodu, liczy na podjęcie głośnej o...
Spodobał Ci się fragment?
e-book
e-book · audio
e-book · audio
e-book · audio