Rozdział 1
INA
Wieczór zapowiadał się przyjemnie. Z trudem potrafiłam sobie przypomnieć ostatni, który spędzałam sama. Owszem, od czasu do czasu wychodziłam bez Rafała – głównie na spotkania ze starymi znajomymi z czasów szkolnych, ale rzadko się zdarzało, by to jego nie było w domu.
Mimo że byliśmy właściwie nierozłączni i żyliśmy w udanej symbiozie, która wcale nie zdarza się tak często, cieszyła mnie perspektywa samotnego wieczoru. Przygotowałam sobie ulubione hiszpańskie wino, wybrałam muzykę i… ostatecznie sięgnęłam po telefon, by zadzwonić do Rafała.
Nie odbierał, a ja uznałam, że w którejkolwiek knajpie w Śródmieściu wylądował, pewnie jest tam zbyt głośno, by mógł słyszeć dzwonek.
Upiłam łyk wina i spróbowałam jeszcze raz.
– Hej, gówniaku – rozległ się głos, którego nie spodziewałam się usłyszeć. – Już masz syndrom odstawienia?
Odebrał nie mój mąż, ale mężczyzna, z którym wyszedł na miasto. Nazywał się Gracjan i był nie tylko wieloletnim partnerem mojej siostry, ale także moim największym wrzodem na dupie. Starłam się z nim praktycznie na dzień dobry, kiedy tylko poznaliśmy się jako gówniarze na podwórku. Zapowiadało się na burzliwą relację, przez lata jednak wykształciliśmy pewną nić sympatii – opierającą się głównie na przepychankach i docinkach.
Pewnie trochę pomogło to, że Gracjan i mój mąż bardzo szybko odnaleźli wspólny język – życie z żadną z nas bowiem nie należało do najłatwiejszych. Różniłyśmy się charakterologicznie tak bardzo, jak każde inne siostry będące w podobnym wieku, ale miałyśmy jedną cechę wspólną. Obydwie dawałyśmy popalić swoim facetom.
W kwestii ich doboru miałyśmy jednak gusta całkowicie odmienne. Rafał był człowiekiem poukładanym, zawsze zadbanym i w kondycji fizycznej tak dobrej, że każdy mój nadprogramowy kilogram był obarczony dodatkowymi wyrzutami sumienia. Miał stabilną pracę w finansach, zarabiał wcale niemało i większość kasy inwestował.
Rozsądny, dobrze wykształcony, spokojny. Oświadczył mi się dokładnie tak, jak powinien – przy naszej ulubionej piosence, w lokalu, w którym byliśmy na pierwszej randce. Szanował mnie i to, co udało nam się zbudować, i nigdy nie zrobił niczego, co mogłoby zachwiać naszą przyszłością.
Typ faceta, który kupuje ci kwiaty nie tylko wtedy, kiedy się pokłócicie, ale także bez powodu. Dbał o to, żebyśmy stale mieli coś ciekawego do roboty, starannie planował wakacyjne wyjazdy – zawsze samochodem, bo nienawidził latać – i podporządkowywał wszystko temu, byśmy byli szczęśliwi.
Moja siostra najwyraźniej potrzebowała kogoś zupełnie innego. Gracjan był uosobieniem entropii, artystyczną duszą, która najbardziej obawiała się bezruchu. Nie układał planów na przyszłość, nie chciał żyć w uporządkowanym świecie. I mimo że był z moją siostrą od czasów szkolnych, ani myślał o oświadczynach.
Jego i Rafała łączyło chyba tylko to, że związali się z nami – dzisiejszego wieczoru jednak tyle najwyraźniej wystarczyło, by wyskoczyć na parę drinków.
– Ile minęło? Pół godziny od wyjścia Rafała? – dodał Gracjan. – Masz już drgawki? Bóle mięśni, zwiększoną potliwość?
– Biegunkę – odparłam. – Za każdym razem, kiedy o tobie myślę.
– To może w końcu powinnaś przestać.
– Jak tylko moja siostra przejrzy na oczy i się ciebie pozbędzie.
Gracjan wypuścił powietrze prosto w mikrofon.
– Musisz mi kiedyś wytłumaczyć, jakim cudem przeżyłaś tyle lat bez podstawowej umiejętności prowadzenia normalnej rozmowy – rzucił.
– Nie będę ci tłumaczyć rzeczy, w których masz znacznie więcej doświadczenia – ucięłam. – I gdzie mój mąż?
– Poszedł z jakąś nieznajomą do kibla.
Mruknęłam cicho, nie mając zamiaru wdawać się w dalszą wymianę prztyczków.
– Gdzie jesteście?
– Na razie w ORZO przy placu Konstytucji. A gdzie nas później poniesie, to się zobaczy.
Rzut kamieniem od Poznańskiej, przy której mieszkaliśmy. Spodziewałam się, że Rafał wybierze to miejsce, bo kiedy tylko robiło się ciepło i obsługa wystawiała stoliki na zewnątrz, spędzaliśmy tam dość dużo wieczorów.
– Brzmisz znacznie lepiej, kiedy nic nie mówisz – odezwałam się. – Więc zrób mi tę przyjemność i daj Rafała.
– Nie ma go.
– To powiedz mu, że…
– Że jego helikopterowa żona wytrzymała pół godziny bez kontroli? W porządku.
Uśmiechnęłam się bezradnie i pokręciłam głową. Miał rację. Po co w ogóle dzwoniłam dwa kwadranse po tym, jak wyszedł z domu?
– Spotkał jakiegoś znajomego – dodał po chwili Gracjan. – Zaraz wróci, poszli na moment na stronę o czymś pogadać.
Milczałam, nie bardzo wiedząc, jak wybrnąć z sytuacji, w której rzeczywiście wyszłam na co najmniej nadopiekuńczą partnerkę.
– Mogę powiadomić służby o zaginięciu, jeśli chcesz – dorzucił chłopak mojej siostry. – A ty zacznij już na wszelki wypadek drukować plakaty. Rozwiesimy je na mieście i…
– Dobra, dobra, Pabst – ucięłam.
– Ale serio, przekazać mu coś?
– Że współczuję mu dzisiejszego towarzystwa – odparłam, a potem z satysfakcją się rozłączyłam, nie czekając na odpowiedź.
Od pewnego czasu zawsze mówiliśmy sobie po nazwisku, sama nie wiem dlaczego. W jakiś sposób jednak dawało to dość dobre pojęcie o naszej relacji. On był dla mnie Pabstem, ja byłam dla niego Kobryn. Czasem zamienialiśmy to na określenia z gatunku „gówniak”, „padalec”, „smród”, „brzydal” i tak dalej.
Ja i Julia znałyśmy go od dziecka, więc właściwie nie istniał sposób, w który moglibyśmy naprawdę sobie ubliżyć.
Odłożyłam telefon i powiodłam wzrokiem po salonie, zastanawiając się, jak zagospodarować resztę wieczoru. Filmu nie włączę, bo wszystkie oglądamy razem. Z serialami identyczna sytuacja – Rafał śledził ze mną nawet Bridgertonów. Jedynym bezpiecznym wyborem była książka.
Czytałam, systematycznie opróżniając butelkę czerwonego wina z gron tempranillo, z regionu Toro. Co jakiś czas zastanawiałam się, co sprawiło, że Rafał i Gracjan po raz pierwszy wyszli razem wieczorem na miasto. We czwórkę spotykaliśmy się dość często, mnie i siostrze też zdarzało się wyskoczyć gdzieś we dwie. Ale oni nigdy nie umawiali się sami.
Może Gracjan w końcu odnalazł w sobie na tyle odwagi, żeby się oświadczyć? Moja siostra parę lat temu zrezygnowała z podejmowania tego tematu, ale Pabst musiał mieć świadomość, że jej oczekiwania się nie zmieniły.
Nie, ten człowiek wciąż był zbyt niedojrzały emocjonalnie, by zdecydować się na taki krok. Nawet jeśli w istocie nie wyobrażał sobie życia bez Julii.
Odsunęłam od siebie te myśli i skupiłam się na książce Murakamiego, który zaczerpnął tytuł z całkiem niezłej piosenki Beatlesów. Czytałam przez kilka dobrych godzin, zanim zasnęłam na kanapie w salonie.
Ze snu wyrwał mnie dzwonek telefonu. Nerwowo potoczyłam wzrokiem po pokoju i przez niepokojąco długą chwilę nie wiedziałam, gdzie jestem. Potem wszystko ułożyło się w spójną całość, a ja dostrzegłam, że dzwoni Rafał.
– Jeśli potrzebujesz kierowcy, to muszę cię rozczarować – odezwałam się. – Jestem już trochę…
– Ina – przerwał mi. – Nie uwierzysz, co tu się, kurwa, dzieje…
Na dźwięk jego roztrzęsionego głosu natychmiast odłożyłam książkę, która zamknęła się bez zakładki, i zerwałam się z fotela.
– Co? – rzuciłam. – O co chodzi?
– Jakaś kobieta zabiła się na środku placu Konstytucji.
Machinalnie rzuciłam okiem na zegarek. Druga w nocy.
– Jest policja, mnóstwo gapiów, ludzie zapalają światła w oknach – ciągnął lekko pijany Rafał.
Rzadko dało się słyszeć w jego głosie, że wypił. I jeszcze rzadziej dawał po sobie poznać, że jest rozdygotany.
– Podobno podcięła sobie żyły za jednym z samochodów i wykrwawiła się, zanim ktokolwiek ją znalazł. Próbujemy podejść, ale…
– Że co? Po jaką cholerę?
– Hm? – wymamrotał.
– Co tam chcecie zobaczyć?
Ludzi ciągnęło do tragedii jak ćmy do ognia, ale ja nigdy nie rozumiałam tego pędu. Byłam chyba jedną z nielicznych osób, które nie zwalniały, by przyjrzeć się wypadkowi na drodze. Nie googlałam zdjęć po katastrofach, nie szukałam filmików z zamachów terrorystycznych, egzekucji ani strzelanin.
Nie pojmowałam, po co ktokolwiek miałby to robić, dopóki nie zaczęłam przyglądać się temu od naukowej strony. Okazało się, że to wszystko kwestia natury. Bodziec w postaci informacji o jakimś wypadku aktywował ciało migdałowate w mózgu, prowadząc do włączenia się instynktu samozachowawczego. Dopiero potem do głosu dochodziła kora czołowa, gdzie ta informacja zostawała przeanalizowana.
U pierwszych ludzi musiało to być pomocne. Wszystkie tragedie, które się wydarzały, miały miejsce w najbliższym otoczeniu i zazwyczaj stanowiły bezpośrednie zagrożenie. Trzeba było natychmiast dowiedzieć się o nich jak najwięcej, by ich uniknąć. Natura jednak jak zawsze nie nadążała za zmianami cywilizacyjnymi, więc nawet informacja w necie o brutalnej egzekucji gdzieś w górach Hindukuszu aktywowała te same odruchy co atak drapieżnika u pierwszych homo sapiens.
Nie powinnam więc dziwić się Rafałowi i Pabstowi, że postanowili przyjrzeć się sytuacji, szczególnie że z pewnością byli już pijani.
Ze mną było podobnie. Tym razem poddałam się instynktowi, usiadłam przed laptopem i puściłam w ruch Google.
– Daj spokój – rzuciłam do słuchawki, przeglądając pierwsze wyniki. – Wracaj do domu.
– Chcemy tylko…
– Co? – ucięłam. – Zobaczyć martwą dziewczynę?
Znieruchomiałam, kiedy okazało się, że na TVN Warszawa pojawiły się już pierwsze relacje. Zanim Rafał i Gracjan zorientowali się, co się dzieje, musiało minąć trochę czasu.
Na zdjęciach tradycyjnie nie było widać praktycznie niczego. Grupa ludzi, rozmawiający ze sobą funkcjonariusze, taśmy policyjne. Rzeczywiście wyglądało na to, że zgromadziło się sporo gapiów, jakby była to największa atrakcja piątkowego wieczoru.
– Może masz rację – odezwał się Rafał i głęboko westchnął, lekko zażenowany własną chorą ciekawością. – Znajdę Gracjana i się zwijamy.
Potaknęłam, a potem się rozłączyliśmy. Skupiłam się na kolejnych wynikach w wyszukiwarce i trafiłam na jakiś post na Facebooku. Z opisu wynikało, że ktoś zrobił dziewczynie zdjęcie, zanim przyjechała policja.
Wiedziałam, że nie powinnam klikać. Byłam przekonana, że tego nie zrobię.
Coś jednak sprawiło, że to zrobiłam.
I w tym jednym momencie wszystko się zmieniło.
Szybko przekonałam się, że jestem nie na swoim, ale na Rafała koncie na Facebooku. Musiał zapomnieć się wylogować, co właściwie nigdy mu się nie zdarzało. Dbaliśmy o swoją sferę prywatności, wychodząc z założenia, że to jeden z fundamentów zdrowego związku.
Zdjęcie zostało usunięte, zawartość nie była już dostępna. Trudno. Takie rzeczy zazwyczaj znikały szybciej, niż się pojawiały, zupełnie jakby Facebook miał specjalne, zawsze czujne komando do wyszukiwania nieodpowiednich treści.
Powinnam była od razu się wylogować, ale moją uwagę przykuła czerwona jedynka przy ikonie skrzynki odbiorczej, oznajmiająca, że Rafał dostał wiadomość.
Nie wiem, co mnie podkusiło, żeby kliknąć.
Zobaczyłam zdjęcie ślicznej młodej dziewczyny, która nazywała się Monika Marczewska. Już na miniaturce było widać, że mogłaby z powodzeniem startować w konkursach piękności, więc zerknięcie na wiadomość stało się natychmiast moim największym obowiązkiem.
Kliknęłam i zamarłam. Nie było żadnego wątku rozmowy, żadnej wcześniejszej wymiany zdań. Jedynie krótki przekaz od dziewczyny, pozbawiony jakichkolwiek ozdobników w postaci emoji.
„Wybaczam ci”.
Zamrugałam kilkakrotnie, od razu przyjmując wersję, że to jakaś pomyłka. Szybko oznaczyłam wiadomość jako nieprzeczytaną, wylogowałam się i wstałam od laptopa.
Nalałam sobie wina do kieliszka, obeszłam dwukrotnie salon, a potem zrobiłam jedyne, co wydawało się naturalne: wpisałam „Monika Marczewska” w wyszukiwaniu Facebooka na swoim koncie. Weszłam na profil z nadzieją, że dowiem się czegokolwiek.
Ten jednak był dostępny wyłącznie dla znajomych. Nie mogłam sprawdzić wieku, miejsca zamieszkania ani postów, które wrzucała. Jedyne, co mi pozostało, to zdjęcie profilowe.
Zaczęłam szukać czegoś więcej w internecie, nie znalazłam jednak niczego na temat dziewczyny. Wszędzie ta sama piękna fotografia, która zdążyła mi się już wypalić w umyśle. Zanim się zorientowałam, Rafał wrócił do domu, a ja nagle poczułam się, jakbym robiła coś zdrożnego.
– Kurwa, ale szaleństwo – rzucił na powitanie, ściągając buty. – Morze krwi. Podobno ta kobieta poderżnęła sobie żyły nie w poprzek, ale wzdłuż.
– Jezu… Czyli wiedziała, co robi.
Rafał pokiwał głową, podchodząc do mnie. Pocałował mnie w czubek głowy, zerknął na ekran laptopa i jak gdyby nigdy nic oznajmił, że weźmie szybki prysznic.
– O tej porze? – spytałam.
Wzruszył ramionami i poszedł do łazienki, a ja zostałam sama ze swoimi myślami. Poczułam się dziwnie, bo zamiast pogadać o tym, co się wydarzyło, zbyliśmy to paroma słowami.
Rafał wyszedł jednak spod prysznica tak szybko, że nie miałam okazji się nad tym zastanowić. Zresztą moje myśli krążyły teraz wokół innego tematu. Nie wiedziałam, jak do niego podejść, ostatecznie więc uznałam, że najlepiej będzie zrobić to wprost.
– Dostałeś wiadomość na Fejsie – odezwałam się. – Zobaczyłam przez przypadek.
– Nie wylogowałem się? – rzucił bezwiednie, nalewając sobie wody.
– Ano nie.
– I co to za wiadomość?
– O treści „wybaczam ci”.
Napił się i spojrzał na mnie zupełnie zwyczajnie, jakby nie rozumiał, dlaczego w ogóle mu o tym mówię i z jakiego powodu przeciągam podawanie mu informacji.
– I?
– Pochodzi od jakiejś dziewczyny, Moniki Marczewskiej.
– Nie znam.
Nalał wody do drugiej szklanki i podał mi ją, a ja odebrałam to jako sugestię, że wina wypiłam dziś dostatecznie dużo. Może miał rację. Zamiast podjąć wątek kobiety, która odebrała sobie życie kilkadziesiąt metrów od knajpy, w której siedział mój mąż, zajmowałam się jakimś drugorzędnym tematem.
Rafał jednak po prysznicu zdawał się zupełnie zapomnieć o tamtym zdarzeniu.
– Jesteś pewien? – zapytałam.
Znów wzruszył ramionami.
– Nie kojarzę – powiedział. – Czekaj, zobaczmy tę wiadomość.
Zalogował się, po czym długo przyglądał się zdjęciu, które zdążyłam poznać na pamięć. Wydał z siebie cichy pomruk, jakby starał się coś sobie przypomnieć.
– Hmm… – mruknął zalotnie. – Nie mogę przesądzić na sto procent, ale wydaje mi się, że chybabym pamiętał kogoś takiego.
Uderzyłam go lekko w ramię.
– No co? Niezła jest. Chociaż nie tak jak moja żona.
– Dobra odpowiedź.
– Która kwalifikuje się jako początek gry wstępnej?
Uniosłam brwi z niedowierzaniem, a potem wskazałam na laptopa.
– O ile wyjaśnisz mi, dlaczego ona do ciebie pisze.
– Nie wiem – odparł, patrząc mi prosto w oczy. – Pewnie się pomyliła.
Zamknął laptopa, zanim zdążyłam cokolwiek dodać, a potem ujął mnie za ręce i lekko podniósł. Jego dotyk, spojrzenie i bliskość zrobiły swoje. W połączeniu z alkoholem sprawiły, że dość szybko przestałam myśleć i o zdarzeniu na placu Konstytucji, i o dziewczynie.
Wszystko zmieniło się rano, kiedy usiadłam przy laptopie i zobaczyłam informację o samobójstwie na głównej stronie NSI.
Artykuł był opatrzony zdjęciem denatki, które dobrze znałam. Jedynym dostępnym w internecie ujęciem Moniki Marczewskiej.
Wybaczam ci
Ina Kobryn prowadzi spokojne, uporządkowane życie. Spełnia się w pracy, wraz z mężem stara się o dziecko i właściwie nie ma powodów do zmartwień. Wszystko zmienia się, gdy pewnej nocy siada przed laptopem i dostrzega, że mąż nie wylogował się ze swojego konta na Facebooku. Jej wzrok pada na krótką wiadomość o treści „wybaczam ci”, pochodzącą od nieznajomej dziewczyny.Bagatelizu...
Spodobał Ci się fragment?
e-book
e-book · audio
e-book
e-book · audio