PROLOG
Jeśli trzymasz sukę wystarczająco długo na łańcuchu, to nawet kiedy ją z niego spuścisz, ciągle będzie czuła jego niewidzialny ciężar.
Tak jak ona teraz.
Wędrowała cmentarnymi alejkami i płakała. Nie ze smutku, ale z powodu bolesnej mieszanki radości i przerażenia. Wszystko ją oszałamiało, stokrotnie powiększone, stokrotnie bardziej intensywne, niż było kiedyś. Zapach trawy, słodki i lekko mdły, ale w ten przyjemny sposób. Zieleń liści, radosna i uspokajająca. Szum w koronach drzew. Skrzeczenie srok i gawronów przelatujących z gałęzi na gałąź. Delikatna pieszczota wiatru na twarzy. Świeże powietrze.
Świeże powietrze.
Ono miało wszystko. Zapach, smak, teksturę. Próbowała się na nim skupić, wyłapać te wszystkie nuty, zapamiętać to uczucie, kiedy gładziło jej skórę. Ale nie potrafiła. Łzy leciały po policzkach, kręciło jej się w głowie i z każdym oddechem robiła się słabsza i silniejsza zarazem. Bała się, że jeszcze jeden krok, drugi i zaraz się wywróci. A równocześnie wiedziała, że gdyby teraz zrzuciła z ramion płaszcz i zaczęła biec, nigdy by się nie zatrzymała.
Całe ciało wyło, żeby to uczyniła. Nogi ją piekły, wnętrzności szalały. Pędź przed siebie, powtarzał głos w jej głowie. A raczej nie głos, bo przecież zapomniała prawie wszystkich słów. Nocami płakała z tego powodu. Bo tak długo je chroniła. Tak długo pielęgnowała. Tak mocno ich pilnowała. A one wylatywały jedno po drugim, wyślizgiwały się z jej pamięci i nigdy nie wracały. Słyszała więc ten głos w swojej głowie, a on mówił, chociaż nie używał słów. To był krzyk. To był gniew. To była czerwień.
Zacznij biec.
Zacznij biec.
Zacznij biec.
Będziesz wolna.
Zrobiła krok. Zsunęła płaszcz z ramion i wtedy właśnie poczuła szarpnięcie łańcucha. Niewidzialna obroża ścisnęła jej krtań. Przerażający ból przeszył podbrzusze. Zgięła się wpół, zatoczyła. Strach spadł na nią ciężarem szorstkiej stali. Otwierała i zamykała usta raz po raz, sama nie wiedząc, czy próbuje właśnie nabrać oddechu czy zacząć krzyczeć.
Była tylko suką, a on był jej panem. Nawet jeśli go tutaj nie było, nawet jeśli go teraz nie widziała, to jeszcze nie znaczyło, że jej nie ukarze. Wystarczy jeden błąd, jedna pomyłka, a spadnie na nią jego lodowaty gniew. Złapie ją. Założy łańcuch i kajdany. Będzie bił. Zostawi na zimnej podłodze gołą i obolałą. Zabierze jej picie. Zabierze jej jedzenie. Ale co najgorsze, zabierze jej szczeniaki.
Ona przeżyła już wszystko i ciągle się bała, ale jej strach o siebie był niczym w porównaniu z przerażeniem na myśl o tym, co on może zrobić szczeniakom.
A przecież prosił ją o tak niewiele. To była tak prosta rzecz do zrobienia. Taka łatwa. Czy mogła go zawieść? Przecież opiekował się nią, opiekował się nimi. Zawsze to powtarzał, raz za razem. Tłumaczył tym łagodnym, cierpliwym tonem, od którego przechodziły jej ciarki po plecach, ile poświęcił dla niej i szczeniaków, jak bardzo się stara i jak niewiele oczekuje w zamian.
Psy zawsze kochają swojego pana, choćby nie wiadomo, jak je traktował. Będą lizać rękę, która ich przed chwilą biła. I ona również była gotowa to zrobić.
Był dla niej dobry, przekonywała samą siebie, znowu nie słowem, ale emocją, obrazem, i wierzyła w to kłamstwo, bo musiała w nie wierzyć.
Nie ucieka się od kogoś, kto jest dla ciebie dobry.
Nie ucieka się od kogoś, kto cię karze tylko za twoje własne przewinienia. Zawsze jej to powtarzał. Raz, drugi, trzeci, czwarty, do znudzenia, do zupełnego wyczerpania, żeby jej się utrwaliło, żeby zrozumiała, że nie musiałby tego robić, gdyby go do tego nie zmusiła.
I nie ucieka się od kogoś, kto może skrzywdzić twoje szczeniaki.
– Wszystko w porządku? – zapytał ktoś.
Wyprostowała się gwałtownie. Obok stał mężczyzna, siwowłosy, z grabiami i paczką papierosów wystającą z kieszeni niebieskich roboczych spodni.
Chciała powiedzieć „tak”. Chciała powiedzieć „nie”. Zapomniała obu tych słów. Zapiekły ją wszystkie świeżo zagojone rany. Mimowolnie napięła mięśnie tak mocno, że bała się, że zaraz rozerwą jej skórę i całe plecy spłyną krwią.
Jeszcze trochę i coś się stanie. Jeszcze trochę i popełni błąd. Jeszcze trochę i on skrzywdzi jej szczeniaki. Nie dlatego, że tego chce. Dlatego że ona go zawiodła.
Zmusiła się do pokręcenia przecząco głową.
– Na pewno?
Skinięcie. Mężczyzna zmarszczył brwi. Czuła, jak wbija w nią swoje spojrzenie, jakby chciał ją zmiażdżyć.
– Pani pewnie na pogrzeb tego mecenasa?
– Aha...
– Pójdzie pani prosto. Potem skręci pani w trzecią alejkę w lewo.
Ruszyła przed siebie, bojąc się, że ten mężczyzna pójdzie za nią. Że zada kolejne pytanie. Że spróbuje coś powiedzieć. Bo wiedziała, że wtedy nie da rady. Załamie się, roztrzaska na tysiące drobnych kawałków. Ale kiedy po przejściu kilkunastu metrów odważyła się odwrócić, mężczyzny już nie było. Zniknął w jednej z alejek. Nie poczuła ulgi, tylko ból mniejszy niż zazwyczaj.
Skręciła tam, gdzie jej kazano, i wtedy ich zobaczyła. Tłum żałobników rozlany wokół świeżo rozkopanego grobu. Mężczyźni pomimo letniego upału w czarnych garniturach, tak podobni do siedzących nad nimi na gałęziach gawronów. Tylko nieliczni pozwolili sobie zdjąć marynarki i odsłonić przepocone pachy. Kobiety elegancko ubrane, w ciemnych tonacjach. Wszyscy zlewali jej się w jedną biało-czarną plamę.
Serce zaczęło jej walić tak mocno, że aż bolało. Powoli zbliżała się do tej dziwacznej, szepczącej, groźnej masy. Krok za krokiem, oddech za oddechem, łza za łzą.
To takie proste – tak jej powtarzał. Miała zrobić tylko jedną rzecz. Tylko o to prosił. Nie chciałby jej karać. Nie chciałby skrzywdzić jej szczeniaków.
Niewidzialny łańcuch napiął się do granic możliwości, obroża zacisnęła się na szyi.
Zaskowytała cichutko.
I wtedy go zobaczyła. Pomiędzy głowami, stłoczonymi ciałami wokół grobu. Obok kobiety, która była jego matką. I drugiej, która była siostrą. Tyle lat minęło, ale go poznała. Ciągle chłopiec, nie mężczyzna. A on poznał ją.
Jego twarz się zmieniła. Najpierw był zmęczony i udręczony, ale przede wszystkim znudzony, jakby znalazł się tutaj przypadkiem i nie rozumiał niczego, co się wokół dzieje. A potem zbladł gwałtownie. Rysy się wykrzywiły, szczęki zacisnęły.
Ich spojrzenia spotkały się na trwającą nieskończoność sekundę. Zrobił ruch w jej stronę. Zauważyła jeszcze, że siostra chwyciła go za ramię, kiedy zaczął się przepychać. Otworzył usta, coś mówił.
Odwróciła się na pięcie i zaczęła biec. Szybko, najszybciej, jak tylko potrafiła, na ile pozwalały jej udręczone ciało i obolała dusza. Nie było już słońca, nie było już drzewa, nie było pieszczoty wiatrem ani zapachu świeżo skoszonej trawy. Były tylko strach i szara smuga ścieżki pomiędzy nagrobkami.
Nie obróciła się ani razu. Bała się, że zobaczy go tuż za sobą.
Po prostu biegła.
Nie do wolności, ale z powrotem do swojej budy, łańcucha, więzienia.
Z powrotem do swoich szczeniaków.
Wilkołak
Prywatny detektyw Dawid Wolski nie spocznie. Na cmentarzu, na pogrzebie swojego ojca, mecenasa Wolskiego, który doprowadził do uwolnienia mordercy Igi, kobiety jego życia – widzi ją z daleka i już wie, że przeszłość wróciła i niemożliwe stało się możliwe. Dziewczyna jest dziesięć lat starsza, zmieniona, ale to Iga. Tylko on ją zobaczył, tylko on ją rozpoznał. Nikt mu nie wierzy...
Spodobał Ci się fragment?
e-book · audio
e-book
e-book · audio
e-book · audio