I
Stateczny, pulchny Buck Mulligan wynurzył się z wylotu schodów, niosąc mydlaną pianę w miseczce, na której leżały skrzyżowane lusterko i brzytwa. Żółty, nie przewiązany szlafrok powiewał za nim lekko w łagodnym, porannym powietrzu. Uniósł wysoko miseczkę i zaintonował:
– Introibo ad altare Dei.
Przystanąwszy zajrzał w głąb ciemnych, kręconych schodów i zawołał ochryple:
– Wejdź na górę, Kinch. Wejdź na górę, ty strachliwy jezuito.
Dostojnie postąpił ku przodowi i wszedł na okrągłą działobitnię. Rozejrzał się i z powagą po trzykroć pobłogosławił wieżę, okolicę i budzące się góry. Później, dostrzegłszy Stefana Dedalusa, pochylił się ku niemu, kreśląc w powietrzu szybkie znaki krzyża, bełkocąc gardłowo i potrząsając głową. Niezadowolony i senny Stefan Dedalus wsparł ręce na krawędzi wylotu schodów i obrzucił zimnym spojrzeniem rozedrganą, bełkocącą, błogosławiącą go długą końską twarz i jasne, nie przycięte włosy, cętkowane i lśniące na podobieństwo jasnego dębu.
Buck Mulligan zerknął pod lusterko i zręcznie zakrył miseczkę.
– W tył zwrot do koszar, powiedział ostro.
Dodał tonem kaznodziei:
– Bo to, o najmilsi, jest rzeczywista Eucharystynka: ciało i dusza i krew i o rany. Powolną muzykę, proszę. Zamknijcie oczy, panowie. Chwileczkę. Jest mały kłopot z tymi białymi ciałkami. Uciszcie się wszyscy.
Spojrzał z ukosa w górę i wydał długi, nawołujący gwizd; później czekał przez chwilę w ekstatycznym skupieniu, a jego równe białe zęby błyskały tu i ówdzie złotymi punkcikami. Chrysostomos. Dwukrotny silny, przenikliwy gwizd odpowiedział wśród ciszy.
– Dziękuję, staruszku, zawołał żywo. To zupełnie wystarczy. Wyłącz prąd, dobrze?
Zeskoczył z działobitni i zbierając wokół nóg luźne fałdy szaty spojrzał poważnie na tego, który mu się przyglądał. Pulchna mroczna twarz i posępna owalna szczęka przywodziły na myśl prałata, opiekuna sztuk pięknych w średniowieczu. Przyjemny uśmiech pojawił się cicho na jego wargach.
– A cóż to za szyderstwo, powiedział wesoło. To twoje niedorzeczne nazwisko starożytnego Greka.
Żartobliwym, przyjacielskim gestem uniósł palec i śmiejąc się do siebie, podszedł ku obramowaniu. Stefan Dedalus wszedł po stopniach, ruszył za nim i w pół drogi znużony siadł na skraju działobitni, przyglądając mu się nadal, gdy tamten oparł lusterko na obramowaniu i zanurzywszy pędzel w miseczce namydlał policzki i szyję.
Wesoły głos Bucka Mulligana ciągnął dalej.
– Moje nazwisko też jest niedorzeczne: Malachi Mulligan, dwa daktyle. Ale ma helleńskie brzmienie, prawda? Zwinne i słoneczne jak sam jeleń. Musimy pojechać do Aten. Czy pojedziesz, jeśli uda mi się naciągnąć ciotkę na dwadzieścia funtów?
Odłożył pędzel i zawołał śmiejąc się radośnie:
– Czy pojedzie? Wynędzniały jezuita.
Urwał i zaczął golić się uważnie.
– Powiedz mi, Mulligan, powiedział Stefan spokojnie.
– Co, moje kochanie?
– Jak długo pozostanie Haines w tej wieży?
Buck Mulligan ukazał ogolony policzek ponad swym prawym ramieniem.
– Boże, czy nie jest okropny? powiedział szczerze. Tępy Sakson. Sądzi, że nie jesteś gentlemanem. Boże, ci przeklęci Anglicy. Pękający od pieniędzy i niestrawności. Dlatego, że przybywa z Oxfordu. Wiesz, Dedalus, to właśnie ty masz naprawdę oxfordzkie maniery. Nie może ciebie rozgryźć. O, to imię, które ci nadałem, jest najlepsze: Kinch, klinga noża.
Ostrożnie ogolił podbródek.
– Przez całą noc bredził we śnie o czarnej panterze, powiedział Stefan. Gdzie jest futerał, w którym trzyma broń?
– Żałosny wariat, powiedział Mulligan. Czy miałeś stracha?
– Miałem, powiedział Stefan dobitnie i z rosnącym lękiem. Na tym odludziu, w ciemności, z nieznanym mi człowiekiem, bredzącym przez sen i mamroczącym do siebie o zastrzeleniu czarnej pantery. Ty ratowałeś tonących. Ale ja nie jestem bohaterem. Jeżeli on ma tu zostać, znikam.
Marszcząc brwi Buck Mulligan obejrzał pianę na ostrzu brzytwy. Zeskoczył z podmurówki i zaczął pospiesznie przeszukiwać kieszenie spodni.
– Kurewstwo, burknął.
Podszedł ku działobitni i wkładając rękę do kieszeni Stefana, powiedział:
– Użycz nam ścierki do nosa dla otarcia brzytwy.
Stefan pozwolił mu wyciągnąć i ukazać trzymaną za róg, brudną i pomiętą chustkę. Buck Mulligan dokładnie otarł brzytwę. Później, przyglądając się chustce, powiedział:
– Oto ścierka do nosa barda. Nowy odcień sztuki dla naszych irlandzkich poetów: smarkozielony. Można go prawie posmakować, co?
Ponownie wstąpił na obramowanie i spojrzał w dal ku Dublińskiej Zatoce, a jego włosy o barwie jasnego dębu poruszały się nieznacznie.
– Boże, powiedział cicho. Czy morze nie jest tym, czym nazywa je Algy: szarą, słodką matką? Smarkozielone morze, mosznękurczące morze. Epi oinopa ponton. Ach, Dedalusie, Grecy. Muszę cię nauczyć. Musisz ich czytać w oryginale. Thalatta! Thalatta! Jest ono naszą ogromną, słodką matką. Podejdź i spójrz.
Stefan wstał i podszedł ku obramowaniu. Wsparty na nim, spojrzał w dół ku wodzie i ku pocztowemu stateczkowi, wypływającemu z wylotu portu Kingstown.
– Nasza potężna matka, powiedział Buck Mulligan.
Nagle oderwał wielkie, badawcze oczy od morza i zwrócił je ku twarzy Stefana.
– Ciotka sądzi, że zabiłeś swoją matkę, powiedział. Dlatego nie pozwala mi się z tobą zadawać.
– Ktoś ją zabił, powiedział Stefan posępnie.
– Niech to przeklną, mogłeś przecież uklęknąć, Kinch, kiedy twoja umierająca matka poprosiła cię o to, powiedział Buck Mulligan. Jestem tak samo zimnokrwisty jak ty. Ale kiedy pomyślę o twojej matce, błagającej cię ostatnim tchnieniem, żebyś ukląkł i pomodlił się za nią. A tyś odmówił. Jest w tobie coś złowrogiego…
Urwał i raz jeszcze namydlił lekko drugi policzek. Pobłażliwy uśmiech wykrzywił mu wargi.
– A cóż za piękny błazen, wymamrotał do siebie. Kinch, najpiękniejszy błazen z nich wszystkich.
Golił się gładko i z uwagą, w milczeniu, poważnie.
Stefan wsparł łokieć na poszczerbionym granicie, przyłożył dłoń do czoła i spojrzał na wystrzępiony koniec rękawa swojej czarnej, wyświeconej marynarki. Ból, nie będący jeszcze bólem miłości, zaniepokoił jego serce. Po śmierci przyszła do niego cicho, we śnie, a jej wyniszczone ciało, ubrane w luźną, brunatną suknię, w której złożono ją do grobu, wydzielało woń wosku i różanego drzewa; jej oddech, pochylający się nad nim, był niemy, pełen wyrzutu i lekkiego zapachu wilgotnych popiołów. Ponad wystrzępionym rękawem dostrzegał morze, które dobrze odżywiony głos za jego plecami pozdrawiał jako ogromną, słodką matkę. Pierścień zatoki i widnokręgu otaczał matowozieloną masę płynu. Biała, porcelanowa miska stała obok jej śmiertelnego łoża, zawierając w sobie zielonkawą, lepką żółć wydartą z jej gnijącej wątroby paroksyzmami głośnych, stękliwych wymiotów.
Buck Mulligan raz jeszcze wytarł ostrze brzytwy.
– Ach, biedna psia duszo, powiedział dobrotliwie. Muszę ci dać koszulę i parę ścierek do nosa. A jak noszą się te portki z drugiej ręki?
– Pasują nieźle, odpowiedział Stefan.
Buck Mulligan zaatakował zagłębienie pod dolną wargą.
– A cóż to za szyderstwo, powiedział z zadowoleniem, powinny się nazywać: z drugiej nogi. Bóg jeden wie, jaka francowata pijaczyna je porzuciła. Mam jeszcze piękną parę szarych w prążki. Będziesz w nich wyglądał niesłychanie. Nie żartuję, Kinch. Wyglądasz cholernie dobrze, kiedy jesteś przyzwoicie ubrany.
– Dziękuję, odpowiedział Stefan. Nie mogę ich nosić, jeżeli są szare.
– On nie może ich nosić, powiedział Buck Mulligan do swojej twarzy w lusterku. Etykieta jest etykietą. Zabija swoją matkę, ale nie może nosić szarych spodni.
Zręcznie złożył brzytwę i sprawdził gładkość skóry poduszeczkami palców.
Stefan odwrócił wzrok od morza ku pulchnej twarzy o dymnoniebieskich ruchliwych oczach.
– Ten facet, z którym byłem zeszłej nocy w Okręcie, powiedział Buck Mulligan, mówi, że masz o.p.s. Jest tam razem z Conolly Normanem, w Bzikogrodzie. Ogólne porażenie szaleństwem.
Zatoczył lusterkiem półkole w powietrzu, aby przesłać tę wieść ku słońcu, które lśniło teraz na powierzchni morza. Łuki jego ogolonych warg uśmiechały się wraz z krawędziami białych, połyskujących zębów. Śmiech ogarnął całą jego mocną, masywną sylwetkę.
– Spójrz na siebie, powiedział, ty przerażający bardzie.
Stefan pochylił się ku przodowi i najeżony zerknął w rozcięte krzywym pęknięciem lusterko, które mu podsunięto. Takim widzi mnie on i widzą inni. Kto wybrał dla mnie tę twarz? Tę psią mordę, wymagającą odwszenia? Ona także mnie zapytuje.
– Buchnąłem je z pokoju kuchty, powiedział Buck Mulligan. Pasuje zresztą do niej. Ciocia zawsze ma brzydkie służące dla Malachiego. Aby nie wodzić go na pokuszenie. A imię jej jest Urszula.
Znowu roześmiał się i usunął lusterko sprzed zerkających w nie oczu Stefana.
– Wściekłość Kalibana nie mogącego zobaczyć swojej twarzy w lustrze, powiedział. Gdyby tylko Wilde żył i mógł cię zobaczyć.
Cofnąwszy się i wskazując palcem, Stefan powiedział z goryczą:
– To symbol irlandzkiej sztuki. Pęknięte lusterko służącej.
Buck Mulligan niespodziewanie ujął Stefana pod ramię i zaczął się z nim przechadzać wokół wieży, a brzytwa i lusterko klekotały w kieszeni, do której je wrzucił.
– To nieładnie tak ci dokuczać, prawda? powiedział serdecznie. Bóg widzi, że masz więcej w sobie niż którykolwiek z nich.
Jeszcze jedno odparowanie. Obawia się lancetu mojej sztuki, jak ja obawiam się jego lancetu. Zimne żelazo pióra.
– Pęknięte lusterko służącej. Powiedz to temu wołowi tam na dole i ustrzel go na gwineę. Cuchnie od forsy i sądzi, że nie jesteś gentlemanem. Jego stary nabił sobie kabzę, sprzedając Zulusom jalapę albo też zrobiwszy jakieś inne przeklęte oszustwo. Mój Boże, Kinch, ty i ja, gdybyśmy tylko zaczęli pracować razem, moglibyśmy zrobić coś dla tej wyspy. Zhellenizować ją.
Ramię Cranly’ego. Jego ramię.
– I pomyśleć, że musisz żebrać u tych świń. Jestem jedynym, który wie, kim jesteś. Dlaczego mi bardziej nie zaufasz? Co masz w zanadrzu przeciw mnie? Czy chodzi o Hainesa? Jeżeli piśnie tylko, to sprowadzę tu Seymoura i zrobimy mu darcie na szmaty, gorsze nawet niż to, które zrobili Clive Kempthorpe’owi.
Młodzieńcze wrzaski zamożnych głosów w pokojach Clive Kempthorpe’a. Bladetwarze: trzymają się za boki ze śmiechu, jeden klepie drugiego, o, chyba skonam! Przekaż jej ostrożnie te wieści, Aubrey! Och, umrę! Bijąc powietrze strzępami, które pozostały z koszuli, i mając spodnie opuszczone do kostek, podskakuje i potyka się wokół stołu, a Ades z Kolegium Magdaleny ściga go uzbrojony w krawieckie nożyce. Twarz przerażonego cielaka pozłocona pomarańczową marmoladą. Nie chcę, nie zdejmujcie mi spodni, nie próbujcie robić ze mnie frajera!
Wrzaski z otwartego okna płoszą wieczór na kwadratowym dziedzińcu. Głuchy ogrodnik w fartuchu, zamaskowany twarzą Matthew Arnolda, popycha wzdłuż zamglonej łąki maszynkę do strzyżenia trawników, śledząc uważnie tańczące koniuszki źdźbeł.
Dla nas samych… nowi poganie… omphalos.
– Niech zostanie, powiedział Stefan. Pomijając te noce, jest zupełnie w porządku.
– Więc o co chodzi? zapytał niecierpliwie Buck Mulligan. Wykrztuś to z siebie. Jestem z tobą zupełnie szczery. Co masz przeciwko mnie?
Przystanęli, patrząc w stronę tępego wierzchołka Bray Head, leżącego na wodzie jak łeb uśpionego wieloryba. Stefan spokojnie uwolnił ramię.
– Czy chcesz, żebym ci powiedział? zapytał.
– Tak, o co chodzi? odpowiedział Buck Mulligan. Nie przypominam sobie niczego.
Mówiąc patrzył w twarz Stefana. Lekki wiatr musnął jego czoło, rozrzucając miękkie, jasne, nie uczesane włosy i budząc w oczach srebrne punkciki niepokoju.
Przygnębiony brzmieniem swego głosu, Stefan powiedział:
– Czy przypominasz sobie, że następnego dnia po śmierci matki przyszedłem do twojego domu?
Buck Mulligan zmarszczył się natychmiast i zapytał:
– Co? Gdzie? Niczego sobie nie przypominam. Pamiętam tylko pomysły i wrażenia. Dlaczego? A co się stało, na miłość boską?
– Przyrządzałeś herbatę, powiedział Stefan, a ja przeszedłem przez hall, żeby przynieść jeszcze trochę gorącej wody. Twoja matka wyszła z salonu razem z jakimś gościem. Zapytała cię, kto jest w twoim pokoju.
– Tak? powiedział Buck Mulligan. Co odpowiedziałem? Nie pamiętam.
– Odpowiedziałeś, powiedział Stefan, O, to tylko Dedalus, którego matka tak ohydnie umarła.
Rumieniec, który uczynił go młodszym i bardziej ujmującym, ukazał się na policzkach Bucka Mulligana.
– Czy powiedziałem tak? No i co? Co w tym złego?
Nerwowo otrząsnął się ze skrępowania.
– A czymże jest śmierć, zapytał, twojej matki, twoja albo moja? Tyś widział tylko twoją matkę umierającą. Ja ich widzę co dnia, odwalających kitę w Mater albo w Richmond i krojonych na plasterki w sali sekcyjnej. Jest to ohydna rzecz i nic więcej. To po prostu nie ma znaczenia. Nie chciałeś uklęknąć przy łóżku twojej umierającej matki i pomodlić się za nią, chociaż cię prosiła. Dlaczego? Ponieważ masz w sobie tę przeklętą jezuicką żyłkę, tylko że przebiega ona w przeciwnym kierunku. Dla mnie to wszystko jest niedorzecznością i ohydą. Jej płaty mózgowe przestają funkcjonować. Nazywa lekarza sir Piotrem Teazle i zrywa jaskry z kołdry. Dogadzaj jej, póki nie będzie po wszystkim. Sprzeciwiłeś się jej ostatniemu, przedśmiertnemu życzeniu, a jednak dąsasz się na mnie, bo nie wykrzywiam się płaczliwie jak niemowa najęty od Lalouette’a. Nonsens! Przypuszczam, że powiedziałem to. Nie chciałem znieważyć pamięci twojej matki.
Mówiąc odzyskał pewność siebie. Osłoniwszy otwarte rany, które słowa te pozostawiły w jego sercu, Stefan powiedział lodowato:
– Nie myślę o znieważeniu mojej matki.
– Więc o czym? zapytał Buck Mulligan.
– O znieważeniu mnie, odparł Stefan.
Buck Mulligan okręcił się na pięcie.
– Niemożliwa osoba! wykrzyknął.
Odszedł szybko wzdłuż obramowania. Stefan pozostał na miejscu, spoglądając ponad powierzchnią spokojnego morza w stronę przylądka. Morze i przylądek były teraz zamglone. Puls bił mu w oczach, przesłaniając widzenie, a gorączka paliła policzki.
W głębi wieży zabrzmiał donośny głos:
– Mulligan, czy jesteś tam na górze?
– Już idę, odparł Buck Mulligan.
Zwrócił się ku Stefanowi i powiedział:
– Spójrz na morze. Cóż je obchodzą urazy? Odrzuć Loyolę, Kinch, i zejdź na dół. Sassenach żąda swojej porannej wędzonki.
Głowa jego znieruchomiała jeszcze raz na chwilę, na równi z dachem, gdy znikał w wylocie schodów:
– Nie dręcz się tym przez cały dzień. Jestem niekonsekwentny. Daj spokój smętnym rozmyślaniom.
Głowa jego znikła, ale głęboki pomruk schodzącego głosu zadudnił u wylotu schodów:
Porzuć samotne rozmyślania
O serca gorzkiej tajemnicy,
Bo Fergus wozy gna spiżowe.
Pośród porannego spokoju cienie lasów płynęły cicho od strony wylotu schodów ku morzu, na które patrzył. W głębi zatoki i poza nią lustro wody bielało, poruszane lekkoobutymi, szybkimi stopami. Biała pierś zamglonego morza. Akcenty połączone parami. Ręka skubiąca struny harfy, zespalająca ich splecione akordy. Białofaliste, zaślubione słowa, drgające na zamglonej powierzchni.
Chmura powoli zakryła słońce, ocieniając zatokę głębszą zielenią. Leżała w dole, miska pełna gorzkich wód. Piosenka Fergusa: śpiewałem ją sam w domu, przedłużając przeciągłe, posępne akordy. Jej drzwi były otwarte: chciała słyszeć mnie grającego. Oniemiały z litości i zgrozy podszedłem do jej łóżka. Płakała na swoim nędznym posłaniu. Przez te słowa, Stefanie: o serca gorzkiej tajemnicy.
A teraz gdzie?
Jej sekrety: stare wachlarze z piór, frędzelkami ozdobne, piżmem pudrowane karneciki balowe, sznur bursztynowych paciorków w jej zamkniętej szufladzie. Klatka z ptaszkiem, zawieszona w słonecznym oknie domu jej dzieciństwa. Słyszała starego Royce’a śpiewającego w pantomimie o Turko Straszliwym i śmiała się wraz z innymi, gdy śpiewał:
Jestem artysta,
Który korzysta
Z niewidzialności.
Duch dawnej radości odłożony do szuflady: piżmempachnący.
Porzuć samotne rozmyślania.
Odłożona wraz ze swymi zabawkami do szuflady wspomnień natury. Wspomnienia ogarnęły jego zadumany umysł. Szklanka wody, którą nalewała z kuchennego kranu po przyjęciu komunii. Wydrążone jabłko, pełne brunatnego cukru, przypiekające się dla niej na blasze w ciemny, jesienny wieczór. Jej kształtne paznokcie zaczerwienione krwią rozgniecionych wszy, znalezionych na koszulach dzieci.
We śnie cicho przyszła do niego, a jej wyniszczone ciało, ubrane w luźną suknię, w której złożono ją do grobu, wydzielało woń wosku i różanego drzewa; jej oddech, pochylający się nad nim i pełen tajemnych, niemych słów: nikła woń wilgotnych popiołów.
Jej szkliste, martwo już spoglądające oczy, aby wstrząsnąć i ugiąć moją duszę. Patrzące tylko na mnie. Upiorna świeca, oświetlająca jej konanie. Upiorny blask na udręczonej twarzy. Jej chrapliwy, głośny oddech, rzężący w przerażeniu, podczas gdy wszyscy modlili się na klęczkach. Jej oczy, wpatrzone we mnie, aby powalić mnie na ziemię. Liliata rutilantium te confessorum turma circumdet: iubilantium te virginum chorus excipiat.
Wilkołaku! Trupożerco!
Nie, mamo. Pozwól mi być i pozwól mi żyć.
– Kinch, ahoy!
Głos Bucka Mulligana zabrzmiał śpiewnie w głębi wieży. Potem dobiegł z bliższego punktu schodów, nawołując powtórnie. Stefan, rozdygotany jeszcze płaczem swej duszy, poczuł ciepłe, przelatujące światło słoneczne, a w powietrzu za sobą usłyszał przyjazne słowa.
– Dedalus, zejdź jak dobry prostaczek. Śniadanie gotowe. Haines przeprasza za obudzenie nas tej nocy. Wszystko w porządku.
– Idę, powiedział Stefan, odwracając się.
– Chodź, na miłość boską, zawołał Buck Mulligan, na moją miłość i na miłość nas wszystkich.
Głowa jego zniknęła i pojawiła się znowu.
– Powiedziałem mu o twoim symbolu irlandzkiej sztuki. Mówi, że to bardzo mądre. Ustrzel go na funta, dobrze? To znaczy, na gwineę.
– Płacą mi dzisiaj, powiedział Stefan.
– Forsa ze szkolnego bajzla? Ile? Cztery funty? Pożycz nam jednego.
– Jeżeli jest ci potrzebny.
– Cztery lśniące suwereny, zawołał z uciechą Buck Mulligan. Urządzimy wspaniałe pijaństwo, żeby wprawić w zdumienie tych druidycznych druidów. Cztery wszechmocne suwereny.
Uniósł ręce i z tupotem zbiegł po schodach, śpiewając fałszywie londyńskim, gwarowym akcentem:
Czyż nam nie miło czas upłynie
Przy whisky, piwie i przy winie
W dzień koronacji,
W dzień koronacji!
Czyż nam nie miło czas upłynie
W dzień koronacji!
Ciepły blask słońca, weselący się ponad morzem. Niklowana miseczka do golenia lśniła zapomniana na obramowaniu. Dlaczego mam ją znosić na dół? Albo pozostawić ją tu na cały dzień, wzgardzoną przyjaźń?
Podszedł ku niej i przez chwilę trzymał ją w dłoniach, czując jej chłód i wdychając zapach lepkiej piany, w której tkwił pędzel. Tak samo niosłem trybularz z kadzidłem wtedy, w Clongowes. Jestem inny teraz, a jednak taki sam. Także sługa. Sługa sługi.
W mrocznej, sklepionej, mieszkalnej komnacie wieży owinięta szlafrokiem sylwetka Bucka Mulligana poruszała się żywo wokół paleniska, przesłaniając i odsłaniając jego żółty żar. Wpadające z dwóch wysokich strzelnic włócznie łagodnego światła dziennego krzyżowały się na kamiennej posadzce: w miejscu spotkania promieni unosiła się wirująca chmura dymu węglowego i opary smażonego boczku.
– Zadusimy się, powiedział Buck Mulligan. Haines, czy możesz otworzyć te drzwi?
Stefan postawił miseczkę do golenia na skrzyni. Wysoka, siedząca w hamaku postać uniosła się, podeszła do progu i otworzyła wewnętrzne drzwi.
– Czy masz klucz? zapytał głos.
– Dedalus go ma, powiedział Buck Mulligan. Święty Jacku, duszę się!
I nie podnosząc głowy znad piecyka, zawył:
– Kinch!
– Jest w zamku, powiedział Stefan podchodząc.
Klucz zgrzytnął chrapliwie dwa razy, a kiedy ciężkie drzwi zostały otwarte na oścież, weszło upragnione światło i czyste powietrze. Haines stał w progu, spoglądając na zewnątrz. Stefan ustawił pionowo swoją walizkę, przyciągnął ją do stołu i usiadł, czekając. Buck Mulligan cisnął to, co usmażył, na stojący pod ręką półmisek. Potem przeniósł półmisek i wielki imbryk na stół, postawił je ciężko i odetchnął z ulgą.
– Topnieję, powiedział, jak zauważyła świeca, gdy… Ale cicho, sza! Ani słowa więcej o tym przedmiocie. Kinch, zbudź się. Chleb, masło, miód. Haines, wejdź. Żarcie gotowe. Pobłogosław nas, Boże, i te dary twoje. Gdzie cukier? O, kurwa, nie ma mleka.
Stefan przyniósł ze skrzyni bochenek, garnek z miodem i maselniczkę. Buck Mulligan usiadł, nadąsany nagle.
– A cóż to za burdel? powiedział. Kazałem jej przyjść po ósmej.
– Możemy pić herbatę bez mleka, powiedział Stefan, w skrzyni jest cytryna.
– O, bądź przeklęty razem z twoimi paryskimi pozami. Chcę mleka z Sandycove. Haines zawrócił od progu i powiedział spokojnie:
– Nadchodzi kobieta z mlekiem.
– Błogosławieństwo boże nad tobą, zawołał Buck Mulligan zrywając się z krzesła. Siadaj. Nalej herbaty. Cukier jest w woreczku. Nie mogę się już dłużej grzebać w tych przeklętych jajach.
Pokrajał wędzonkę na półmisku i cisnął ją na trzy talerze, mówiąc:
– In nomine Patris et Filii et Spiritus Sancti.
Haines usiadł, żeby nalać herbatę.
– Daję każdemu z was po dwa kawałki, powiedział. Ale powiem ci, Mulligan, że zaparzasz naprawdę mocną herbatę.
Odcinając grube kromki od bochenka, Buck Mulligan powiedział przypochlebnym głosem starej kobiety:
– Kiedy se leję herbatę, to se leję herbatę, jak powiedziała stara matka Grogan. A kiedy leję co insze, to leję co insze.
– Na Jowisza, to jest herbata, powiedział Haines. Buck Mulligan nie przestawał krajać i przymilać się.
– Tak robię, moja pani Cahill, powiada ona. Nie gniewaj się, paniusiu, powiada pani Cahill, ale niech cię Bóg strzeże, żebyś nie lała jednego i drugiego w ten sam garnek.
Przysunął współbiesiadnikom grube pajdy chleba wbite na koniec noża.
– To folklor dla twojej książki, Haines, powiedział bardzo poważnie. Pięć linijek tekstu i dziesięć stron przypisów o ludku i rybogach Dundrum. Wydrukowane przez siostry Parki w roku wielkiego wichru.
Zwrócił się ku Stefanowi i unosząc brwi, zapytał doskonale zaciekawionym głosem:
– Spróbuj przypomnieć sobie, bracie, czy szczynoherbaciane naczynie matki Grogan wzmiankowane jest w Mabinogionie, czy w Upaniszadach?
– Wątpię w to, odpowiedział Stefan poważnie.
– Doprawdy? zapytał Buck Mulligan tym samym tonem. A dlaczego, proszę?
– Zdaje mi się, powiedział Stefan, nie przerywając jedzenia, że nie istniała ona ani w, ani poza Mabinogionem. Można przypuszczać, że matka Grogan była krewną Mary Ann.
Zadowolenie rozjaśniło twarz Bucka Mulligana.
– Czarujące, powiedział przesadnie afektowanym, słodkim głosem, ukazując białe zęby i wesoło mrugając oczami. Więc sądzisz, że nią była? Naprawdę czarujące.
Potem zachmurzył się niespodziewanie i znowu rozpoczął zapalczywie kroić chleb, mrucząc chrapliwym, skrzypiącym głosem:
Bo stara Mary Ann
Gwiżdże na cały kram
I tylko dba, by zadrzeć kieckę swą…
Zatkał sobie usta wędzonką i zaczął gryźć nucąc.
Wchodząca postać zaciemniła otwór wejściowy.
– Mleko, proszę pana.
– Niech pani wejdzie, powiedział Mulligan. Kinch, przynieś dzbanek.
Stara kobieta podeszła bliżej i stanęła obok Stefana.
– Piękny mamy ranek, proszę pana, powiedziała. Chwała niech będzie Najwyższemu.
– Komu? zapytał Mulligan, zerkając na nią. Ach, oczywiście.
Stefan sięgnął za siebie i zdjął ze skrzyni dzbanek do mleka.
– Wyspiarze, powiedział niedbale Mulligan do Hainesa, często wymawiają imię poborcy obrzezek.
– Ile, proszę pana? zapytała stara kobieta.
– Kwartę, powiedział Stefan.
Przyglądał się jej, gdy nalewała do miarki, a potem do dzbanka gęste, białe mleko, nie pochodzące od niej samej. Szare, pomarszczone sutki. Wlała jeszcze jedną miarkę i dokładkę. Stara i tajemnicza przybyła z porannego świata, może jako wysłannik. Nalewając mleko zachwalała jego jakość. O świcie na soczystej łące kuca obok cierpliwej krowy jak czarownica na swym muchomorze, a jej pomarszczone palce są szybkie wokół tryskających wymion. Rosistojedwabiste bydło ryczy wokół niej, którą zna. Perła pastwisk i stara, biedna kobieta. Imiona nadawane jej w dawnych czasach. Wędrująca staruszka, niższa forma nieśmiertelności, służąca swemu zdobywcy i beztroskiemu uwodzicielowi, nałożnica ich obu, wysłanniczka tajemnego poranka. Służyć czy złorzeczyć? Nie umiał na to odpowiedzieć, ale gardził poszukiwaniem jej łask.
– Rzeczywiście piękny, proszę pani, powiedział Buck Mulligan, nalewając mleko do filiżanek.
– Niech pan spróbuje, powiedziała.
Wypił, posłuszny prośbie.
– Gdybyśmy tylko zawsze mogli odżywiać się tak zdrowo, powiedział do niej trochę za głośno, kraj nie byłby pełen popsutych zębów i popsutych flaków. Żyjemy w bagnistych moczarach, odżywiamy się marnie, a ulice nasze są pokryte kurzem, końskim nawozem i gruźliczymi plwocinami.
– Czy pan jest studentem medycyny? zapytała staruszka.
– Jestem, proszę pani, odpowiedział Buck Mulligan.
Stefan słuchał w pogardliwym milczeniu. Kłoni swoją starą głowę przed mówiącym do niej donośnym głosem, przed swym stawignatem, przed swym konowałem: mnie lekceważy. Kłoni głowę przed głosem, który wyspowiada i namaści do grobu ją całą prócz jej kobiecego, nieczystego łona, nie uczynionego na podobieństwo boże, lecz ludzkie, i będącego łupem węża. Przed donośnym głosem, który teraz każe jej milczeć i mieć rozbiegane, niepewne oczy.
– Czy zrozumiała pani, co on powiedział? zapytał Stefan.
– Czy mówił pan po francusku? zapytała staruszka Hainesa.
Haines odezwał się do niej powtórnie; tym razem mówił dłużej i z większą pewnością siebie.
– Irlandzki, powiedział Buck Mulligan. Czy umie pani po gaelicku?
– Słuchając pomyślałam sobie, że to pewnie będzie po irlandzku, powiedziała stara kobieta. Czy pan pochodzi z zachodu?
– Jestem Anglikiem, odparł Haines.
– Jest Anglikiem, powiedział Buck Mulligan, i sądzi, że powinniśmy mówić w Irlandii po irlandzku.
– Pewnie, że powinniśmy, odrzekła stara kobieta, i wstyd mi, że sama nie umiem. Ci, co go znają, powiadają, że to wspaniały język.
– Wspaniały to nie jest dla niego określenie, powiedział Buck Mulligan. Jest po prostu cudowny. Nalej nam jeszcze trochę herbaty, Kinch. Czy wypije pani filiżankę?
– Nie, dziękuję panu, proszę pana, powiedziała, wsuwając na ramię pierścień bańki i przygotowując się do odejścia.
Haines zapytał ją:
– Czy ma pani rachunek? Słuchaj, Mulligan, lepiej od razu jej zapłaćmy, prawda?
Stefan jeszcze raz napełnił trzy filiżanki.
– Rachunek, proszę pana, powiedziała zatrzymując się. To będzie siedem razy rano po pół kwarty po dwa pensy to znaczy siedem razy dwa to będzie szyling i dwa pensy i jeszcze trzy razy rano po kwarcie po cztery pensy to będzie trzy kwaterki to będzie szyling i szyling i dwa pensy to będzie dwa szylingi i dwa pensy, proszę pana.
Buck Mulligan westchnął i wepchnąwszy sobie w usta przylepkę posmarowaną grubo masłem po obu stronach, wyciągnął przed siebie nogi i zaczął przeszukiwać kieszenie spodni.
– Zapłać i zrób przyjemny wyraz twarzy, powiedział do niego Haines uśmiechając się.
Stefan napełnił trzecią filiżankę; łyżeczka herbaty blado zabarwiła tłuste, gęste mleko. Buck Mulligan wyciągnął florena, obrócił go w palcach i zawołał:
– Cud!
Pchnął go po powierzchni stołu w kierunku starej kobiety, mówiąc:
– O więcej nie proś mnie, słodka moja. Daję ci wszystko, co mogę dać.
Stefan wsunął monetę w jej pełną wahania dłoń.
– Będziemy pani winni dwa pensy, powiedział.
– Nie ma pośpiechu, proszę pana, odparła biorąc pieniądz. Nie ma pośpiechu. Dobrego dnia panu życzę.
Dygnęła i wyszła, ścigana czułymi słowami piosenki Bucka Mulligana:
Duszo mej duszy, gdybym miał więcej,
Więcej bym złożył u twoich stóp.
Zwrócił się ku Stefanowi i powiedział:
– Serio, Dedalus, jestem spłukany. Biegnij do tego twojego szkolnego bajzla i przynieś nam trochę forsy. Dziś bardowie muszą pić i biesiadować. Irlandia oczekuje, że każdy spełni dzisiaj swą powinność.
– To mi przypomina, powiedział Haines wstając, że mam dzisiaj odwiedzić waszą bibliotekę narodową.
– Najpierw popływamy, powiedział Buck Mulligan.
Odwrócił się i zapytał łagodnie:
– Czy to dziś przypada ów dzień miesiąca, w którym się myjesz, Kinch?
Później powiedział do Hainesa:
– Ów nieczysty bard ma za punkt honoru myć się tylko raz w miesiącu.
– Cała Irlandia jest obmywana Golfsztromem, powiedział Stefan, zezwalając, by miód spłynął po kromce.
Z kąta, w którym luźno przewiązywał szarfą otwarty kołnierz swojej tenisowej koszuli, Haines powiedział:
– Chciałbym sobie zrobić zbiór twoich powiedzonek, jeżeli pozwolisz.
Mówi do mnie. Myją się i kąpią, i szorują. Kąsanie przewin. Świadomość. A jednak jest tu plama.
– To o pękniętym lusterku służącej, będącym symbolem sztuki irlandzkiej, jest diabelnie dobre.
Buck Mulligan kopnął pod stołem nogę Stefana i powiedział ciepłym głosem:
– Zaczekaj, aż usłyszysz go mówiącego o Hamlecie, Haines.
– Mam to na myśli, powiedział Haines, zwracając się nadal do Stefana. Właśnie myślałem o tym, kiedy weszło to biedne, stare stworzenie.
– Czy zarobiłbym na tym pieniądze? zapytał Stefan.
Haines roześmiał się i zdejmując swój szary, miękki kapelusz z haka, na którym uczepiony był hamak, powiedział:
– Skąd mogę wiedzieć?
Ruszył długimi krokami w stronę progu. Buck Mulligan pochylił się nad stołem ku Stefanowi i powiedział z chrapliwą gwałtownością:
– Po coś kładł kopyta na stół? Po coś to powiedział?
– O co chodzi? zapytał Stefan. Rzecz w tym, żeby zdobyć pieniądze. Od mleczarki albo od niego. Myślę, że to jedyny wybór.
– Opowiadam mu cuda o tobie, powiedział Buck Mulligan, aż tu nagle przybywasz ty, ze swoim zawszonym patrzeniem spode łba i ze swoimi ponurymi jezuickimi narowami.
– Nie spodziewam się wiele, powiedział Stefan, ani od niego, ani od niej.
Buck Mulligan westchnął dramatycznie i położył mu dłoń na ramieniu.
– Ode mnie, Kinch.
I niespodziewanie zmienionym głosem dodał:
– Jak Boga kocham, myślę, że masz słuszność. Niewiele są warci oboje. Dlaczego ich nie wykorzystujesz jak ja? Do diabła z nimi wszystkimi. Musimy się wydostać z tego bajzla.
Wstał, z godnością rozwiązał szlafrok i zdjął go, mówiąc z rezygnacją:
– Zwłóczono z Mulligana szaty jego.
Wypróżnił kieszenie na stół.
– Masz tu swoją ścierkę do nosa, powiedział.
Wkładając sztywny kołnierzyk i buntowniczy krawat, przemawiał do nich i strofował je, a wraz z nimi dyndający łańcuszek swego zegarka. Gdy wołał o czystą chustkę, ręce zanurzyły się w kuferku i przetrząsały jego zawartość. Kąsanie przewin. Boże, wystarczy tylko ucharakteryzować postać. Potrzebuję purpurowobrunatnych rękawic i zielonych butów. Sprzeczność. Czy zaprzeczam sobie? Więc dobrze, zaprzeczam sobie. Płochy Malachi. Z jego rozgadanych rąk wyleciał czarny, miękki pocisk.
– A tu masz swój kapelusz z Dzielnicy Łacińskiej, powiedział. Stefan podniósł kapelusz i włożył go na głowę. Haines zawołał do nich z progu:
– Wy tam, idziecie już?
– Jestem gotów, odpowiedział Buck Mulligan, idąc ku drzwiom. Wychodź, Kinch. Przypuszczam, że zjadłeś już wszystko, co zostawiliśmy.
Zrezygnowany minął próg przemawiając i krocząc z godnością. Powiedział niemal ze smutkiem:
– I ruszywszy przed siebie, napotkał Butterly’ego.
Stefan wziął swoją, opartą o ścianę, jesionową laskę i ruszył za nimi, a nim zeszli po drabiniastych stopniach, naparł na powolne, żelazne drzwi i zamknął je. Włożył ogromny klucz do wewnętrznej kieszeni.
U stóp stopni Buck Mulligan zapytał:
– Wziąłeś klucz?
– Mam go, powiedział Stefan, wyprzedzając ich obu.
Poszedł przodem. Poza sobą słyszał Bucka Mulligana, uderzającego ciężkim, kąpielowym ręcznikiem w najwyższe pędy traw i paproci.
– Pochyl się, mój panie. Jak śmiesz, mój panie?
Haines zapytał:
– Czy płacicie komorne za tę wieżę?
– Dwanaście funtów, odpowiedział Buck Mulligan.
– Sekretarzowi stanu od spraw wojny, dodał Stefan przez ramię.
Przystanęli, gdy Haines dokonywał oględzin wieży. Wreszcie powiedział:
– Przypuszczam, że jest raczej ponura zimą. Nazywacie ją Martello, zdaje się?
– Billy Pitt kazał je wybudować, gdy Francuzi wyszli na morze, powiedział Buck Mulligan. Ale nasza jest omphalos.
– Na czym polega twoja idea Hamleta? zapytał Haines Stefana.
– Nie, nie, zawołał z bólem Buck Mulligan. Nie dorównuję Tomaszowi z Akwinu i pięćdziesięciu pięciu przyczynom, które wymyślił, żeby to podtrzymać. Zaczekaj, aż będę miał w sobie kilka kufli.
Zwrócił się ku Stefanowi i powiedział, obciągając schludnie końce swej pierwiosnkowej kamizelki:
– Nie mógłbyś się chyba podjąć tego poniżej trzech kufli, Kinch, co?
– Tyle czasu to czekało, powiedział Stefan apatycznie, że może poczekać jeszcze trochę.
– Drażnicie moją ciekawość, powiedział dobrodusznie Haines. Czy to jakiś paradoks?
– Ho, ho, powiedział Buck Mulligan. Wyrośliśmy już z Wilde’a i paradoksów. To jest bardzo proste. Dowodzi przy pomocy algebry, że wnuk Hamleta jest dziadkiem Shakespeare’a, a on sam jest duchem swego ojca.
– Co? powiedział Haines, wskazując Stefana. On sam?
Buck Mulligan owinął sobie wokół szyi ręcznik jak stułę i gnąc się od szalonego śmiechu, wyszeptał Stefanowi do ucha:
– O duchu starego Kincha! Jafecie poszukujący ojca!
– Rano bywamy zawsze zmęczeni, powiedział Stefan do Hainesa, a to jest dosyć długie opowiadanie.
Idący znowu na przedzie Buck Mulligan uniósł ręce.
– Tylko przenajświętszy kufel potrafi rozwiązać język Dedalusa, powiedział.
– Chcę powiedzieć, wyjaśnił Haines Stefanowi, gdy ruszyli za nim, że ta wieża i te urwiska przypominają mi w jakiś sposób Elsynor, który ze skały swej w morze spogląda, prawda?
Buck Mulligan niespodziewanie odwrócił się na chwilę ku Stefanowi, ale nie odezwał się. W jasnym, nagłym ułamku chwili Stefan ujrzał swój wizerunek w taniej, zakurzonej żałobie między ich jasnymi strojami.
– To cudowna opowieść, powiedział Haines, zmuszając ich raz jeszcze do zatrzymania się.
Oczy blade jak morze, wiatrem ochłodzone, ale bledsze, stanowcze i skromne. Władca mórz spoglądał ku południowi ponad zatoką, opustoszałą, jeśli nie liczyć mglistego pióropusza dymu statku pasażerskiego na jasnym widnokręgu i żagla lawirującego w pobliżu Muglins.
– Czytałem gdzieś teologiczne wyjaśnienie tego, powiedział w zadumie. Idea Ojca i Syna. Syn walczący o to, żeby zespolić się z Ojcem.
Buck Mulligan natychmiast ukazał im uradowaną, szeroko uśmiechniętą twarz. Gdy spojrzał na nich, jego pięknokształtne usta były radośnie otwarte, a oczy, z których zniknęła nagle cała bystrość, mrugały w szaleńczej wesołości. Poruszył głową ku przodowi i do tyłu jak lalka, aż zadygotało rondo jego słomkowego kapelusza, i zaczął śpiewać cichym, szczęśliwym, głupkowatym głosem:
Ja jestem najbardziej cudacznym chłopakiem,
Mam matkę Żydówkę, a ojciec jest ptakiem.
Z tym cieślą Józefem żyć w zgodzie nie mogę,
Więc zdrowie Kalwarii i uczniów i – w drogę!
Uniósł wskazujący palec, pełen ostrzeżenia.
Jeżeli ktoś w boskość mą wątpi, to sobie
Nie łyknie za darmo, gdy wina narobię,
Lecz będzie pił wodę i modlił się o to,
Bym wino oddając znów zrobił je wodą.
Na pożegnanie szarpnął zręcznie laskę Stefana i biegnąc w kierunku urwiska, zatrzepotał rękami, jakby to były płetwy albo skrzydła kogoś, kto ma się unieść w powietrze. Zaśpiewał:
Żegnajcie, żegnajcie. Zapiszcie me słowa.
Powiedzcie tym czterem, że żyję od nowa.
Co boskim jest we mnie, uniesie w dal mnie.
Na Górze Oliwnej wiatr wieje… Adieu!
W podskokach zbiegł przed nimi w głąb czterdziestostopowej rozpadliny, trzepocząc podobnymi do skrzydeł rękami i skacząc zwinnie. Rozkołysany kapelusz chwiał się w podmuchach świeżego wiatru, przynoszącego im jego krótkie, ptasie okrzyki.
Śmiejąc się powściągliwie Haines dopędził Stefana i powiedział:
– Przypuszczam, że nie powinniśmy się śmiać. On jest raczej bluźnierczy. Chciałbym dodać, że nie jestem wierzący. Ale jego wesołość unieszkodliwia to jakoś, prawda? Jak on to nazwał: Józef Cieśla?
– Ballada o Drwiącym Jezusie, odpowiedział Stefan.
– O, powiedział Haines, więc słyszałeś to już kiedyś?
– Trzy razy dziennie po posiłkach, odparł Stefan sucho.
– Nie jesteś wierzący, prawda? zapytał Haines. To znaczy, mam na myśli, wierzący w wąskim znaczeniu tego słowa. Stwarzanie z niczego i cuda, i wcielony Bóg.
– Wydaje mi się, że istnieje tylko jedno znaczenie tego słowa, powiedział Stefan.
Haines przystanął, żeby wyciągnąć płaską, srebrną papierośnicę, w której zamigotał zielony kamień. Otworzył ją, naciskając kciukiem, i wysunął zapraszająco.
– Dziękuję, powiedział Stefan biorąc papierosa.
Haines też wziął i zatrzasnął papierośnicę. Włożył ją na powrót do bocznej kieszeni i wyjął z kieszonki kamizelki niklowe pudełko z hubką i krzesiwem, otworzył je także i zapaliwszy swojego papierosa, podał Stefanowi płonącą hubkę w muszli złożonych dłoni.
– Tak, oczywiście, powiedział, gdy ruszyli, albo się wierzy, albo nie, prawda? Osobiście nie mógłbym strawić tej idei wcielonego Boga. Mam nadzieję, że nie jesteś jej zwolennikiem?
– Widzisz we mnie obrzydliwy okaz wolnomyśliciela, powiedział Stefan z ponurym niezadowoleniem.
Czekając, aż tamten się odezwie, poszedł dalej, wlokąc laskę po ziemi. Jej okucie sunęło za nim lekko po ścieżce, skrzypiąc u obcasów. Mój powiernik, wołający za mną: Steeeeeeeeeefan! Zygzakowaty ślad na ścieżce. Będą szli po niej dzisiejszej nocy, powracając tędy w ciemności. On chciałby wziąć ten klucz. Klucz jest mój. To ja zapłaciłem komorne. A teraz jem jego gorzki chleb. Więc dam mu także ten klucz. Wszystko. Zażąda go. To było w jego wzroku.
– Ale pomimo wszystko, zaczął Haines…
Stefan odwrócił się i zauważył, że zimne spojrzenie, które go mierzyło, nie było wcale nieżyczliwe.
– Ale pomimo wszystko myślę, że możesz się wyzwolić. Jesteś przecież swoim własnym panem, jak mi się wydaje.
– Jestem sługą dwóch panów, powiedział Stefan, Anglika i Włocha.
– Włocha? zapytał Haines.
Szalona królowa, stara i zazdrosna. Uklęknij przede mną.
– I trzeciego, powiedział Stefan, który potrzebuje mnie do dorywczych poleceń.
– Włocha? powtórzył Haines. Co chcesz przez to powiedzieć?
– Imperium Brytyjskiego, powiedział Stefan czerwieniąc się, i świętego, rzymskiego, apostolskiego Kościoła katolickiego.
Przed następnym odezwaniem się Haines oderwał od dolnej wargi kilka włókienek tytoniu.
– Mogę to doskonale zrozumieć, powiedział spokojnie. Mam odwagę twierdzić, że Irlandczyk musi tak rozumować. Czujemy w Anglii, że potraktowaliśmy was trochę nieuczciwie. Zdaje się, że trzeba winić historię.
Dumne, władcze godła rozgrzmiały w pamięci Stefana tryumfem swych spiżowych dzwonów: et unam sanctam catholicam et apostolicam ecclesiam: powolny wzrost, zmiana obrządku i dogmatu, podobne do zmiany jego własnych, niezwykłych myśli, alchemia gwiazd. Symbol apostołów w mszy papieża Marcellusa, zespolone głosy, śpiewające jak jeden w donośnej afirmacji: a ukryty za ich śpiewem czujny anioł wojującego Kościoła rozbraja i gromi herezjarchów. Horda herezji uciekających z przekrzywionymi mitrami: Focjusz i plemię szyderców, z których jednym był Mulligan, i Ariusz, wojujący przez całe życie przeciw współistotności Ojca i Syna, i Walentyn, gardzący ziemskim ciałem Chrystusa, i Sabelius, przebiegły herezjarcha afrykański, utrzymujący, że Ojciec jest swym własnym Synem. Słowa, które Mulligan wypowiedział przed chwilą, drwiąc w obecności obcego. Próżna drwina. Nicość oczekuje z pewnością tych wszystkich tkaczy wiatru: groza, obezwładnienie i zniweczenie ze strony gotowych do boju aniołów Kościoła, Michałowych zastępów, które swymi włóczniami i tarczami niezmiennie osłaniają Kościół w godzinie walki.
Słuchajcie, słuchajcie. Przedłużające się oklaski. Zut! Nom de dieu!
– Oczywiście, jestem Brytyjczykiem, zabrzmiał głos Hainesa, i czuję jak Brytyjczyk. Nie chcę także przyglądać się, gdy kraj mój wpada w ręce niemieckich żydów. Obawiam się, że w tej chwili jest to nasz narodowy problem.
Dwaj ludzie stali na krawędzi skały patrząc: człowiek interesu, człowiek morza.
– Płynie do portu Bullock.
Z pewną pogardą człowiek morza wskazał głową północny kraniec zatoki.
– Tam jest pięć sążni, powiedział. Wypłynie w tamtej okolicy, mniej więcej o pierwszej, kiedy nadejdzie przypływ. Dziś mija dziewiąty dzień.
Człowiek, który utonął. Żagiel błądzący po pustej zatoce, oczekujący, by opuchły tobół wypłynął na powierzchnię i odwrócił ku słońcu wzdętą twarz, białą jak sól. Oto jestem.
Poszli wzdłuż krętej ścieżki, prowadzącej w dół, ku małej zatoczce. Buck Mulligan stał na kamieniu w samej tylko koszuli, a odpięty krawat powiewał mu przez ramię. Niedaleko od niego, uczepiony skalnej ostrogi, młody człowiek żabio poruszał zielonymi nogami pośród galaretowatej wodnej głębi.
– Czy twój brat jest z tobą, Malachi?
– Jest w Westmeath. Z Bannonami.
– Wciąż jeszcze? Dostałem kartkę od Bannona. Mówi, że znalazł sobie tam jakieś słodkie, młode stworzenie. Nazywa ją fotodziewczyną.
– Migawka, co? Krótkie wywołanie.
Buck Mulligan usiadł, żeby rozsznurować buty. W pobliżu skalnej ostrogi niespodziewanie wystrzeliła sapiąca, czerwona twarz starego człowieka. Zaczął gramolić się w górę po kamieniach. Woda lśniła na jego czaszce i wieńcu siwiejących włosów, ściekała po piersi i brzuchu strumykami i tryskała z czarnej przepaski na biodrach.
Buck Mulligan usunął się, żeby zrobić mu przejście, i zerkając na Hainesa i Stefana uczynił kciukiem pobożny znak krzyża na czole, wargach i mostku.
– Seymour wrócił do miasta, powiedział młody człowiek, obejmując ponownie skalną ostrogę. Rzucił medycynę i idzie do wojska.
– Och, idź do Boga, powiedział Buck Mulligan.
– W przyszłym tygodniu wyjeżdża, żeby zacząć wkuwać. Znasz tę rudą dziewczynę, Lily Carlisle?
– Tak.
– Gruchała z nim zeszłej nocy na molo. Jej ojciec pęka od forsy.
– A czy przypadkiem jej brzuszek nie pęknie?
– Lepiej zapytaj o to Seymoura.
– Seymour pieprzonym oficerem, powiedział Buck Mulligan.
Ściągając spodnie przytaknął sobie i wyprostował się, mówiąc banalnie:
– Rude kobiety podrzucają jak kozy.
Urwał przerażony, macając bok pod trzepoczącą koszulą:
– Moje dwunaste żebro zniknęło, zawołał. Jestem Uebermensch. Bezzębny Kinch i ja, oto nadludzie.
Wyswobodził się z koszuli i cisnął ją za siebie tam, gdzie leżała reszta jego ubrania.
– Wchodzisz tu, Malachi?
– Tak. Zrób miejsce w łóżku.
Młody człowiek odepchnął się i osiągnął środek zatoczki dwoma długimi, gładkimi pociągnięciami. Haines usiadł na kamieniu, paląc.
– Nie wejdziesz? zapytał Buck Mulligan.
– Później, powiedział Haines. Nie zaraz po śniadaniu.
Stefan odwrócił się.
– Odchodzę, Mulligan, powiedział.
– Daj nam ten klucz, Kinch, powiedział Buck Mulligan, żeby mi nie zwiało koszuli.
Stefan podał mu klucz. Buck Mulligan położył go na swoim ciśniętym bezładnie ubraniu.
– I dwa pensy, powiedział, na kufelek. Rzuć je tam.
Stefan rzucił dwa pensy na miękki stos. Ubieranie. Rozbieranie. Buck Mulligan, wyprostowany, z rękami splecionymi przed sobą, powiedział uroczyście:
– Który biedakowi rabuje, Panu użycza. Tako rzecze Zaratustra.
Jego pulchne ciało plusnęło.
– Do zobaczenia, powiedział Haines, spoglądając za odchodzącym Stefanem i uśmiechając się do dzikiego Irlandczyka.
Róg byka, kopyto konia, uśmiech Saksona.
– Okręt, krzyknął Buck Mulligan. Pół do pierwszej.
– Dobrze, powiedział Stefan.
Poszedł wzdłuż zakręcającej ku górze ścieżki.
Liliata rutilantium.
Turma circumdet.
Iubilantium te virginum.
Siwa aureola księdza w zagłębieniu, w którym ubierał się dyskretnie. Nie będę tu spał dziś w nocy. Do domu też nie mogę pójść.
Głos słodkobrzmiący i niemilknący wołał go z morza. Znikając za zakrętem kiwnął ręką. Głos zabrzmiał znowu. Lśniąca, brunatna, focza głowa, daleko na wodzie, okrągła.
Uzurpator.
________________________________
– Ty, Cochrane. Jakie miasto wezwało go?
– Tarentum, proszę pana.
– Bardzo dobrze. Co dalej?
– Była tam bitwa, proszę pana.
– Bardzo dobrze. Gdzie?
Pusta twarz chłopca spojrzała pytająco ku pustemu oknu.
Zmyślone przez córy pamięci. A jednak w pewien sposób istniało, jak gdyby nie zmyślone przez pamięć. A więc zdanie niecierpliwe, łopot skrzydeł nieumiarkowania Blake’a. Słyszę ruinę całej przestrzeni, brzęk szkła i upadek murów, a czas jest jednym, ostatecznym, sinym płomieniem. Cóż nam więc pozostaje?
– Nie pamiętam miejscowości, proszę pana. 279 przed Chrystusem.
– Asculum, powiedział Stefan, zerkając na nazwę i datę w wystrzępionej książce.
– Tak, proszę pana. I powiedział: Jeszcze jedno takie zwycięstwo, a jesteśmy zgubieni.
To zdanie świat zapamiętał. Posępna ulga dla umysłu. Ze wzgórza nad pokrytą ciałami równiną wsparty na włóczni generał przemawia do swych oficerów. Jakikolwiek generał do jakichkolwiek oficerów. Nadstawiają ucha.
– Ty, Armstrong, powiedział Stefan. Jaki był koniec Pyrrhusa?
– Koniec Pyrrhusa, proszę pana?
– Ja wiem, proszę pana. Niech pan mnie zapyta, powiedział Comyn.
– Zaczekaj. Ty, Armstrong. Czy wiesz coś o Pyrrhusie?
Torebka z cukrzonymi figami spoczywała ukryta w tornistrze Armstronga. Od czasu do czasu zwijał je w zagłębieniu dłoni i połykał ukradkowo. Okruchy przylgnęły do wypukłości warg. Posłodzony chłopięcy oddech. Zamożni ludzie, dumni z najstarszego syna, który jest w marynarce wojennej. Vico Road, Dalkey.
– O Phallusie, proszę pana? Phallus to taki pal, który się wbija pod molo.
Wszyscy się roześmieli. Bezradosnym, wysokim, złośliwym śmiechem. Armstrong odwrócił się profilem i z głupkowatym uśmiechem spojrzał na kolegów. Za chwilę roześmieją się jeszcze głośniej, świadomi mej nieumiejętności utrzymania dyscypliny i wysokości czesnego, które wpłacają ich tatusiowie.
– A teraz powiedz mi, powiedział Stefan, szturchając chłopca książką w ramię, co to jest molo?
– Molo, proszę pana, powiedział Armstrong, to taka rzecz, która sterczy między falami. Rodzaj mostu. Molo w Kingstown, proszę pana.
Niektórzy znów się roześmieli: bezradośnie, ale znacząco. Dwaj w ostatniej ławce zaczęli szeptać. Tak. Oni wiedzieli, nigdy nie musieli się dowiadywać i nigdy nie byli niewinni. Wszyscy. Z zawiścią przyglądał się ich twarzom. Edith, Ethel, Gerty, Lily. Im podobne: ich oddechy, także podobne, posłodzone herbatą i konfiturami, a bransolety ich chichoczą w czasie szamotania.
– Molo w Kingstown, powiedział Stefan. Tak, rozczarowany most.
Słowa te wzbudziły niepokój w ich spojrzeniach.
– Jak to, proszę pana? zapytał Comyn. Most jest ponad rzeką.
Do zbiorku aforyzmów Hainesa. Nie ma tu nikogo, kto mógłby to usłyszeć. Dziś wieczór, zręcznie, pośród dzikiej pijatyki i rozmowy, aby przebić lśniącą zbroję jego umysłu. I co wtedy? Trefniś na dworze pańskim rozzuchwalony i lekceważony, starający się zdobyć poklask pobłażliwego pana. Dlaczego wszyscy wybrali tę rolę? Nie tylko dla uśmierzającej pieszczoty. Im także kraj wydawał się lombardem, a historia jedynie bajką, podobną do wszystkich innych, zbyt często słyszanych.
Gdyby Pyrrhus nie padł z ręki staruchy w Argos albo Cezar nie został zakłuty. Nie da się pozbyć myśli o nich. Czas napiętnował ich i spętał, złożeni są w komnacie nieograniczonych możliwości, które odrzucili. Lecz czy to było możliwe, skoro nigdy nie zaistniało? Czy też możliwe było tylko to, co się stało. Tkaj, tkaczu wiatrów.
– Niech pan nam coś opowie, proszę pana.
– Och, tak, proszę pana. Coś o duchach.
– Skąd zaczynamy? spytał Stefan, otwierając inną książkę.
– Nie płacz już, powiedział Comyn.
– No, to jazda, Talbot.
– A historia, proszę pana?
– Później, powiedział Stefan. Jazda, Talbot.
Śniady chłopiec otworzył książkę i wsunął ją zmyślnie pod grzbiet swego tornistra. Zaczął recytować urywkami, zerkając na chybił trafił w stronę tekstu:
Nie płacz już, nie płacz, żałosny pasterzu,
Bo smutku twego przyczyna, Lycidas,
Nie zmarł, choć wodne go skryły głębiny…
Musi to więc być ruch, aktualizacja możliwego jako możliwego. Zdanie Arystotelesa ukształtowało się pośród bełkotanych linijek wiersza i popłynęło w skupioną ciszę biblioteki Saint Geneviève, gdzie czytał co wieczór, ukryty przed grzechem Paryża. U jego boku wątły Syjamczyk wkuwał podręcznik strategii. Wypasione i pasące się mózgi wokół mnie: pod rozjarzonymi lampami, przyszpilone, z lekko pulsującymi czułkami: a w ciemności mego umysłu gnuśność podziemnego świata, niechętna, wroga jasności, skręcająca swe smocze, pokryte łuską sploty. Myśl jest myślą myśli. Spokojna jasność. Dusza jest w pewien sposób wszystkim, co istnieje: dusza jest kształtem kształtów. Uspokojenie nagłe, rozległe, rozżarzone: kształtem kształtów.
Talbot powtórzył:
Przez moc najdroższą Tego, co po falach stąpał,
Przez moc najdroższą…
– Przewróć, powiedział Stefan cicho. Nic nie widzę.
– Co, proszę pana? zapytał naiwnie Talbot, pochylając się ku przodowi. Jego dłoń przewróciła stronicę. Wyprostował się i ciągnął dalej, właśnie sobie przypomniawszy. Tego, co po falach stąpał. Tu także, na tych tchórzliwych sercach leży jego cień, a także na ich żarliwych twarzach, które ofiarowały mu pieniążek daniny. Cesarzowi, co cesarskie, Bogu, co boskie. Długie spojrzenie ciemnych oczu, zagadkowe zdanie, które będzie tkane i tkane na krosnach Kościoła. Zaprawdę.
Zgaduj, zgadulo, hop, sa, sa.
Tata mi kazał siać raz, dwa.
Talbot wsunął zamkniętą książkę do swego tornistra.
– Czy usłyszałem wszystko? zapytał Stefan.
– Tak, proszę pana. Hokej o dziesiątej, proszę pana.
– Pół dnia wolne, proszę pana. Czwartek.
– Kto potrafi odgadnąć zagadkę? zapytał Stefan.
Ładowali książki grzechocząc ołówkami, szeleszcząc kartkami. Zbiwszy się w gromadę, zapinali paski i sprzączki swych tornistrów, paplając wesoło:
– Zagadka, proszę pana? Niech pan zapyta mnie.
– Och, mnie, proszę pana.
– Trudną, proszę pana.
– Oto zagadka, powiedział Stefan:
Kogut piał jak szalony,
W błękitnym niebie dzwony
Wybiły jedenastą,
Więc czas to
Najwyższy, niech ta dusza
Biedna do nieba rusza.
– Co to jest?
– Co, proszę pana?
– Jeszcze raz, proszę pana. Nie dosłyszeliśmy.
Oczy ich rozszerzyły się, gdy powtórzył linijki wiersza. Po chwili milczenia Cochrane powiedział:
– Co to jest, proszę pana? Poddajemy się.
Czując łaskotanie w gardle, Stefan powiedział:
– Lis grzebiący swoją babcię pod krzakiem ostrokrzewu.
Wstał i wybuchnął nerwowym śmiechem, któremu zawtórowało echo ich rozczarowanych okrzyków.
Kij uderzył w drzwi i głos na korytarzu zawołał:
– Hokej!
Rozpierzchli się, wymykając z ławek i przeskakując je. Szybko zniknęli, z przechowalni dobiegł stuk kijów, hałas butów i gwar głosów.
Sargent, który sam tylko pozostał w tyle, podszedł powoli, pokazując otwarty zeszyt. Jego rozczochrane włosy i cienka szyja świadczyły o ślamazarności, a przez mgliste okulary spoglądały prosząco słabe oczy. Na policzku, matowym i bezkrwistym, miękka plama atramentu leżała daktylokształtna, świeża i wilgotna jak ślad ślimaka.
Wysunął przed siebie zeszyt. Słowo Rachunki wypisane było w nagłówku. Pod nim biegły koślawe cyfry, a na spodzie był krzywy podpis: z nagryzmolonym zawijasem i kleksem. Cyril Sargent: jego imię i pieczęć.
– Pan Deasy kazał mi przepisać je wszystkie jeszcze raz i pokazać panu, powiedział Sargent.
Stefan dotknął krawędzi zeszytu. Zbyteczne.
– Czy rozumiesz już teraz, jak to trzeba robić? zapytał.
– Liczby od jedenastu do piętnastu, odpowiedział Sargent. Pan Deasy kazał mi je przepisać z tablicy, proszę pana.
– Czy umiesz to wykonać sam? zapytał Stefan.
– Nie, proszę pana.
Brzydki i zbyteczny: cienka szyja, rozczochrane włosy i plama atramentu, ślad ślimaka. A jednak ona kochała go, nosiła w swych ramionach i w sercu. Gdyby nie ona, pędzący świat rozdeptałby go pod stopą, zgniecionego, bezkostnego ślimaka. To ona ukochała jego słabą, wodnistą krew, wysączoną z jej własnej. Więc czy było to prawdziwe? Jedyna rzeczywista rzecz w życiu? Na powabnym ciele jego matki płomienny Columbanus siadł okrakiem w swej świątobliwej gorliwości. Nie było jej już: drżący szkielet suchej gałązki spłonął w ogniu, woń różanego drzewa i wilgotnych popiołów. Uchroniła go przed rozdeptaniem pod stopą i odeszła, zaledwie zaistniawszy. Biedna dusza, która wyruszyła do nieba: a na wrzosowisku pod mrugającymi gwiazdami lis o bezlitosnych oczach, o futrze lśniącym czerwono oparami grabieży, grzebał w ziemi, nasłuchiwał, odrzucał ziemię, nasłuchiwał, grzebał, grzebał.
Siedząc u jego boku Stefan rozwiązał zadanie. Udowadnia przy pomocy algebry, że duch Shakespeare’a jest dziadkiem Hamleta. Sargent zerkał z ukosa przez swe krzywe szkła. Kije hokejowe grzechotały w przechowalni: głuchy odgłos uderzenia w piłkę i nawoływania z boiska.
W poprzek stronicy symbole poruszały się w poważnym, groteskowym tańcu mauretańskim, maskarada liter, ubranych w dziwaczne czapki czworoboków i sześcianów. Podaj ręce, skrzyżuj, skłoń się partnerowi: o tak: skrzaty zrodzone z fantazji Maurów. Oni także odeszli ze świata, Awerroes i Mojżesz Maimonides, mężowie ciemnych rysów i postawy, odbijający w swych drwiących zwierciadłach przyćmioną duszę świata, ciemność lśniącą pośród jasności, której jasność nie mogła pojąć.
– Czy rozumiesz teraz? Czy możesz następne zrobić sam?
– Tak, proszę pana.
Długimi, drżącymi pociągnięciami Sargent przepisywał dane. Zawsze oczekująca pomocnego słowa dłoń jego wiernie poruszała niepewnymi symbolami, a lekki odcień wstydu zamigotał pod matową skórą. Amor matris: dopełniacz przedmiotowy i podmiotowy. Swą słabą krwią i kwaśnym jak serwatka mlekiem wykarmiła go i ukrywała jego powijaki przed wzrokiem innych.
Byłem taki jak on, te same spadziste ramiona, ten sam brak wdzięku. Moje dzieciństwo pochyla się obok mnie. Za daleko, abym mógł położyć tam dłoń, choćby raz, lekko. Moje jest odległe, a jego tajemnicze jak nasze oczy. Tajemnice ciche, kamienne, zasiadły w ciemnych pałacach obu naszych serc: tajemnice znużone swą tyranią: tyrani pragnący, by pozbawiono ich tronu.
Działanie zostało podsumowane.
– To bardzo proste, powiedział Stefan wstając.
– Tak, proszę pana. Dziękuję, odpowiedział Sargent.
Osuszył stronicę kawałkiem cienkiej bibuły i odniósł zeszyt na swój pulpit.
– Weź kij i idź do tamtych, powiedział Stefan, ruszając ku drzwiom w ślad za pozbawioną wdzięku sylwetką chłopca.
– Tak, proszę pana.
W korytarzu zabrzmiało jego nazwisko wywołane z boiska.
– Sargent!
– Biegnij, powiedział Stefan. Pan Deasy cię woła.
Stojąc we framudze przyglądał się niedołędze, który pośpieszył w kierunku niewielkiego placu, gdzie brzmiały skłócone ostre głosy. Podzieleni byli na drużyny, a pan Deasy zbliżał się przestępując kępki trawy odzianymi w getry stopami. Gdy doszedł do budynku szkolnego, wezwały go ponownie spierające się głosy. Zwrócił ku nim rozgniewany, biały wąs.
– Cóż tam znowu? zawołał kilkakrotnie, nie słuchając.
– Cochrane i Halliday są po tej samej stronie, proszę pana, zawołał Stefan.
– Proszę zaczekać chwilę w moim gabinecie, powiedział pan Deasy, póki nie przywrócę tu porządku.
I gdy zawrócił, idąc z godnością przez boisko, jego starczy głos zawołał surowo:
– O co chodzi? Cóż tam znowu?
Ich ostre głosy rozległy się wokół niego z wszystkich stron: ich liczne sylwetki otoczyły go, a jaskrawy blask słoneczny wybielił miód jego źle ufarbowanych włosów.
Stęchłe, przesycone dymem powietrze unosiło się w gabinecie wraz z zapachem wyblakłej, wytartej skóry stojących w nim krzeseł. Jak pierwszego dnia, gdy targował się tu ze mną. Jako było na początku, teraz. Na komodzie taca z monetami Stuartów, nędzny skarb torfowiska: i na wieki wieków. A w swym wyblakłym pluszowym futerale na łyżki leży przytulnie dwunastu apostołów, wygłosiwszy wszystkim poganom: świat bez kresu.
Pośpieszne kroki na kamiennym ganku i w korytarzu. Dysząc w swój rzadki wąs, pan Deasy zatrzymał się przy stole.
– Najpierw nasze drobne finansowe sprawy, powiedział.
Wyciągnął z surduta portfelik ściągnięty skórzanym rzemykiem. Otworzył go, wyjął z niego dwa banknoty, z których jeden składał się ze zlepionych połówek, i położył je ostrożnie na stole.
– Dwa, powiedział okręcając i chowając portfelik.
A teraz jego skarbiec na złoto. Zakłopotana dłoń Stefana przesunęła się ponad muszlami spiętrzonymi w zimnym, kamiennym moździerzu: trąbiki sfałdowane i te płaskie jak pieniążki, trąbiki i muszle lamparcie: a ta skręcona jak turban emira, a ta: koncha świętego Jakuba. Zbiór starego pielgrzyma, umarły skarb, puste muszle.
Suweren upadł, lśniący i nowy, na miękką, włochatą serwetę.
– Trzy, powiedział pan Deasy, obracając w dłoni swój mały skarbczyk. Bardzo poręcznie mieć coś takiego. Widzi pan. Tu są suwereny. Tu szylingi, sześciopensówki, półkorony. A tu korony. Widzi pan.
Wytrząsnął z niego dwie korony i dwa szylingi.
– Trzy i dwanaście, powiedział. Myślę, że uzna pan to za słuszne.
– Dziękuję panu, powiedział Stefan, zgarniając pieniądze z wstydliwym pośpiechem i wsuwając je do kieszeni spodni.
– Nie ma za co dziękować, powiedział pan Deasy. Zarobił je pan.
Dłoń Stefana, znowu wolna, powróciła do głuchych muszli. To także symbole piękna i siły. Ten ciężar w mojej kieszeni. Symbole zbrukane chciwością i skąpstwem.
– Niech pan tego tak nie nosi, powiedział pan Deasy. Wyciągnie je pan gdzieś i zgubi. Niech pan kupi jeden z tych trzosików. Przekona się pan, że są bardzo poręczne.
Odpowiedz coś.
– Mój byłby często pusty, powiedział Stefan.
Ten sam pokój i godzina, ta sama mądrość: i ja taki sam. Już trzeci raz. Trzy pętle otaczają mnie tu. Dobrze. Mogę je rozerwać nawet w tej chwili, jeżeli zechcę.
– Bo pan nie oszczędza, powiedział pan Deasy, wskazując palcem. Nie wie pan jeszcze, czym są pieniądze. Pieniądze są potęgą, gdy się przeżyło tyle lat, ile ja przeżyłem. Ja wiem, wiem. Gdyby tylko młodość wiedziała. Ale co powiada Shakespeare? Odkładaj pieniądz do sakiewki.
– Jago, szepnął Stefan.
Przeniósł wzrok z próżnych muszli na nieruchome spojrzenie starego człowieka.
– On wiedział, czym były pieniądze, powiedział pan Deasy. On robił pieniądze. Poeta, ale równocześnie Anglik. Czy wie pan, co jest dumą Anglików? Czy wie pan, jak brzmi najdumniejsze słowo, które można usłyszeć z ust Anglika?
Władca mórz. Jego oczy, zimne jak morze, spoglądały na pustą zatokę; należy winić historię; na mnie i na moje słowa, beznienawistnie.
– Że nad jego imperium, powiedział Stefan, słońce nigdy nie zachodzi.
– Ba! zawołał pan Deasy. To nieangielskie. To powiedział francuski Celt. Postukał swym skarbczykiem o kciuk.
– Powiem panu, powiedział uroczyście, z czego się najbardziej pyszni. Opłaciłem moją drogę.
Zacny człek. Zacny człek.
– Opłaciłem moją drogę. Nigdy w życiu nie pożyczyłem ani szylinga. Czy może pan to odczuć? Nic nie jestem winien. Czy może pan?
Mulligan, dziewięć funtów, trzy pary skarpetek, jedna para kapci, krawaty. Curran, dziesięć gwinei. McCann, jedna gwinea. Fred Ryan, dwa szylingi. Temple dwa obiady. Russell, jedna gwinea, Cousins, dziesięć szylingów, Bob Reynolds, pół gwinei, Köhler, trzy gwinee, pani McKernan, pięć tygodni komornego. Kupka, którą tu mam, jest bezużyteczna.
– W tej chwili nie, odpowiedział Stefan.
Pan Deasy roześmiał się z soczystym zadowoleniem, chowając swój skarbczyk.
– Wiedziałem, że nie będzie pan mógł, powiedział wesoło. Ale pewnego dnia musi pan to odczuć. Jesteśmy hojnymi ludźmi, ale powinniśmy być także sprawiedliwi.
– Boję się tych wielkich słów, powiedział Stefan, które czynią nas tak nieszczęśliwymi.
Pan Deasy spoglądał przez kilka chwil surowo na wiszącą ponad kominkiem kształtną, masywną sylwetę człowieka w kraciastej szkockiej spódnicy: Albert Edward, książę Walii.
– Myśli pan, że jestem starym zacofańcem i starym torysem, powiedział jego zadumany głos. Widziałem trzy pokolenia od czasów O’Connella. Pamiętam głód. Czy wie pan, że loże oranżystów agitowały za zerwaniem unii dwadzieścia lat przed O’Connellem, zanim prałaci pańskiej wiary ogłosili go demagogiem? Wasi fenianie zapominają o niektórych rzeczach.
Chwalebne, świątobliwe i nieśmiertelne wspomnienie. Loża Diamentowa w Armagh Wspaniałym, obwieszona zwłokami papistów. Ochrypli, zamaskowani i uzbrojeni właściciele ziemscy ślubują. Czarna północ i wierna, błękitna Biblia. Padnijcie, ostrzyżeni buntownicy.
Stefan nakreślił krótki gest.
– Ja także mam w sobie buntowniczą krew, powiedział pan Deasy. Po kądzieli. Ale pochodzę od sir Johna Blackwooda, który głosował za unią. Wszyscy jesteśmy Irlandczykami, wszyscy synami królów.
– Niestety, powiedział Stefan.
– Per vias rectas, było jego zawołaniem, powiedział pan Deasy stanowczo. Głosował za nią i włożył swe buty z cholewami, aby pojechać konno z Ards of Down do Dublina i uczynić to.
Lal o lal o ra
Skalisty trakt do Dublina.
Burkliwy szlachcic w lśniących butach z cholewami jedzie konno. Piękny dzień, sir Johnie. Piękny dzień, wasza szlachetność… Dzień… Dzień… Dwa buty z cholewami dzyń podzwaniają ku Dublinowi. Lal o lal o ra, lal o lal o raddy.
– To mi przypomina, powiedział pan Deasy, że może mi pan wyświadczyć przysługę, panie Dedalus, u pewnych pańskich pisujących przyjaciół. Mam tu list do prasy. Niech pan usiądzie na chwilę. Muszę jeszcze tylko przepisać zakończenie.
Podszedł do stojącego pod oknem biurka, dwukrotnie przesunął krzesło i odczytał kilka słów z kartki znajdującej się na wałku maszyny do pisania.
– Niech pan siada. Proszę mi wybaczyć, powiedział przez ramię. Nakazy zdrowego rozsądku. Chwileczkę.
Zerknął spod krzaczastych brwi na leżący obok łokcia rękopis i mrucząc zaczął stukać powoli w sztywne klawisze, od czasu do czasu dmuchając w wąs, gdy podkręcał wałek, by zmazać błąd.
Stefan usadowił się bezgłośnie na wprost książęcej postaci. Na ścianach dokoła wisiały w ramkach, składając hołd, wizerunki minionych koni z potulnymi, uniesionymi głowami:
Repulse lorda Hastingsa, Shotover księcia Westminsteru, Ceylon księcia Beaufortu, prix de Paris 1866. Dosiadali ich drobni jeźdźcy, czujni na skinienie. Dostrzegał ich pęd, gdy bronili barw królewskich, i wrzeszczał wraz z wrzeszczącym, przeminionym tłumem.
– Kropka, oznajmił pan Deasy swym klawiszom. Lecz bezzwłoczne rozważenie tej ważkiej kwestii…
Gdzie Cranley prowadził mnie, aby wzbogacić się szybko, polując na zwycięzców pomiędzy obryzganymi błotem powozami, wśród pokrzykiwań bookmacherów, stojących na swych platformach, i oparów kantyny unoszących się nad pstrym błotem. Zakład al pari na Fair Rebel: dziesięć do jednego przeciw pozostałym. Mijając graczy i naciągaczy śpieszyliśmy za kopytami, współzawodniczącymi czapeczkami i kurtkami, mijając mięsistogębą kobietę, damulę rzeźnika, ryjącą łapczywie w ćwiartce pomarańczy.
Z boiska dobiegły przenikliwe okrzyki i ochrypły gwizdek.
Znowu: gol. Jestem pośród nich, pomiędzy ich zmagającymi się w zamieszaniu ciałami, w potyczce, w walce o życie. Masz na myśli tego koślawego maminsynka, który jest chyba trochę chory na żołądek. Potyczki. Uderzony czas oddaje, cios za cios. Potyczki, poryta ziemia i zgiełk bitew, zakrzepłe wymioty poległych, szczęk grotów włóczni, obwieszonych przynętami krwawych ludzkich trzewi.
– Już, powiedział pan Deasy wstając.
Podszedł do stołu, spinając kartki. Stefan wstał.
– Zamknąłem całą sprawę w łupinie orzecha, powiedział pan Deasy. To o pryszczycy. Niech pan tylko przejrzy. Nie może być dwóch sprzecznych sądów w tej sprawie.
Pozwalam sobie zająć wasze cenne łamy. Doktryna laissez faire, która tak często w naszej historii. Nasz handel bydłem. Los wszystkich naszych dawnych przemysłów. Klika z Liverpoolu, która utrąciła podstępnie projekt portu Galway. Pożoga europejska. Dostawy ziarna poprzez wąskie wody Kanału. Odwieczna niewzruszoność departamentu rolnictwa. Wybaczyć klasyczną aluzję. Kassandra. Przez kobietę, która nie była lepsza, niż powinna być. Aby przejść do sedna sprawy.
– Nie owijam niczego w bawełnę, prawda? zapytał pan Deasy, gdy Stefan czytał.
Pryszczyca. Znane jako preparat Kocha. Serum i wirus. Procent szczepionych koni. Pomór bydła. Cesarskie konie w Mürzsteg, w dolnej Austrii. Weterynarze chirurdzy. Pan Henry Blackwood Price. Uprzejma prośba o uczciwą ocenę. Nakazy zdrowego rozsądku. Przenajważniejsza kwestia. Trzeba wziąć byka za rogi w każdym sensie. Dziękując za gościnność waszych szpalt.
– Chcę, aby to zostało wydrukowane i przeczytane, powiedział pan Deasy. Zobaczy pan, że przy następnym wybuchu zarazy nałożą embargo na irlandzką trzodę. A może to być leczone. Jest leczone. Mój kuzyn Blackwood Price pisze mi, że jest to stale rozpoznawane i leczone w Austrii przez tamtejszych weterynarzy. Zgłaszają chęć przyjazdu tutaj. Staram się o uzyskanie wpływów w departamencie. Obecnie spróbuję nadać rozgłos. Jestem otoczony trudnościami… intrygami… zakulisowymi wpływami…
Uniósł wskazujący palec i starczo uderzał nim w powietrze, nim głos jego przemówił:
– Niech pan zakarbuje sobie moje słowa, panie Dedalus. Anglia jest w rękach żydów. Na wszystkich najwyższych stanowiskach: w jej finansach, w prasie. A oni są oznaką narodowego upadku. Gdziekolwiek się zejdą, pożerają siły życiowe narodu. Obserwowałem zbliżanie się tego w ciągu ostatnich lat. To tak pewne, jak to, że stoimy tu: żydowscy kupcy przystąpili już do swej niszczycielskiej pracy. Stara Anglia umiera.
Cofnął się szybko, a w oczy jego wstąpiło błękitne życie, gdy musnął je szeroki promień słoneczny. Rozejrzał się wokoło.
– Umiera, powiedział, jeżeli już nie umarła.
Z nawoływań płynących z ulicy w ulicę
Całun Twój, stara Anglio, tkają ladacznice.
Jego oczy, szeroko otwarte i przesłonięte wizją, patrzyły surowo przez słoneczny promień, w którym przystanął.
– Kupiec, powiedział Stefan, jest to ktoś, kto kupuje tanio, a sprzedaje drogo, żyd czy poganin, prawda?
– Zgrzeszyli przeciw światłości, powiedział pan Deasy poważnie, i można dostrzec ciemność w ich oczach. I dlatego są tułaczami tego świata po dziś dzień.
Na stopniach Giełdy Paryskiej złotoskórzy mężczyźni wyliczający ceny na swych upierścienionych palcach. Gęganie gęsi. Mrowili się głośno po świątyniach, nieokrzesani, gruboknujące głowy pod krzywo nałożonymi cylindrami. Nie ich: te ubiory, ta mowa, te ruchy. Ich ociężałe, powolne oczy kłamały słowom i żywym, nieszkodliwym gestom, ale znały zagęszczoną wokół nienawiść i wiedziały, że gorliwość ich jest daremna. Daremna cierpliwość usypywania i gromadzenia zasobów. Czas na pewno rozrzuci wszystko. Zasoby zgromadzone przy drodze: plądrowane i przechodzące z rąk do rąk. Ich cierpliwe oczy znały lata tułaczki i hańbę swego ciała.
– Któż nie zgrzeszył? powiedział Stefan.
– Co pan ma na myśli? zapytał pan Deasy.
Zbliżył się o krok i stanął przy stole. Jego dolna szczęka opadła ukośnie, rozwarta niezdecydowanie. Czy taka jest stara mądrość? Czeka, aby usłyszeć ode mnie.
– Historia, powiedział Stefan, jest nocną zmorą, z której staram się przebudzić.
Na boisku chłopcy wznieśli okrzyk. Przenikliwy gwizdek: gol. A co, gdyby ta nocna zmora dała ci kopniaka w tyłek?
– Drogi Stwórcy nie są naszymi drogami, powiedział pan Deasy. Cała historia zmierza ku jednemu wielkiemu celowi, ujawnieniu Boga.
Stefan wskazał kciukiem okno, mówiąc:
– To jest Bóg.
– Huurrra! Hej! Huwrhurwraa!
– Co? zapytał pan Deasy.
– Okrzyk na ulicy, odpowiedział Stefan, wzruszając ramionami.
Pan Deasy spojrzał w dół i przez chwilę przytrzymywał skrzydełka swych nozdrzy, szczypiąc je palcami. Spojrzawszy ponownie w górę, puścił je.
– Jestem szczęśliwszy niż pan, powiedział. Popełniliśmy wiele błędów i wiele grzechów. Kobieta przyniosła grzech na świat. Dla kobiety, która nie była lepsza, niż powinna być, dla Heleny, zbiegłej żony Menelausa, Grecy dziesięć lat walczyli z Troją. Niewierna żona po raz pierwszy przywiodła obcych na nasze brzegi, żona MacMurrougha i jej kochanek O’Rourke, książę Breffni. Kobieta także spowodowała upadek Parnella. Wiele błędów, wiele niepowodzeń, ale nie grzech pierworodny. Walczę teraz, pod koniec moich dni. Lecz do końca będę walczył o słuszność.
Gdy Ulster do walki stanie,
Przy Ulster słuszność zostanie.
Stefan uniósł kartki w dłoni.
– A więc, proszę pana, zaczął.
– Przewiduję, powiedział pan Deasy, że nie pozostanie pan tu zbyt długo przy tej pracy. Sądzę, że nie urodził się pan, by nauczać. Może się mylę.
– Raczej, by się uczyć, powiedział Stefan.
A tu czego się jeszcze nauczysz?
Pan Deasy potrząsnął głową.
– Kto wie? powiedział. Aby się uczyć, trzeba być pokornym. Lecz życie jest wielkim nauczycielem.
Stefan ponownie zaszeleścił kartkami.
– A w sprawie tych, zaczął.
– Tak, powiedział pan Deasy. Ma pan tu dwie kopie. Jeżeli będzie pan mógł, proszę je od razu opublikować.
Telegraf. Zagroda Irlandzka.
– Spróbuję, powiedział Stefan, i jutro dam panu znać. Znam powierzchownie dwóch redaktorów.
– To wystarczy, powiedział rześko pan Deasy. Napisałem wczoraj wieczorem do pana Fielda, członka parlamentu. Dziś w City Arms Hotel odbędzie się zebranie stowarzyszenia kupców trzody. Prosiłem go, aby przedłożył mój list zgromadzeniu. Niech pan postara się umieścić to w dwóch pismach. Które to?
– Wieczorny Telegraf…
– To wystarczy, powiedział pan Deasy. Nie ma czasu do stracenia. Teraz muszę odpowiedzieć na ten list mego kuzyna.
– Do widzenia panu, powiedział Stefan, wsuwając kartki do kieszeni. Dziękuję panu.
– Nie ma za co, powiedział pan Deasy, poszukując papierów na biurku. Lubię kruszyć z panem kopie, choć jestem już tak stary.
– Do widzenia panu, powtórzył Stefan, kłaniając się jego zgarbionym plecom.
Wyszedł na otwarty ganek i ruszył pod drzewami wysypaną żwirem ścieżką, słysząc dochodzące z boiska okrzyki i trzask kijów. Lwy spoczywały na cokołach, gdy mijał bramę: bezzębne straszydła. A jednak pomogę mu w jego walce, Mulligan ozdobi mnie nowym imieniem: bykombraterski bard.
– Panie Dedalus!
Biegnie za mną. Żadnych więcej listów, mam nadzieję.
– Jeszcze chwilkę.
– Tak, proszę pana, powiedział Stefan, odwracając się w bramie.
Pan Deasy przystanął, oddychając ciężko i chwytając powietrze.
– Chciałem tylko powiedzieć, powiedział. Irlandia, powiadają, ma zaszczyt być jedynym krajem, który nigdy nie prześladował żydów. Czy wie pan o tym? Nie. A czy wie pan dlaczego?
Zmarszczył się surowo pośród świetlistego powietrza.
– Dlaczego, proszę pana? zapytał Stefan, zaczynając się uśmiechać.
– Dlatego, że nigdy ich nie wpuściła, powiedział pan Deasy uroczyście.
Kulka roześmianego kaszlu wyskoczyła z jego gardła, wlokąc za sobą grzechoczący łańcuszek flegmy. Szybko zawrócił, kaszląc, śmiejąc się, wymachując w powietrzu uniesionymi ramionami.
– Nie wpuściła ich nigdy, zawołał znowu przez śmiech, stąpając obciągniętymi w getry stopami po żwirze ścieżki. To dlatego.
Poprzez szachownicę liści słońce obrzuciło lśniącymi, tańczącymi monetami jego mądre ramiona.
________________________________
Nieunikniona modalność widzialnego: co najmniej to, jeśli nie więcej, pomyślane poprzez moje oczy. Godła wszystkich rzeczy, które przybyłem tu przeczytać, morska ikra i morskorosty, nadchodzący przypływ i ten butwiejący but. Smarkozielony, błękitnosrebrny, rdzawy: barwne znaki. Granice przejrzystości. Ale on dodaje: ciał. Więc zdawał sobie sprawę z ich ciał, nim zdał sobie sprawę z ich barw. Jak? Waląc w nie łbem zapewne. Ostrożnie. Był łysy i był milionerem, maestro di color che sanno. Granica przejrzystości w. Dlaczego w. Przejrzystość, nieprzejrzystość. Jeżeli możesz przesunąć przez nią swoich pięć palców, jest to furtka, jeżeli nie, drzwi. Zamknij oczy i zobacz.
Stefan zamknął oczy, by usłyszeć, jak buty miażdżą trzeszczące wodorosty i muszle. Idziesz przez to jako tako. Idę krok, co pewien czas. Bardzo krótka przestrzeń czasu przez bardzo krótki czas przestrzeni. Pięć, sześć: nacheinander. Dokładnie: i to jest nieunikniona modalność słyszalnego. Otwórz oczy. Nie, Jezu! Gdybym spadł ze skały tej, która w morze spogląda, spadł przez nebeneinander nieuniknienie. Posuwam się ślicznie w ciemności. Mój jesionowy miecz wisi u mego boku. Postukaj nim: oni tak robią. Moje dwie stopy w jego butach, są na końcach jego nóg, nebeneinander. Brzmi solidnie: uczynione drewnianym młotem Los Demiurgos. Wkraczam do wieczności nadbrzeżem Sandymount. Skrzyp, krak, kryk, krik. Monety rozszalałego morza. Dominus Deasy zna je wszystkie.
Czy pragniesz przyjść do Sandymount,
O, Magdaleno ma?
Rytm się rozpoczyna, widzisz. Słyszę. Katalektyczny tetrametr maszerujących jambów. Nie, galopujących: daleno ma.
Teraz otwórz oczy. Otworzę. Za chwilę. Czy wszystko znikło w ciągu tego czasu? Jeżeli otworzę i zostanę na zawsze w czarnej nieprzejrzystości. Basta! Zobaczę, czy zobaczę.
Zobacz teraz. Tam przez cały czas bez ciebie: i na wieki wieków, świat bez kresu.
Zeszły skromnie po stopniach Leahy’s Terrace, Frauenzimer: i w dół ku miękko opadającemu brzegowi, a ich płaskie stopy grzęzły w lepkim piasku. Jak ja, jak Algy, schodzą ku naszej potężnej matce. Numer pierwszy kołysała ciężko swą torbą akuszerki, parasol drugiej dziobał plażę. Na całodzienny spacer z dzielnicy Liberties. Pani Florencja MacCabe, wdowa po niedawno zmarłym Patk MacCabe, serdecznie opłakiwanym, z ulicy Bride. Jedna z jej siostrzyc wywlokła mnie, piszczącego, na świat. Stworzenie z niczego. Co ma w tej torbie? Poronione dziecko z ciągnącym się sznurem pępowiny, ukryte w rudawej wełnie. Pępowiny wszystkich ludzi łączą się w przeszłości, brzegioplatający kabel wszelakiego ciała. To dlatego mnisi mistycy. Czy pragniecie być jako bogowie? Zajrzyj w swój omphalos. Hallo. Tu Kinch. Proszę mnie połączyć z Rajgrodem. Aleph, alfa: zero, zero, jeden.
Małżonka i towarzyszka Adama Kadmona: Heva, naga Ewa. Nie miała pępka. Spójrz. Brzuch bez skazy, nabrzmiewający, puklerz z napiętego welinu, nie, biały bróg zboża, wschodni i nieśmiertelny, rozprzestrzeniony od wiekuistego po wiekuiste. Łono grzechu.
W łonie grzesznej ciemności byłem także ja, zrobiony, nie poczęty. Przez nich, przez mężczyznę o moim głosie i moich oczach, i przez kobietę-ducha, oddychającą popiołami. Zwarli się w uścisku i rozczepili, uczynili według woli rajfura. Przed wiekami zapragnął mnie On, a teraz nie może zapragnąć, aby mnie nigdy nie było. Lex eterna przebywa przy nim. Czy to więc jest boską istotą, w której ojciec i syn są współistotni? Gdzie jest biedny, drogi Ariusz, aby popróbować wyciągnięcia wniosków? Walczący przez całe życie przeciw kontransmagnificandżydobuntantalizmowi. Herezjarcha spod nieszczęśliwej gwiazdy. W greckim waterklozecie wydał swe ostatnie tchnienie: eutanazja. W inkrustowanej mitrze i z pastorałem, zasiadłszy na stolcu, wdowiec po owdowiałym biskupstwie, ze sterczącym ku górze omoforionem, z zafajdanym zadkiem.
Podmuchy igrały wokół niego, szczypiące, żywe podmuchy. One nadchodzą, fale. Białogrzywe konie morza, gryzące wędzidła jasnych wiatrów, rumaki Mananaana.
Nie wolno mi zapomnieć o tym jego liście do gazet. A później? O pół do pierwszej w Okręcie. Przy okazji, strać łatwo te pieniądze, jak dobry, młody głupiec. Tak, muszę.
Zwolnił kroku. Tu. Czy idę do ciotki Sary, czy nie? Głos mego współistotnego ojca. Czy nie widziałeś ostatnio twego brata, artysty Stefana? Nie? Chyba nie jest w Strasburg Terrace u swej ciotki Sally? Czy nie mógłby podfrunąć nieco wyżej, co? Iiii powiedz nam, Stefanie, jak się czuje wujek Si? O, łkający Boże, rzeczy, w które się wżeniłem. Chłopoki som na stryszku z sianem. Ten zapity, mały kalkulator i jego brat, muzykant na rożku. Wielce szanowni opryszkowie. A ten zezowaty Walter, ni mniej ni więcej, tylko sirrruje swemu ojcu. Sir. Tak, sir. Nie, sir. Jezus załkał: i nic dziwnego, na Chrystusa.
Pociągnę za ochrypły dzwonek ich chałupy o zamkniętych okiennicach: i zaczekam. Wezmą mnie za wierzyciela, wyjrzą przez dziurkę od klucza.
– To Stefan, sir.
– Wpuść go. Wpuść Stefana.
Zasuwa cofa się i Walter mnie wita.
– Wzięliśmy cię za kogoś innego.
W swym szerokim łożu wujo Richie, obłożony poduszkami i pledami, wyciąga ponad wzgórkiem swych kolan krzepkie ramię. Czysta pierś. Umył swą górną połowę.
– Serwus, siostrzeńcze.
Odkłada przenośny pulpit, na którym opracowuje kosztorysy, dla pana Gaffa i pana Shapland Tandy, i układa w porządku alfabetycznym umowy, protokoły dochodzeń i zbiór Duces Tecum. Nad jego łysą głową ramka z czarnego dębu: Requiescat Wilde’a. Jego zwodniczy gwizd sprowadza na powrót Waltera.
– Tak, sir?
– Whisky dla Richie’ego i dla Stefana, powiedz matce. Gdzie ona jest?
– Kąpie Crissie, sir.
Maleńki przyjaciel leżącego tatusia. Kochaneczka.
– Nie, wujku Richie…
– Mów mi: Richie. Do diabła z waszą wodą selcerską. Ona poniża. Whusky!
– Wujku Richie, naprawdę…
– Siadaj, bo jak pragnę Boga, grzmotnę tobą o ziemię.
Walter daremnie zezuje w poszukiwaniu krzesła.
– On nie ma na czym usiąść, sir.
– On nie ma jej gdzie oprzeć, gamoniu. Wnieś tu nasze krzesło chippendale. Chciałbyś coś przegryźć? Tylko żadnych waszych cholernych ceregieli tutaj. Kawał słoniny przysmażony ze śledziem? Pewnie? Tym lepiej. Nie mamy w domu nic poza pigułkami przeciw bólowi grzbietu.
All’erta!
Gwiżdże takty aria di sortita Fernanda. Największy numer, Stefanie, z całej opery. Posłuchaj.
Jego melodyjny gwizd znowu rozbrzmiewa, pięknie wycieniowany wciąganiem powietrza, a pięści potężnie bębnią w opatulone kolana.
Ten wiatr jest słodszy.
Domy upadku, mój, jego, wszystkie. Powiedziałeś paniczykom w Clongowes, że masz wujka sędziego i wujka generała. Pozbądź się ich, Stefanie. Nie tam jest piękno. Ani w nieruchomej zatoce biblioteki Marsha, gdzie czytałeś wyblakłe proroctwa Joachima Abbasa. Dla kogo? Dla stugłowego motłochu cisnącego się wokół katedry? Wróg swego gatunku, uciekł od nich do lasu szaleństwa, mając grzywę spienioną księżycem, a gałki oczne jak gwiazdy. Houyhnhnm, koniochrapy. Owalne, końskie twarze, Temple, Buck Mulligan, Foxy Campbell. Długie wąskie szczęki. Ojcze Abbasie, wściekły dziekanie, jaki występek podpalił ich mózgi? Paff! Descende, calve, ut ne nimium decalveris. Wieniec siwych włosów wokół jego potępionej głowy widzieć jego mnie gramolącego się w dół na najniższy stopień ołtarza (descende), ściskającego monstrancję, bazyliszkookiego. Złaź, łysa pało! Chór towarzyszący wokół rogów ołtarza oddaje echo i pogróżkę nosowej łaciny katabasów, poruszających się krzepko w swych albach, wytonsurowanych, namaszczonych i wykastrowanych, tłustych tłustością najlepszej pszenicy.
A w tej samej chwili, być może, ksiądz za rogiem unosi ją. Dzyńdzyń! A o dwie ulice dalej inny zamyka ją w cyborium. Dzyńdzyń! A w kaplicy Najświętszej Panny inny przywłaszcza sobie całą hostię. Dzyńdzyń! W górę, w dół, w przód, w tył. Dan Occam myślał o tym, niezwyciężony doktor. W mglisty, angielski poranek skrzat hipostazy połaskotał go w mózg. Opuszczając swą hostię i klękając, usłyszał po dwakroć, wraz ze swym drugim dzwonieniem, pierwsze dzwonienie w poprzecznej nawie (on unosi swoją) i wstając, usłyszał (teraz ja unoszę) ich dwa dzwonki (teraz on klęka) brzdąkające w dyftongu.
Kuzynie Stefanie, nigdy nie będziesz świętym. Wyspa świętych. Byłeś bardzo świątobliwy, prawda? Modliłeś się do Przenajświętszej Dziewicy o to, byś mógł nie mieć czerwonego nosa. Modliłeś się do diabła na Serpentine Avenue, aby ta pulchna wdówka przed tobą uniosła trochę wyżej suknię ponad mokrym chodnikiem. O si, certo! Zaprzedaj swoją duszę za to, za farbowane szmatki, upięte wokół squaw. Powiedz mi więcej, jeszcze więcej! Na górnej platformie tramwaju do Howth samotny krzyczałeś w deszcz: nagie kobiety! No, cóż o tym powiesz?
Cóż, o czym? A do czego innego zostały wymyślone?
Czytać, co wieczór, po dwie strony z siedmiu różnych książek, co? Byłem młody. Kłaniałeś się sobie w lustrze, występując ku przodowi, aby jak najgodniej przyjąć owacje: uderzające oblicze. Niech żyje przeklęty idiota! Niech żyje! Nikt nie widział: nie mów nikomu. Miałeś napisać książki z literami zamiast tytułów. Czy czytałeś jego F? O, tak, ale wolę Q. Tak, ale W jest cudowne. O tak, W. Przypomnij sobie swoje epifanie, pisane na owalnych zielonych kartkach, głęboko głębokie, których kopie w wypadku twojej śmierci miały być wysłane do wszystkich bibliotek świata, z aleksandryjską włącznie. Ktoś miał je tam przeczytać po paru tysiącach lat, taka mahamanwantara. Jak Pico della Mirandola. W istocie, wielce jak wieloryb. Gdy czyta się owe dziwne stronice napisane przez kogoś, kto dawno odszedł, czuje się, że stanowi się jedno z kimś, kto kiedyś…
Sypki piasek zniknął spod jego stóp. Buty znowu deptały wilgotną, chrzęszczącą papkę, muszle-brzytwy, skrzypiące kamyki, to wszystko, co wśród kamyków tkwi nieprzeliczonych, drzewo przeżarte przez korniki, zaginioną Armadę. Plugawe ławice lepkich piasków czekały dysząc brudnymi wyziewami, by wessać jego brnące podeszwy. Obszedł je, uważnie stąpając. W piasku lepkim jak ciasto stała zanurzona po pierś pusta butelka po porterze. Wartownik: wyspa straszliwego pragnienia. Pęknięte obręcze na brzegu; na lądzie plątanina ciemnych, przemyślnych sieci, w większej odległości pobazgrane kredą drzwi chałup, a wyżej, na plaży, dwie schnące, ukrzyżowane koszule na sznurze do bielizny. Ringsend: wigwamy brunatnych pilotów i właścicieli kutrów. Muszle człowiecze.
Przystanął. Minąłem ścieżkę do ciotki Sary. Czy nie pójdę tam? Zdaje się, że nie. Nikogo w pobliżu. Skręcił na północny wschód i przeciął twardą powierzchnię piasków w kierunku Gołębnika.
– Qui vous a mis dans cette fichue position?
– C’est le pigeon, Joseph.
Patrice, w domu na urlopie, chłeptał ciepłe mleko ze mną w barze MacMahona. Syn dzikiej gęsi, Kevin Egan z Paryża. Mój ojciec jest ptakiem, chłeptał słodkie lait chaud różowym, młodym językiem. Pulchna twarzyczka pączka. Chłep, lapin. Ma nadzieję wygrać w gros lots. O naturze kobiet czytał u Micheleta. Ale musi mi przysłać La Vie de Jésus, przez pana Leo Taxil. Pożyczył je przyjacielowi.
– C’est tordant, vous savez… Moi je suis socialiste. Je ne crois pas en l’existence de Dieu. Faut pas le dire à mon père.
– Il croit?
– Mon père, oui.
Schluss. Chłepcze.
Mój kapelusz z Dzielnicy Łacińskiej. Boże, wystarczy tylko ucharakteryzować postać. Potrzebuję purpurowobrunatnych rękawic. Byłeś studentem, prawda? Czego, do diabła? Peceen, P.C.N., rozumiesz: physiques, chimiques et naturelles. Aha. Spożywane za miedziaka mou en civet, twe garnce egipskiego mięsiwa, ramię w ramię z czkającymi dorożkarzami. Po prostu powiedz najbardziej zwykłym głosem: gdy byłem w Paryżu, boul’ Mich’, zwykle. Tak, zwykle nosiłeś przy sobie przedziurkowane bilety, aby udowodnić swe alibi, gdyby cię aresztowano za popełnione gdzieś morderstwo. Sprawiedliwość. W nocy siedemnastego lutego 1904 uwięziony widziany był przez dwóch świadków. To ten inny facet to zrobił: inny ja. Kapelusz, krawat, płaszcz, nos. Lui, c’est moi. Zdaje mi się, że bardzo ci się to podobało.
Dumny krok. Starałeś się kroczyć jak kto? Zapomniałeś: jak wywłaszczony. Trzymałeś przekaz pieniężny od matki, osiem szylingów, gdy woźny, zatrzaskując drzwi urzędu pocztowego, zamknął ci je przed nosem. Głodowy ból zęba. Encore deux minutes. Spójrz, zegar. Muszę odebrać. Fermé. Najemny pies! Rozszarpać go na strzępy wystrzałem z dubeltówki, strzępy człowiek obryzgane ściany same mosiężne guziki. Wszystkie strzępy ho-oop znów na miejsce. Nie uderzył się pan? O, w porządku. Uścisk dłoni. Rozumie pan, o co mi chodziło? O, w porządku. Uścisk dłoni, uścisk dłoni. O, to zupełnie w porządku.
Chciałeś czynić cuda, co? Apostoł Europy, następca płomiennego Columbanusa. Fiacre i Scotus rozlewają z kufli, siedząc na swych oślich ławeczkach w niebie, rżącgrzmiąc łaciną: Euge! Euge! Udawałeś, że mówisz łamaną angielszczyzną, gdy wlokłeś swą walizę, tragarz trzy pensy, przez błotniste molo w Newhaven. Comment? Bogate łupy przywiozłeś do domu. Le Tutu, pięć postrzępionych numerów Pantalon Blanc et Culotte Rouge, niebieski francuski telegram, osobliwość do pokazywania.
– Matka umierająca wracaj do domu ojciec.
Ciotka sądzi, że zabiłeś swoją matkę. Dlatego nie pozwala.
Gdy zdrowie ciotuni Mulligan wznosicie,
Wspomnijcie o głównej przyczynie:
Bo dbała bez przerwy o dobre współżycie
W szanownej Hannigan rodzinie.
Stopy jego pomaszerowały w niespodziewanym, dumnym rytmie po piaszczystych wydmach, wzdłuż głazów południowego wału ochronnego. Spojrzał na nie dumnie. Kopce kamiennych czaszek mamucich. Złote światło na morzu, na piaskach, na głazach. Słońce tu jest, smukłe drzewa, cytrynowe domy.
Paryż budzi się rześko, z ostrym blaskiem słonecznym na cytrynowych ulicach. Wilgotna jędrność rogalików, żabiozielony absynt, kadzidło poranne miasta, pieści powietrze. Belluomo wstaje z łóżka żony kochanka swej żony, gosposia w chustce krząta się ze spodeczkiem esencji octowej w dłoniach. U Rodota, Yvonne i Madeleine odświeżają swą nadwerężoną piękność, miażdżąc złotymi zębami chaussons z lukrem, a usta ich ożółciła pus z flan breton. Przechodzą twarze mężczyzn Paryża, ich zadowolonych zadowalaczy, kędzierzawych konkwistadorów.
Południe drzemie. Kevin Egan zwija papierosy z prochu strzelniczego palcami usmarowanymi farbą drukarską, sącząc swój zielony jad jak Patrice swój biały. Wokół nas żarłocy wrzucają widelcami do gardzieli fasolę z sosem. Un demi setier! Strumień oparu kawy tryska z polerowanego perkolatora. Ona obsługuje mnie na jego skinienie. Il est irlandais. Hollandais? Non fromage. Deux irlandais, nous, Irlande, vous savez? Ah, oui! Myślała, że chcesz sera hollandais. Twoje postprandium, czy znasz to słowo? Postprandium. Znałem kiedyś jednego faceta w Barcelonie, dziwnego faceta, który nazywał to swoim postprandium. Zresztą: slainte! Wokół stołów o marmurowych powierzchniach zmieszane winne oddechy i pomruk gardzieli. Jego oddech zawisł nad naszymi sosem splamionymi talerzami, a żądło zielonej czarodziejki wysuwa się spomiędzy jego warg. O Irlandii, o Dalkassianach, o nadziejach, spiskach, teraz o Arthurze Griffith. By ujarzmić mnie, jako swego towarzysza w jarzmie, nasze zbrodnie naszą wspólną sprawą. Jesteś synem swego ojca. Znam ten głos. Jego barchanowa krwistokwiecista koszula, potrząsa lekko hiszpańską frędzlą słuchając jego sekretów. Pan Drumont, sławny żurnalista. Wiesz, jak Drumont nazywał królową Wiktorię? Starą wiedźmą o żółtych zębach. Vieille ogresse mającą dents jaunes. Maud Gonne, piękna kobieta, La Patrie, M. Millevoye, Fèlix Faure, wiesz, jak umarł? Rozwiąźli ludzie. Froeken, bonne à tout faire, która masuje męską nagość w upsalskiej łaźni. Moi faire, powiedziała. Tous les messieurs. Nie tego Monsieur, powiedziałem. Najbardziej rozwiązły obyczaj. Kąpiel to najbardziej osobista rzecz. Nie pozwoliłbym memu bratu, nawet memu rodzonemu bratu, najbardziej rozwiązła rzecz. Zielone oczy, widzę was. Czuję żądło. Rozwiąźli ludzie.
Niebieski lont spala się śmiercionośnie i jasno między palcami. Luźne włókienka tytoniu zapalają się: płomień i gryzący dym rozświetlają nasz kąt. Wystające kości policzkowe pod jego czapką spiskowca. O tym, jak naczelnik wydostał się, wersja autentyczna. Przebrany za pannę młodą, człowieku, welon, kwiat pomarańczy, wyjechał drogą do Malahide. Tak zrobił, naprawdę. O straconych przywódcach, o zdradzonych, o szalonych ucieczkach. Przebrania, chwytania, znikania, nie tu.
Odtrącony kochanek. Byłem wtedy fajnym, młodym chłopakiem, powiadam ci. Pokażę ci któregoś dnia moją podobiznę. Byłem, naprawdę. Kochanek dla jej miłości skradał się wraz z pułkownikiem Richardem Burke, głową swego klanu, pod murami Clerkenwell i kuląc się, ujrzał płomień zemsty, wyrzucający ich wysoko w mgłę. Brzęk szkła i upadek murów. W wesołym Parii ukrywa się Egan z Paryża, nie poszukiwany przez nikogo prócz mnie. Jego codzienne stacje męki, brudna kaszta drukarska, trzy gospody, legowisko na Montmartre, gdzie spędza swoje krótkie noce, przy ulicy de la Goutte d’Or, wytapetowane upstrzonymi przez muchy twarzami tych, którzy odeszli. Bez miłości, bez ojczyzny, bez żony. Ona żyje wygodniutko, spokojniutko, madame, bez swego wygnańca, przy ulicy Gît-le-Coeur, z kanarkiem i dwoma niekrępującymi sublokatorami. Brzoskwiniowe policzki, pasiasta spódnica, wesoła jak u młodej dziewczyny. Odtrącona i nie rozpaczająca. Powiedz Patowi, żeś mnie widział, dobrze? Chciałem kiedyś znaleźć pracę dla biednego Pata. Mon fils, żołnierz francuski. Nauczyłem go śpiewać. Chłopaki z Kilkenny to zuchy nad zuchy. Znasz tę starą piosenkę? Nauczyłem Patrice’a śpiewać ją. Stare Kilkenny: święty Canice, zamek Strongbowa nad Nore. Brzmi to tak. O, o. Bierze mnie on, Napper Tandy, za rękę.
O, o chłopaki
Z Kilkenny…
Słaba, sterana dłoń w mojej. Zapomnieli o Kevinie Eganie, nie on o nich. Wspominając ciebie, o Syonie.
Zbliżył się do brzegu morza i mokry piasek osmagał mu buty. Świeże powietrze pozdrowiło go, przebiegając jak po harfie po jego rozdygotanych nerwach, powiew rozdygotanego powietrza, rozsiewający ziarna światła. Hej, czyżbym przypadkiem odchodził w stronę latarni Kish? Zatrzymał się nagle, a stopy jego zaczęły zapadać się powoli w drgające podłoże. Zawrócić.
Zawracając badał oczyma południowy brzeg, a stopy znowu zaczęły zapadać się powoli w nowe zagłębienia. Zimna, sklepiona komnata wieży oczekuje. Padające ze strzelnic włócznie blasku wędrują nieustannie, powoli nieustannie jak moje tonące stopy, pełznąc w stronę zmierzchu po słonecznym zegarze podłogi. Niebieski zmierzch, zapadanie nocy, głębokoniebieska noc. W mroku sklepienia oczekują ich odsunięte krzesła i obelisk mojej walizy wokół stołu pokrytego porzuconymi talerzami. Kto ma je zmyć? On ma klucz. Nie będę tam spał, gdy ta noc nadejdzie. Zamknięte drzwi cichej wieży jak płyta grobu, kryjąca ich ślepe ciała: pantersahiba i jego wyżła. Wołają: nie ma odpowiedzi. Wyswobodził grzęznące stopy i zawrócił przy usypisku głazów. Weźcie wszystko, zatrzymajcie wszystko. Moja dusza idzie za mną, kształt kształtów. Podobnie pośród północnego czuwania pod księżycową pełnią przechadzam się ścieżką ponad srebrno-czarnym urwiskiem, wsłuchany w kuszące fale przypływu Elsynoru.
Przypływ mnie ściga. Mogę stąd dostrzec, że mnie przegania. Zawrócić więc drogą do Poolbeg, ku tamtemu nadbrzeżu. Wdrapał się po turzycy i lepkich wodorostach i usiadł na kamiennym stolcu, osadziwszy jesionową laskę w szczelinie.
Wzdęte psie ścierwo leżało rozpłaszczone w morskiej trawie. Nieopodal burta łodzi zatopionej w piasku. Un coche ensablé nazwał Louis Veuillot prozę Gautiera. Te piaszczyste wydmy są mową, osadzoną tu przez wiatr i przypływ. A tam kamienne usypiska martwych głazów, wylęgarnia szczurów wodnych. Ukryj tam złoto. Spróbuj. Masz trochę. Piaski i głazy. Obciążenie przeszłością. Zabawki Waligóry. Uważaj, żebyś nie dostał w ucho. Jestem krwawy wielkolud i turlam te wszystkie krwawe głazy: pójdę na koniec świata po ludzkich gnatach. Abecede. Chrew Chirlandczyka chłeptać chcę.
Punkcik, żywy pies, urósł w oczach, biegnąc po piaszczystej ławicy. Boże, czy zaatakuje mnie? Uszanujmy jego swobodę. Nie będziesz panem innych ani ich niewolnikiem. Mam laskę. Siedzieć spokojnie. W dali, przecinające grzebień przypływu, postacie, dwie. Dwie świątobliwe niewiasty. Ukryły je bezpiecznie w sitowiu. Abece. Widzę cię! Nie, pies. Zawraca ku nim pędem. Kto?
Łodzie Lochlannów przybijały do tej plaży w pogoni za łupem, ich krwistodziobe okręty unosiły się nisko nad wzburzonymi pianami o barwie cyny. Duńscy wikingowie z ostrzami toporów migoczącymi na piersiach, w czasach gdy Malachi nosił łańcuch złoty. Stado wielorybów pozostawionych przez odpływ w gorące południe, sikających, zataczających się w płyciznach. A wówczas z głodującego, otoczonego ostrokołem grodu wypada horda karłów, odzianych w kaftany, uzbrojonych w noże oprawców, moi rodacy, biegną, wdrapują się, zadają ciosy w zielone, tłuste mięso wielorybie. Głód, zaraza i rzezie. Ich krew jest moją krwią, ich żądze falują we mnie. Poruszałem się pośród nich po zamarzniętej Liffey, tamten ja, odmieniec, pośród trzasku żywicznych ognisk. Nie odzywałem się do nikogo: nikt do mnie.
Szczekanie psa przybiegło ku niemu, zatrzymało się, pobiegło z powrotem. Pies mego wroga. Po prostu tylko stałem, blady, milczący, osaczony ujadaniem. Terribilia meditans. Jakiś pierwiosnkowy kaftan, bękart fortuny, uśmiechnął się na widok mego lęku. Czy do tego tęsknisz, by zaszczekali z uznaniem? Pretendenci: niech żyją swoim życiem. Brat Bruce’a, Thomas Fitzgerald, wymuskany rycerz, Perkin Warbeck, bękart Yorka w jedwabnych portkach koloru białoróżanej kości słoniowej, cudo jednodniowe, i Lambert Simnel ze swą świtą chamów i kramarzy, koronowany pomywacz. Wszystko królewscy synowie. Raj pretendentów wówczas i teraz. On ratował ludzi od utonięcia, a ty drżysz słysząc szczekanie kundla. Ale dworacy, którzy szydzili z Gwidona w Or san Michele, znajdowali się u siebie w domu. W domu… Nie chcemy żadnych twoich średniowiecznych zawiłości. Czy zrobiłbyś to co on? Łódź byłaby nieopodal, pas ratunkowy, Natürlich, pozostawione tam dla ciebie. Zrobiłbyś czy nie? Ten człowiek, który utonął dziewięć dni temu niedaleko Maiden’s Rock. Czekają na niego teraz. Wykrztuś z siebie prawdę. Chciałbym. Próbowałbym. Nie jestem dobrym pływakiem. Woda zimna miękka. Gdy zanurzałem głowę w miednicy w Clongowes. Nie widzę! Kto jest za mną? Wyjąć szybko, szybko! Czy widzisz przypływ, nadchodzący szybko z wszystkich stron, szybko pokrywający niskie piaski o barwie kakaowych łupin? Gdybym miał ziemię pod stopami. Chcę, żeby jego życie było jego życiem, a moje moim. Tonący człowiek. Jego ludzkie oczy krzyczą ku mnie z głębin śmiertelnego przerażenia. Ja… z nim razem w głąb… Nie mogłem jej uratować. Wody: gorzka śmierć: zgubiona.
Kobieta i mężczyzna. Widzę jej spódniczki. Założę się, że podkasane.
Ich pies kłusował po skraju kurczących się piasków, pędząc, węsząc na wszystkie strony. Poszukuje czegoś zgubionego w przeszłym życiu. Niespodziewanie odbiegł zajęczymi susami, z uszami położonymi po sobie, ścigając cień niskomuskającej mewy. Wrzaskliwy gwizd mężczyzny uderzył go po sflaczałych uszach. Zawrócił i pędząc susami, zbliżył się, przebierając migotliwymi łapami. Na pomarańczowym polu jelonek, biegnący, o barwie własnej, bezrogi. Przy rąbku koronki przypływu przystanął prostując przednie kopytka, uszami zwrócony w stronę morza. Uniesiony pysk zaszczekał ku falogłosom, ku stadom morskomorsów. Wężowo sunęły ku jego stopom, splatając się, rozplatając, wspinając, opadając, wielogrzebienne, a co dziewiąta przełamuje się z pluskiem, z dali, z najdalszej dali, za falami fale.
Zbieracze muszelek. Brodząc płytko, wchodzili do wody, pochylali się, zanurzali swe torby, unosili je i brodząc wychodzili na brzeg. Pies podbiegł ku nim ujadając, wspiął się i musnął ich łapami, a potem opadł na cztery nogi i znowu wspiął się ku nim z niemą, niedźwiedzią pieszczotą. Nie zauważony, trzymał się przy nich, gdy ruszyli w kierunku suchszych piasków, a gałganek wilczego języka czerwono dyszał pomiędzy szczękami. Jego cętkowane ciało stąpało lekko przed nimi, a potem wydłużyło się nagle w cielęcym galopie. Padlina leżała na jego drodze. Zatrzymał się, obwąchał ją, obszedł na sztywnych nogach, brat, węsząc bliżej, obszedł ją węsząc pośpiesznie wokół martwej psiej, poszarpanej skóry. Psiłeb, psiwęch, oczy przy ziemi, zmierzają ku jednemu wielkiemu celowi. Ach, biedna psiadusza. Tu leży psitrup biednej psiaduszy.
– Gałgan, ty kundlu! Odwal się od tego!
Okrzyk sprowadził go, przypłaszczonego, do pana, a silne kopnięcie nie obutej nogi posłało bezboleśnie ponad jęzorem piachu, skulonego w ucieczce. Zatoczywszy łuk powrócił chyłkiem. Nie widzi mnie. Z wolna powlókł się skrajem kamiennego usypiska, obwąchał głaz i obsikał go unosząc tylną nogę. Pobiegł truchtem naprzód i, unosząc tylną nogę, siknął szybko, krótko na nie obwąchany głaz. Proste przyjemności biedaków. Potem odrzucił piasek tylnymi łapami: potem przednie łapy zaczęły kopać i przebierać. Coś, co pogrzebał tam, jego babka. Rył w piasku, kopiąc, przebierając, i przestał, by posłuchać wiatru, znów z furią rozdrapywał piasek, ustał wkrótce, leopard, pantera, zrodzony z nieprawego łoża, rozszarpujący zwłoki.
Kiedy obudził mnie zeszłej nocy, czy nie był to ten sam sen? Zaczekaj. Otwarta sień. Ulica nierządnic. Pamiętam. Harun-al-Raszyd. Już prawie wiem. Ten człowiek prowadził mnie, mówił. Nie bałem się. Trzymał melon i przytknął mi go do twarzy. Uśmiechnął się: śmietankowoowocowa woń. Taka jest zasada, powiedział. Wejdź. Chodź. Rozpostarty czerwony dywan. Zobaczysz kto.
Z torbami na plecach wlekli się czerwoni Egipcjanie. Jego sine stopy, wyglądające spod zakasanych spodni, klapały po lepkim piasku, a ciemnoceglasty szalik zaciskał się na nie ogolonej szyi. Szła za nim kobiecymi krokami: oprych i jego dziewka. Przez plecy miała przerzuconą zdobycz. Jej nagie stopy inkrustowane piaskiem i odłamkami muszli. Wokół osmaganej wiatrem twarzy zwisały włosy. Sługa, idąca za swym panem do królewskiej stolicy. Gdy noc skryje skazy jej ciała, będzie nawoływała spod brązowego szala, z jakiejś bramy opaskudzonej przez psy. Jej alfons podejmuje dwu Królewskich Strzelców Dublińskich u O’Loughlina z Blackpitts. Pocałuj ją, ugłaskaj sprośną łobuzerską gadką, o moje ciasteczko z dziurką. Diabelska białość pod jej zbutwiałymi szmatami. Na Fumbally Lane owej nocy: odór garbarni:
Białe łapki, sine ryłko
I smaczniutkie masz półdupki.
Legnij ze mną, ty, baryłko,
Na obłapkę i całuski.
Brzuchaty Tomasz z Akwinu nazywa to ponurą rozkoszą, frate porcospino. Przed swym upadkiem Adam spółkował, ale nie znał chuci. Niech sobie beczy: smaczniutkie masz półdupki. Język ani odrobinę gorszy niż jego. Mniszesłowa, paciorki różańców paplające przy ich pasach: opryszesłowa, grudki złota krzepko gwarzące w ich kieszeniach.
Przechodzą teraz.
Spod oka na mój hamletowski kapelusz. Gdybym nagle siedział tu nagi? Ale nie siedzę. Poprzez piaski całego świata, ku zachodowi, ścigana płomiennym mieczem słońca, wędruje powoli ku krainom wieczoru. Wlecze, schleppuje, trainuje, taszczy, trascinuje swój ciężar. Zachodni, księżycem wleczony przypływ postępuje w ślad za nią. A w niej przypływy o niezliczonych wyspach, nie moja krew, oinopa ponton, morze ciemne jak wino. Spójrz, oto służebnica księżyca. We śnie mokry znak woła, że oto nadeszła jej godzina, każe jej powstać. Ślubne łoże, łoże porodowe, łoże śmierci, oświecone upiornie. Omnis caro ad te veniet. On przybywa, blady wampir, oczyma przeszywając nawałnice, nietoperzymi żaglami krwawiąc morze, ustami całując jej usta.
Tu. Przyszpilić to szybko. Moje tabliczki. Ustami całując ją. Nie. Musi być dwoje tych ust. Zlepmy je dobrze. Ustami całując jej usta.
Jego wargi musnęły i ucałowały bezcielesne wargi powietrza: ustami do jej łona. Ona we wszechłonach kona. Jego usta ułożyły się, odetchnąwszy, nie wypowiedzianym ooiiihaa: grzmotem spadających planet, kulistych, ognistych, grzmiących daledaledaledaledal. Papier. Banknoty, niech je szlag trafi. List starego Deasy. Tu. Dziękując za waszą gościnność, oderwij czysty dół kartki. Odwrócony plecami ku słońcu, pochylił się nad skalnym stołem i nagryzmolił słowa. Już dwa razy zapomniałem zabrać kartki ze stołu bibliotecznego.
Cień jego leżał na skałach, gdy pochylony kończył. Dlaczego nie bezkresny, aż ku najdalszej z gwiazd? Są przyćmione tym blaskiem, ciemność świecąca pośród jasności, delta Cassiopei, światy. Ja siedzi tu z jego jesionową różdżką wróżbity w pożyczonych sandałach, za dnia nad sinym morzem niewidoczny, pośród fioletowej nocy stąpający pod władzą zdumiewających gwiazd. Odrzucam od siebie ten ograniczony cień, nieunikniony ludzki kształt i przywołuję go na powrót. Nieskończony, czy byłby moim, formą mej formy? Kto mnie tu widzi? Czy ktokolwiek gdziekolwiek będzie czytał te napisane słowa? Znaki na białym polu. Gdzieś do kogoś twym najbardziej flecistym głosem. Dobry biskup z Cloyne wyciągnął zasłonę świątyni ze swego księżego kapelusza: zasłona przestrzeni z barwnymi godłami wyrytymi na jej polu. Trzymaj mocno. Barwnymi na płaskim: tak, w porządku. Widzę płasko, teraz pomyśl odległość, blisko, daleko, płasko widzę wschód, tył. Ach, spójrz teraz. Cofa się nagle, zamiera w stereoskopie. W mig robię ten trick. Znajdujecie moje słowa ciemnymi. Ciemność jest w duszach naszych, czy nie sądzicie tak samo? Fleciściej. Nasze dusze, zranione hańbą naszych występków, tulą się do nas tym mocniej, jak kobieta tuląca się do kochanka, mocniej, mocniej.
Ufa mi, dłoń ma łagodną, długorzęse oczy. I dokąd, u diabła, przenoszę ją poza tę zasłonę? Do nieuniknionej modalności nieuniknionej widzialności. Ona, ona, ona. Jaka ona? Dziewica przed oknem wystawowym Hodges Figgisa, zaglądająca w poniedziałek, w poszukiwaniu jednej z alfabetycznych książek, które miałeś napisać. Rzuciłeś jej przejmujące spojrzenie. Przegub w plecionym uchwycie parasolki. Mieszka w Leeson Park, żywiąc się melancholią i byle czym: literatka. Powiedz to komu innemu, Stefciu: dziwka. Założę się, że nosi te przeklęte fiszbinowe gorsety z podwiązkami i żółte pończochy, cerowane grubą wełną. Gadaj lepiej o jabłkach w cieście, piuttosto. Gdzie twój rozum?
Dotknij mnie. Łagodne oczy. Łagodna łagodna łagodna dłoń. Samotny tu jestem. O, dotknij mnie zaraz, teraz. Jakie jest to słowo znane wszystkim ludziom? Jestem cichy i samotny tu. I smutny. Dotknij mnie, dotknij.
Wyciągnął się na ostrych głazach, wpychając do kieszeni zabazgraną kartkę i ołówek, kapelusz nasunął na oczy. Zrobiłem ruch Kevina Egana, gdy pochyla głowę, by zadrzemać, wpaść w sabatowy sen. Et vidit Deus. Et erant valde bona. Hallo! Bonjour, bądź pozdrowiona jak kwiaty w maju. Spod skrzydła kapelusza przyglądał się przez pawiodrgające rzęsy południejącemu słońcu. Jestem uwięziony pośród tego gorejącego obrazu. Godzina Pana, południe fauna. Pośród ciężkich gumowcowych wężoroślin, mlekosączących owoców, gdzie na śniadych wodach szeroko leżą liście. Ból jest daleko.
Porzuć samotne rozmyślania.
Jego zamyślone spojrzenie spoczęło na szerokoczubych butach odrzuconych przez szykownego koleżkę nebeneinander. Policzył fałdy pomarszczonej skóry, w której gnieździła się cudza ciepła stopa. Stopa, która wybijała na ziemi rytm tripudium, stopa, której nie lubię. Ale byłeś uradowany, kiedy wszedł na ciebie bucik Esther Osvalt, dziewczyny, którą znałem w Paryżu. Tiens, quel petit pied! Wierny przyjaciel, bratnia dusza: miłość Wilde’a, która nie śmie wymówić swego imienia. Teraz opuści mnie. A wina? Taki jestem. Taki jestem. Wszystko albo wcale.
Z zagłębienia Cock woda napływała długimi pętlami, pokrywając zielonozłociste laguny piasków, wznosząc się, napływając. Moja laska odpłynie. Zaczekam. Nie, one popłyną dalej, przepływając, ocierając się o niskie skały, wirując, przepływając. Lepiej załatwić to jak najprędzej. Słuchaj: czterosłowa mowa fal: siisuuu, hrss, rssiiis, uus. Gwałtowny oddech wód pośród morskich węży, stających dęba koni, skał. W czaszach skalnych chlupie ona: chlip, chlup, chlap: uwięziona w beczkach. I jej wyczerpana mowa cichnie. Wpływa pluszcząc, szeroko wpływając, szeleszczące, szepczące, pluszczące piany, kwiaty rozkwitające.
Zauważył, że pod powierzchnią nabrzmiewającego przypływu kręte wodorosty powstają ospale, kołyszą niechętnie ramionami i zadzierają kiecki w szepczących wodach, kołyszących i unoszących nieśmiałe, srebrne liście. Dzień po dniu: noc po nocy: unoszone, zatapiane i porzucane. Boże, jakże są znużone: i gdy szepnie się do nich, wzdychają. Święty Ambroży usłyszał to, westchnienia liści i fal czekających, wyczekujących pełni swego czasu, diebus ac noctibus iniurias patiens ingemiscit. Bezcelowo gromadzone: wyzwalane później na próżno, przypływające, odpływające: krosna księżyca. Także znużonego w oczach kochanków, rozwiązłych mężczyzn, podobnego nagiej kobiecie, lśniącej pośród swego dworu, wlokącej jarzmo wód.
Pięć sążni, o, tam. Na pięć sążni w głąb twego ojca skrył prąd. Powiedział, że o pierwszej. Odnaleziony topielec. Wysoka woda przy dublińskiej zaporze. Pędzi przed sobą luźne odpadki, wachlarzowate ławice ryb, śmieszne muszelki. Słonobiałe zwłoki wynurzają się z nurtu, podrygują ku brzegowi, za krokiem krok jak morświn ów. Tu jest. Na hak go, prędko. Aby nie skryły go wodne głębiny. Mamy go. Teraz już łatwo.
Wór trupich wyziewów: wymoczony w plugawej, słonej brei. Migotliwe węgorze, utuczone gąbczastym przysmakiem, śmigają z jego rozporka. Bóg staje się człowiekiem staje się rybą staje się skorupiakiem staje się gęsią arktyczną staje się górą pierza. Umarłym tchnieniem ja, żywy, oddycham, depczę umarły kurz, wchłaniam resztki moczu wszystkich umarłych. Wciągnięty szybko na pokład wydycha z siebie w górę smród swego zielonego grobu, trędowata dziura pozostała po nosie chrapie ku słońcu.
To morska odmiana, piwne oczy na słononiebieskie. Śmierć w morzu, najłagodniejsza z wszystkich znanych człowiekowi. Stary Ojciec Ocean. Prix de Paris: strzec się naśladownictw. Osądźcie tylko sami uczciwie. Ogromnie się ubawiliśmy.
Chodź. Mam pragnienie. Chmurzy się. Nigdzie żadnych czarnych chmur, a może są? Burza. Spada najjaśniejszy, pyszny piorun intelektu, Lucifer, dico, qui nescit occasum. Nie. Mój kapelusz pielgrzymi, moja laska pątnicza i moje sandały, ciżmy. Dokąd? Do krain wieczoru. Wieczór sam się odnajdzie.
Ujął rączkę jesionowej laski i zaczął wymachiwać nią miękko, nadal zwlekając. Tak, wieczór odnajdzie się we mnie, beze mnie. Wszystkie dni mają swój koniec. Ale kiedy będzie następny? Wtorek będzie najdłuższym dniem. Z całego tego wesołego nowego roku, matko, ram pam pam ta ta tam. Lawn Tennyson, gentleman-poeta. Già. Dla starej wiedźmy o żółtych zębach. A Monsieur Drumont to gentleman-żurnalista. Già. Moje zęby są w bardzo złym stanie. Ciekawe dlaczego? Dotknij. Ten też już wypada. Muszle. Ciekaw jestem: czy powinienem pójść do dentysty za te pieniądze? I ten. Bezzębny Kinch, nadczłowiek. Ciekaw jestem, dlaczego tak się dzieje, a może to coś oznacza?
Moja chustka. On ją cisnął. Pamiętam. Czy nie podniosłem jej?
Ręka jego zaczęła bezowocnie przeszukiwać kieszenie. Nie, nie podniosłem. Lepiej kupić.
Ostrożnie złożył na krawędzi skały suchy, wydłubany z nosa smark. Reszty niech szuka, kto chce.
Z tyłu. Może tam ktoś jest.
Obejrzał się przez ramię, wstecz spoglądając. W powietrzu sunęły wysokie maszty trójmasztowca, o żaglach wzdętych na krzyżach rei, ku domowi, pod prąd, sunący cicho okręt.
Ulisses
Gdy Ulisses mimo przeszkód wreszcie ukazał się drukiem w 1922 roku, okrzyknięto go dziełem nieudanym, nieprzyzwoitym, niemoralnym itd. Uchodził za powieść, której porządny człowiek nie powinien nawet brać do ręki. Dziś, prawie sto lat później, jest powszechnie uważany za arcydzieło, którego nie wypada nie znać. O czym jest Ulisses? Można odpowiedzieć na dwa sposoby: o zwyczajn...
Spodobał Ci się fragment?
e-book · audio
e-book · audio
e-book · audio
e-book