Saint-Antonin, Francja
17 kwietnia, 00:05
Żarówka na strychu się przepaliła. Jutro porozmawia o tym z Jean-Claude’em. Étienne wyczuwał, że dozorca nigdy tak naprawdę go nie lubił, a może ten chłód wynikał z szacunku wobec dzielącej ich różnicy klas. Jean-Claude był uprzejmy, ale nigdy nie patrzył swojemu pracodawcy w oczy. Gdy rodzice Étienne’a jeszcze żyli, łatwo im było się nawzajem unikać, ale teraz Étienne był jedynym Bremontem mieszkającym w Aix, a ogromne nakłady związane z utrzymaniem château wymagały częstszych kontaktów właściciela z dozorcą. Jean-Claude był potężnym, ale niezdarnym mężczyzną. Étienne nigdy nie przejmował się jego rozmiarami, ale coś w spojrzeniu Jean-Claude’a sprawiało, że czasami czuł się nieswojo. Ostatnio Étienne de Bremont odkrył, że fascynują go ogromne dłonie dozorcy. Zwisały sztywno wzdłuż ciała, gdy Jean-Claude odbierał krótkie instrukcje od swego pracodawcy, a po kilku sekundach grube palce zaczynały drgać, z początku powoli, potem coraz szybciej, jakby czekały na wiadomość z mózgu, która popchnie je do działania. W każdym razie palce zdawały się myśleć szybciej niż powolne, nieruchome dłonie.
Na szczęście Étienne z przyzwyczajenia miał przy sobie latarkę. W popadającym w ruinę château – domu, w którym nikt nie mieszkał, nastręczającym więcej kłopotów, niż był tego wart – zawsze gdzieś przepalała się żarówka. Oświetlił latarką zakurzone pomieszczenie. Był to jeden z nielicznych spośród dwudziestu kilku pokoi, który budził w nim jakieś dobre wspomnienia. W kącie stał jego pierwszy rower kolarski: pozwalał mu zjeżdżać w dół do Aix-en-Provence w czterdzieści pięć minut; powrót trwał dwa razy dłużej. Étienne był wtedy wysportowany, w sumie wciąż można było to o nim powiedzieć, biorąc pod uwagę, że za pięć lat stuknie mu czterdziestka.
Obok roweru, na słupku żelaznego łóżka z dziewiętnastego wieku, jak zawsze wisiał różaniec i Étienne pomyślał o jej zielonych oczach i uśmiechniętej twarzy. Tęsknił za nią, ale telefon niewiele by dał. Wiedli zbyt różne życia, mieli zbyt różnych przyjaciół. Zwłaszcza przyjaciół.
Była pełnia i Étienne podszedł do okna. Zasłaniała je drewniana okiennica, szeroka na metr, a na dwa metry wysoka. Otworzył ją i lewą ręką starannie przyczepił do kamiennej fasady, mocno opierając się prawą ręką o ścianę w środku. Okno było otwarte na działanie żywiołów – wiele lat temu przez ten otwór wrzucano do pomieszczenia siano na zimę. Nigdy się nie pofatygowali, by to okno przeszklić. Każdy członek rodu Bremontów, gdy tylko urósł na tyle, by dosięgnąć haczyka z kutego żelaza, uczył się, jak otwierać okno i przy tym nie wypaść. Teraz pokój wypełniał blask księżyca, który da mu dość światła, by mógł przeczytać to, po co tu przyszedł. Walizka od Louisa Vuittona stała na podłodze, na prawo od niego. Chwycił ją i oparł o drewnianą komodę, pełną przeżartych przez mole koców. Ktoś otworzył zamek walizki; pewnie zrobił to jego brat François. Étienne szybko uniósł wieko i wziął do ręki pierwsze dokumenty leżące na samej górze. Zaczął nerwowo je wertować. Nie rozumiał źródła swojego pośpiechu – Jean-Claude wyszedł godzinę temu i miał się zjawić dopiero jutro, lecz mimo to Étienne’a ogarnął niepokój i nie potrafił zapanować nad drżeniem rąk. Dokumenty od prawników i notariuszy pisane były odręcznie, tym wdzięcznym pismem, którego on i brat uczyli się w pierwszej klasie, używając wiecznych piór kupionych przez ojca w Michel, sklepie z papeterią przy Cours Mirabeau. Papiery były nieuporządkowane, a wśród ważnych dokumentów trafiały się luźne kartki; było to typowe dla jego rodu, nieprzywiązującego wagi do pieniędzy i porządku w papierach. Paragony przechowywano w puszkach na mąkę, rachunki na setki franków wyrzucano lub chowano pod spłowiałym perskim dywanem w bibliotece; dostawca prądu i firma telefoniczna musieli regularnie dzwonić i upominać się o zaległe płatności, ale nigdy nie ośmielili się wyłączyć prądu w château.
Zaczął porządkować papiery, oddzielając ważne dokumenty od dwudziestoletnich wykazów bankowych i list zakupów. Roześmiał się, gdy do ręki trafił mu pożółkły paragon z najlepszej patiserii w Aix; wciąż tam była, a piekarz reprezentował już czwarte pokolenie, które wykonywało tę profesję. Paragon był na dwie brioszki. Mógłby je kupić on i François, albo Marine, tyle tylko, że data była z lat pięćdziesiątych, na długo przed tym, zanim którekolwiek z nich się urodziło. Trzymając ten paragon w rękach, trochę się uspokoił i pozwolił sobie na to, by jego myśli znów popłynęły do Marine i ich przyjaznych młodocianych sprzeczek o to, co jest lepsze: brioszki czy croissanty, rozpuszczalna czekolada Banania czy Quik. Zawsze potrafiła sprawić, by to jej było na wierzchu.
Uśmiech Étienne’a de Bremont zamarł, gdy usłyszał, że ktoś otwiera drzwi głównego wejścia do château. Instynktownie przysunął się do ściany, częściowo chowając się w cieniu. Zdjął okulary do czytania i wsunął je za dekolt swetra. Sądząc po krokach, ktoś zbliżał się szybko, wbiegł po pierwszych stopniach, pokonał korytarz, drugie schody, kolejny korytarz i wspiął się po ostatnich stopniach – nie kamiennych, lecz drewnianych i węższych. Wstrzymując oddech, Étienne pomyślał, że to pewnie Jean-Claude, który musiał sobie ubzdurać, że nie może spędzić nocy poza zameczkiem. Te jego głupie rośliny za bardzo by za nim tęskniły. W chwili, gdy otworzyły się drzwi na strych, Étienne wycelował w nie latarkę. Widząc postać na progu, westchnął i powiedział:
– A ty co tu robisz?
Okiennica stukała o kamienny mur, gdy Étienne rozmawiał z nieproszonym gościem. Zerwał się mocny wiatr, który przez otwarte okno niósł ich głosy ponad sosnami i wzgórzem, i dalej, aż na pole lawendy.
Gdy wycie wiatru przybrało na sile, to samo stało się z ich głosami, w których teraz słychać było złość. Étienne, którego dziwnie cieszyło to obrzucanie się obelgami, wyobraził sobie, że czuje zapach lawendy. Ta rozmowa zaczynała go nudzić. Na ułamek sekundy odwrócił głowę w stronę okna, by wciągnąć do płuc nocną bryzę, po czym znów spojrzał na swojego rozmówcę. Wtem usłyszał jakiś nagły dźwięk na drewnianej podłodze strychu i poczuł ręce na piersi. Gdy spadał, czuł, jak mistral owiewa jego ciało. Spojrzał w górę w okno strychu, zobaczył słabe światło swojej latarki i słyszał wiatr – nie był to świst, lecz raczej jęk. Nawet na tych kilka chwil przed śmiercią Étienne de Bremont był w stanie myśleć jedynie o tych dwóch brioszkach i o tym, że zawsze wolał je od croissantów.
Śmierć w Château Bremont
Akcja powieści kryminalnej pt. "Śmierć w Château Bremont" rozgrywa się w uroczej, zabytkowej miejscowości Aix-en-Provence we Francji. Czytelnicy poznają Antoine’a Verlaque’a, przystojnego i uwodzicielskiego głównego sędziego w Aix, oraz profesor prawa, Marine Bonnet, jego dawną miłość. Kiedy miejscowy szlachcic Étienne de Bremont wypada z okna rodzinnego zamku i ginie na miejsc...
Spodobał Ci się fragment?
e-book · audio
e-book · audio
e-book
e-book · audio