Najdroższa w Europie Środkowej
Przed wojną moja mama bardzo pragnęła pojechać do Włoch. Nawet nie po to, żeby na własne oczy zobaczyć rzeźby Michała Anioła i obrazy Leonarda da Vinci. Dużo bardziej marzyła jej się kąpiel w ciepłym morzu. Mama bowiem pochodziła z Drzynia pod Kladnem, a tam był tylko taki biedniutki kaczy staw, pokryty gęstą, zieloną rzęsą wodną, więc w dzieciństwie nie miała możliwości nacieszenia się wodą. Dlatego wiosną zawsze pytała męża:
– Leoszku, pojedziemy w tym roku?
Mój tata Leon zazwyczaj odpowiadał, że akurat w tym roku zbytnio nas na to nie stać, i przekonywał, że nad Berounką pod Krzywoklatem jest dużo lepiej. Bo głowę mojego taty zaprzątały zgoła inne sprawy. Do jego głównych zainteresowań należały handel i ryby. W obu odnosił wyjątkowe sukcesy, lecz rybom zawsze dawał pierwszeństwo, i to zwykle kosztem naszej rodziny oraz szwedzkiej firmy Elektrolux, w której pracował jako obwoźny sprzedawca lodówek i odkurzaczy. Często wręcz ulatniał się z podróży handlowych. Zazwyczaj zaszywał się wtedy nad Berounką i z najlepszym przyjacielem, przewoźnikiem Karolem Proszkiem, łowili szczupaki na okonki.
Szczytowym przejawem taty miłości do ryb była decyzja o zakupieniu dla naszej rodziny stawu wraz z karpiami. Twierdził, że dzięki temu zyskamy nie tylko własne karpie, ale ponadto zarobimy na nich podczas wyłowu mnóstwo pieniędzy. Mama patrzyła na to przedsięwzięcie sceptycznie i prosiła, żeby tata z niego zrezygnował, bo to nie jego branża. Ale nie protestowała zbyt stanowczo, bo w takich sytuacjach tata zazwyczaj sporo krzyczał, spytała więc tylko, czy za te pieniądze nie powinni raczej pojechać do Włoch. Tata nawet nie odpowiedział, tylko posłał żonie odmowne spojrzenie. Był bowiem przekonany, że zna się na handlu lepiej niż ona i wszyscy jej wierzący krewni razem wzięci. To jego spojrzenie zawierało tysiąclecia mądrości przodków oraz prosty fakt, że przecież za pieniądze zarobione na karpiach pojedziemy do Włoch z całą rodziną, nawet tą dalszą. Muszę dodać, że tego mama obawiała się najbardziej.
A tata poszukiwał stawu. Wyobrażał go sobie z wielkim rozmarzeniem. Staw otoczony pochylonymi wierzbami, na jego powierzchni tu i ówdzie sercowate nenufary z żółtymi kielichami, a w przeszywanej promieniami słońca wodzie karpie wielkie jak cielaki. Tata podążał za tą wizją niczym pszczoła za pyłkiem. Objechał dużą część kraju, ale nigdzie nie znalazł odpowiedniego stawu na sprzedaż.
Dopiero w Kroczehlawach przyszedł do niego znajomy, doktor Wacławik – wysoki, barczysty facet z wąsikiem pod nosem. Pan doktor powiedział tacie, który miał wówczas, Bóg jeden wie z jakiej racji, tytuł inspektora:
– Panie inspektorze, może chciałby pan kupić moje ryby?
W tatę jakby trafił piorun.
– A za ile, panie doktorze?
– Dziesięć tysięcy. Przyniosę rachunek, żeby pan zobaczył, ile zapłaciłem kilka lat temu za narybek. Oczywiście od tego czasu karpie znacznie podrosły. Zresztą sam się pan przekona.
A tata na to:
– Panie doktorze, ja panu wierzę.
A pan doktor:
– Chodźmy, przynajmniej pokażę panu te okazy.
A kiedy tak szli, mojego tatę ogarnęła pewność, że to świetny biznes. Dobrze znał to przeczucie, często podpowiadało mu ono, gdzie sprzeda lodówkę, gdzie odkurzacz, a do których drzwi nie warto nawet pukać. Zawsze miał smykałkę do interesów i w tym wybranym stawie i pływających w nim brzuchatych karpiach również węszył duży zysk.
Zatrzymali się na grobli, a doktor Wacławik pozwolił tacie przez chwilę delektować się widokiem. Roztaczał się tam niewielki prostokątny staw. Jasnozielone wierzby na brzegach nurzały gałęzie w spokojnej wodzie, a tu i ówdzie na powierzchni unosiły się żółtokwietne nenufary. Tata westchnął, a jego przyjaciel, doktor Wacławik, oświadczył podniośle:
– A teraz karpie.
Wyjął z kieszeni bułkę. Rozłamał ją i połowę wrzucił do wody. Uśmiechał się przy tym pewny siebie, a tata nie spuszczał bułki z oczu. Nagle woda się rozstąpiła, wyłoniło się duże żółte ciało, a olbrzymia paszcza zrobiła: KŁAP! Bułka zniknęła. Tata jęknął zachwycony:
– Boże święty, on ma przynajmniej z pięć kilo.
A pan doktor odparł znacząco:
– Sześć.
Klamka zapadła. Tata przyjechał do domu po wszystkie nasze oszczędności, a mama mogła się pocieszać tylko tym, że będziemy mieć staw z własnymi karpiami. Jego jedynym minusem była duża odległość od Pragi.
Lecz od tamtej chwili tata często promieniał, uśmiechał się, zapatrzony gdzieś w dal, a mama mawiała wówczas, że on znów jest myślami przy karpiach w Kroczehlawach.
Mama zawsze miała zrozumienie dla słabostek taty i prowadziła z nim teraz niekończące się rozmowy o tym, jak też te karpie im tam rosną. Tata zacierał ręce i mówił:
– Herminko, fortunę na nich zbijemy. Fortunę!
Nie wiedziałem, co to jest fortuna, ale musiało to być coś pięknego i dużego, bo tata uśmiechał się błogo i głaskał mamę po ręce.
Zbliżała się jesień, a wraz z nią wyłów naszego pierwszego stawu. Wszyscy, choć przede wszystkim oczywiście tata, szykowaliśmy się na ten dzień jak na wielkie święto. Tata wziął wolne w firmie Elektrolux. Pan dyrektor spytał:
– Znów na ryby? Znów na ryby? Kiedyś to pana zgubi, panie inspektorze.
Mama specjalnie na tę okazję kupiła sobie twarzowy płaszcz z kowerkotu. Musiała zaprosić swoich szwagrów robotników, Karola Pokrzywę i Karola Zgrozę. Obaj byli znani z wilczego apetytu. Dostali proste zadanie: mieli pilnować na grobli, żeby nikt nie ukradł wyłowionych karpi. Przyjechali nad staw z rodzinami. Mój tata sprowadził na wyłów zawodowego rybaka, pana Szczygła z Pragi. Przyjechał on z ośmioma mężczyznami, ubranymi od stóp do głów w gumowe kombinezony. Pan Szczygieł, człowiek silny, stary i doświadczony, nade wszystko wielbił porządek. To, co odbyło się na grobli tego idyllicznego stawu z wierzbami i nenufarami, przypominało raczej atak wojskowy na nieznanego wroga niż wyłów. Na grobli stały dwie transportowe pragi S5T, a w ich skrzyniach ładunkowych spoczywały butle z tlenem oraz zbiorniki do przewożenia karpi. Po grobli kroczyli cicho gumowi mężczyźni i rozkładali sieci.
Ze stawu wypływała woda, a tata, przeczuwając znaczny zarobek ze sprzedaży ryb obiecanych już zakładowi przetwórstwa rybnego Vaňha, hojnie częstował gości.
Na drugie śniadanie podano ciepłe kiełbaski oraz bułki. I dwie skrzynki piwa.
Na obiad udano się do restauracji pana Niejadalnego. Nastroje poprawiały się z każdym kolejnym piwem. Tylko tata nie pił, nigdy nie przepadał za alkoholem.
O trzeciej po południu na grobli zebrał się już tłum gapiów, a w stawie pozostało niewiele wody.
Pan Szczygieł dał sygnał do ataku. Jeden z rybaków zatrąbił na złotej trąbce i zaczęli ciągnąć. Sieć wygięła się w duży łuk. Bojki kołysały się na wodzie niczym kaczki. Pan Szczygieł wydawał rozkazy, a gumowe postaci podobne do marionetek na sznureczkach ruszały rękami tam i z powrotem. Napięcie wśród widzów rosło z każdą chwilą zbliżającą ich do kulminacji.
Łuk z karpiami skurczył się do niewielkiego kręgu. Na powierzchni powinny się w tej chwili ukazać fale i kłębowisko ryb, ale nic takiego się nie stało. Tata, dobrze znający to zjawisko rybackie, zbladł, a na czoło wystąpiły mu krople potu.
Rybacy zawężali krąg, aż wreszcie bojki ze wszystkich stron połączyły się ze sobą. Sieć najwyraźniej była pusta. Choć nie! Na granicy błota i wody coś pluskało. Pan Szczygieł wprawnie wyłowił zdobycz podbierakiem i podniósł ją wysoko. Karp! I to jaki! Tata go poznał, jęknął, a grobla wybuchnęła gromkim śmiechem. Śmiali się wszyscy oprócz mojej mamy i mojego taty.
Mama przeżywała ten wstyd szczególnie mocno. Wprawdzie długo mieszkała w Drzyniu, ale Kroczehlawy były jej rodzinnym miastem. Przytulała nas do siebie i szeptała:
– Moje biedne dzieci. Gdybyście wiedziały, jakiego macie ojca!
Tymczasem tata zbiegł do stawu, stał nad próbującą zaczerpnąć powietrza rybą i przyglądał się jej, jakby po raz pierwszy w życiu widział karpia. Pan doktor Wacławik nie kłamał, karp ważył dużo więcej niż sześć kilo. Znacznie przytył, od kiedy tata kupił staw.
Tata pognał do willi pana doktora Wacławika z mocnym postanowieniem załatwienia tej sprawy po boksersku, tak jak podpatrzył to u pana Franciszka Nekolnego.
Otworzyła mu służąca.
– Pan doktor wyjechał z jaśnie panią na urlop do Włoch.
– W takim razie pojechali za moje pieniądze. I to do Włoch!
Tego dnia mieliśmy na kolację karpia. Mama naturalnie nie odzywała się do taty, a kiedy on w furii oświadczył: „Skoro za niego zapłaciliśmy, to go sobie zjemy, dzieci", odparła wściekle, że nawet kolega taty, pan Rotszyld, uznałby taką kolację za dość kosztowną. I zapewne miała rację. Prawdopodobnie był to najdroższy karp nie tylko w Czechosłowacji, ale nawet w całej Europie. Łącznie z pieniędzmi wydanymi na wyłów stawu kosztował mojego tatę równe jedenaście i pół tysiąca koron, a za taką kwotę mielibyśmy – jak nie omieszkała zauważyć mama na koniec kolacji – żywe łososie przywiezione z Kanady.
Wtedy złość taty się ulotniła i już nie próbował wyzywać pana Wacławika na pojedynek bokserski.
Minęło wiele lat. Tata sprzedawał lodówki oraz odkurzacze i jeździł na ryby nad Berounkę.
Kiedyś, gdy siedział w swoim biurze przy Konwiktorskiej, ktoś zapukał do drzwi. Tata powiedział: „Proszę!" – i wszedł… pan doktor Wacławik. Tata natychmiast poczerwieniał, chciał się nań rzucić z pięściami, ale potem się uspokoił. Spostrzegł też, że doktor już zgolił wąsik.
Pan doktor świergotał:
– Panie inspektorze, panie inspektorze, jak się pan miewa? Nie widzieliśmy się kopę lat.
Tata chciał powiedzieć, że miewa się świetnie, bo ciągle je te karpie, które sprzedał mu pan doktor, lecz milczał. Coś mu mówiło, żeby poczekać i że najważniejszy moment dopiero nadejdzie. Pan doktor Wacławik wyjawił, że jego żona chciałaby mieć lodówkę.
– Pomyślałem więc o panu, panie inspektorze, bo wiem, że pan najlepiej nam doradzi. Przecież pochodzimy z tych samych okolic.
I uśmiechnął się do taty.
– Oczywiście, panie doktorze, przecież to moja branża – zaszczebiotał tata i dodał szybko: – Polecam panu typ GV, system Platr-Munsters z marmurową płytą na górze, cena: dziesięć tysięcy trzysta pięćdziesiąt koron.
Pan doktor Wacławik nie miał najmniejszego pojęcia o cudownym systemie Platr-Munsters, ale przytakiwał gorliwie. Tata wstał, zaprowadził go do magazynu i pokazał mu lodówkę, a on był nią zachwycony, ponadto bardzo podobała mu się ta marmurowa płyta. Potem wrócili do biura, tata poczęstował gościa koniakiem, świetnie im się rozmawiało, pan doktor Wacławik opowiadał, kto się rozwiódł, kto ożenił, kto urodził i kto umarł w Kroczehlawach, a tata sypał jak z rękawa żydowskimi anegdotami o panach Khonie i Abelesie. Gdy pan doktor miał już po tym koniaku trochę w czubie, tata obiecał mu, że firma przywiezie lodówkę najpóźniej za trzy dni, ale zapłacić trzeba już teraz. Pan doktor odparł, że nie ma przy sobie tyle pieniędzy, ale pójdzie do banku. Po godzinie wrócił, zapłacił tacie za lodówkę, a tata wystawił mu pokwitowanie.
Kiedy doktor wyszedł, tata wezwał do siebie magazyniera Szczypawkę.
– Masz tam jakąś starą, wycofaną lodówkę?
– Jedna na pewno się znajdzie.
Potem tata poprosił pana lakiernika Kuczerę o jej polakierowanie, wyciągnięcie z niej układu chłodzącego i pozostawienie pustej obudowy. Następnie umieścił ją w oryginalnym opakowaniu, opatrzył naklejką MADE IN SWEDEN i znów z żalem pomyślał, że ten staw w Kroczehlawach też na pierwszy rzut oka wyglądał tak pięknie, obrośnięty wierzbami i pokryty żółtymi nenufarami. A żeby trochę uśmierzyć ból pana doktora Wacławika, tata kazał dołączyć do obudowy tę marmurową płytę. Lodówkę posłano do Kroczehlaw.
Pan doktor wezwał z Libuszyna montażystę Beznoska, żeby podłączył urządzenie. A montażysta podobno uciekł, wołając z przerażeniem, że nie chce mieć z tym nic wspólnego.
Pan doktor Wacławik natychmiast zadzwonił do mojego taty i krzyczał:
– Panie inspektorze, ta lodówka nie ma żadnego mechanizmu! Przysłał mi pan tylko obudowę. Klatkę dla królików już mam. Kolejnej nie potrzebuję!
– No cóż, panie doktorze, na to nic nie poradzimy. Tak samo jak z tym stawem. Też był pusty, choć poza tym przepiękny.
I odłożył słuchawkę.
Pan doktor Wacławik nie przyjechał wtedy do Pragi, by załatwić tę sprawę z tatą po boksersku. Nie złożył też żadnej skargi. Ale tamten wieczór był chyba u Wacławików równie smutny jak u nas ten po wyłowie naszego stawu. Przecież pan doktor Wacławik kupił sobie najdroższą klatkę dla królików nie tylko w Czechach, lecz także w całej Europie Środkowej.
Śmierć pięknych saren
Po raz pierwszy Śmierć pięknych saren ukazuje się w Polsce w wersji autorskiej, bez cenzury.W 2021 roku mija pół wieku od pierwszego wydania Śmierci pięknych saren, zbioru opowiadań, który podbił serca czytelników i na stałe wpisał się do kanonu literatury światowej. Za co tak bardzo kochamy Otę Pavla? Co sprawia, że kilka dekad po jego przedwczesnej śmierci wciąż sięgamy po j...
Spodobał Ci się fragment?
e-book · audio
e-book
e-book
e-book · audio