Ostatnie, co pamiętała, to niedźwiedź. Było to nawet zabawne – zginąć w środku Warszawy z łap niedźwiedzia. W parku, w którym wieczorami bała się siedzących na ławeczce pijaczków i młodych mężczyzn popijających piwo, przeklinających, plujących na chodnik i obrzucających ją pożądliwymi spojrzeniami, a nawet puszczonych luzem psów. Ale nigdy nie obawiała się, że zostanie zaatakowana przez niedźwiedzia.
No cóż, życie potrafi zaskakiwać.
Ile razy to słyszała... Od pana Mieczysława, od pani Stefanii, od pana Zbigniewa, od pani Jadwigi i wreszcie od Malwiny, cudownej pani Malwiny, której nie powinna potraktować tak, jak ją potraktowała. Nagle przypomniała sobie o tym, co jej zrobiła, i coś zakłuło ją w sercu. Odradzali jej, mówili, że będzie żałować, ale ona chciała to zrobić. Poza tym Malwina była stara, umierała. Tak będzie lepiej, powtarzała sobie w duchu. Tylko że potem, w ostatnim przebłysku jej świadomości, w otchłani gasnących oczu, dostrzegła zrozumienie. Malwina wiedziała, że została oszukana. I z taką świadomością właśnie umarła. Że osoba, której ufała, perfidnie ją okłamała.
Ale skąd miała wiedzieć, że tak to się skończy?
No cóż, życie potrafi zaskakiwać.
Tak. Oni wszyscy to powtarzali. Jedno za drugim na przestrzeni lat. Niezależnie od siebie. Jakby to była jakaś tajemna wiedza starych ludzi, którą łaskawie postanowili się z nią podzielić. Niektórzy uśmiechali się wtedy łagodnie, inni klepali ją czule po dłoni. Zbigniew położył jej nawet rękę na kolanie i ścisnął słabo, bo tylko na tyle było go stać, a ona mu pozwoliła, bo przecież co jej szkodziło. Ale kiedy wróciła do domu, ten gest – uroczy, jak wcześniej sądziła – nagle ją przeraził, bo zaczęła się zastanawiać, na co umierający dziś staruszek sobie pozwalał, kiedy był młodszy i silniejszy. Kiedy nie musiał się obawiać tego, że nawet taka filigranowa dziewczyna jak ona byłaby w stanie bez trudu go powalić. Czy myślał o tym podczas długich bezsennych nocy, kiedy czekał na kolejną dawkę środka przeciwbólowego? Czy obawiał się, że te wszystkie kobiety, które skrzywdził w swoim długim życiu, pojawią się przy jego łóżku, teraz, kiedy jest taki słaby i taki bezbronny? Czy jego serce przepełniał strach, że po drugiej stronie odpowie za to, co im zrobił?
No cóż, życie potrafi zaskakiwać.
Nie ją! Odpowiadała ze śmiechem i z radością w głosie, bo właśnie tego od niej oczekiwali. Ale naprawdę tak myślała. Jej życie nie zaskoczy. Ona miała przecież wszystko przemyślane – powtarzała, teatralnie stukając się palcem w czoło. Skończone studia, dobra praca, mąż, dwójka dzieci, macierzyński, jeden awans, kolejny. Wakacje we Włoszech, w Hiszpanii, na Kanarach, nad Bałtykiem. Rodzinny samochód, mieszkanie – najpierw u męża, potem większe, już własne, pewnie na kredyt, ale rodzice pomogą. Po paru latach zakup działki gdzieś pod miastem i w końcu wymarzony dom w stanie surowym.
Może i nudne, zwyczajne, ale zaplanowane, przygotowane. W jej umyśle pewne na sto procent.
No cóż, życie potrafi zaskakiwać.
Zginąć rozszarpana przez niedźwiedzia w środku Warszawy...
Zachichotała.
– Z czego się śmiejesz?
Zamarła i przez kilka długich sekund nie była w stanie wziąć oddechu. Wbijała wzrok w ciemność przed sobą, mając nadzieję, że jakimś cudem się przez nią przebije i dostrzeże tego, kto to powiedział.
Ale wysiłek był tak wielki, że zakręciło się jej w głowie, a w uszach zaszumiało tak mocno, jakby znalazła się nagle na dnie morza. Skrzywiła się. Powoli wstała z ziemi. Wszystkie jej mięśnie protestowały, jakby zalano je cementem. Zrobiła krok do przodu, następnie drugi, wyciągając przed siebie rękę. Machała nią w jedną i drugą stronę, próbując rozgonić mrok, wpuścić w ten straszny zaświat odrobinę światła, ale bez skutku. Szum w głowie narastał, a ona myślała, że nie powinno jej tu być. Że gdyby została w domu – bo przecież nie musiała wybiegać, wystarczyłoby, że zamknęłaby się w sypialni – nigdy nie spotkałaby niedźwiedzia. Ale skąd miała wiedzieć?
Mogłaś nas słuchać, wyszeptali gdzieś na skraju jej świadomości Mieczysław, Stefania, obleśny Zbigniew, Jadwiga i oszukana Malwina, mogłaś nas słuchać – życie potrafi zaskakiwać.
I nagle ciało odmówiło jej posłuszeństwa. Straciła siły. Nogi załamały się pod nią jak para suchych gałęzi. Poleciała przed siebie, prosto w ciemność, i uderzyła w coś twardego i zimnego.
– Co ty robisz, idiotko?
Co robiła? Leżała, odpływała. Zapadała się w sobie i umierała. Tego ostatniego nie rozumiała, bo przecież była już martwa. A przecież nie da się tego zrobić dwa razy. Widziała w swoim życiu tyle śmierci, że dobrze o tym wiedziała. Dlaczego więc właśnie jej to się przydarza? Chciała spytać Malwinę, najukochańszą i najmądrzejszą osobę, jaką kiedykolwiek spotkała. I szczerze pogodzoną z tym, co ją czeka. I to nie w ten sposób, w jaki godziła się z nieuniknionym większość pacjentów. Ona nie powtarzała raz za razem, że miała dobre, długie życie. Nie opowiadała, że śmierć jest czymś, z czym każdy kiedyś będzie musiał się zmierzyć. Nie spędzała długich godzin z kapelanem, klepiąc żarliwie modlitwy w nadziei, że odkupi nimi popełnione grzechy.
– Było jak było – powiedziała jej kiedyś, kiedy przemierzały wspólnie ogród w hospicjum. Malwina na wózku, krucha i drobniutka, przykryta kocami, okutana w kurtki i swetry, przypominała trochę dziwacznego pluszaka. – Dobrze będzie w sumie odpocząć. Ale wcześniej zjadłabym jeszcze jedną mandarynkę. Przygotujesz mi, kochanie?
A ona od góry wbijała palce w owoc, obierała go ze skórki, które potem wrzucała do foliowego woreczka, i wsuwała jej miękkie kawałki wprost do ust. Sok ciekł Malwinie po brodzie. Śmiała się z tego i próbowała zlizać go językiem. Raz nawet, gdy ona wycierała jej usta chusteczką, staruszka lekko ją ugryzła i zachichotała jak mała dziewczynka ze swojego psikusa.
Malwina się nie bała. Bo wszystko, co straszne, było już za nią. Czekała ze spokojem na to, co miało nastąpić, pogodzona z własnymi błędami i zwycięstwami. Od czasu do czasu śmiejąc się sama do siebie, kiedy przypominała sobie jakieś dawne wspomnienie, i prosząc o kolejną mandarynkę.
Tylko raz złapała ją na płaczu, ale gdy zapytała, co się stało, Malwina machnęła ręką, mówiąc, że nic istotnego i że czasami trzeba popłakać, żeby łzy nas nie zjadły. Uznała wtedy, że to bardzo mądre słowa.
I nagle, z dnia na dzień, wszystko się zmieniło. Czasami tak się dzieje. U większości choroba jest jak rzeka, która powoli, ale uparcie podmywa brzegi. Niepostrzeżenie zabiera ze sobą kolejne kawałki, garść za garścią, aż nic nie zostaje. Kiedy indziej umysł długo się broni, dzielni żołnierze stoją na murach pamięci, ale w pewnym momencie padają jeden za drugim. Fortyfikacje walą się z hukiem, a kiedy kurz opada, nie ma już niczego.
To właśnie spotkało Malwinę. Jednego dnia była tą mądrą, empatyczną staruszką o umyśle ostrym jak brzytwa, drugiego trzęsącą się ze strachu istotą, która ledwo potrafiła mówić, nie rozpoznawała ludzi i robiła pod siebie. W tych rzadkich momentach, kiedy wracały do niej strzępy świadomości, uważała, że została uwięziona wbrew swojej woli. Wołała dzieci, żeby do niej przyszły i ją uwolniły.
Miała dwójkę. Starszego syna, który mieszkał w Warszawie, ale kiedy do niego dzwonili, zawsze mówił, że przecież niedawno odwiedził matkę (nawet jeśli to było kilka tygodni wcześniej) i płaci za hospicjum, więc powinni dać mu spokój. Zadzwonić mogą co najwyżej, kiedy nadejdzie czas. Może wtedy zdąży przyjechać.
Córka natomiast wyjechała do Poznania. Z matką nie chciała mieć nic wspólnego. Podczas jedynej rozmowy, jaką odbyły, powiedziała, że za opiekę niech płaci brat, skoro to on zatrzymał mieszkanie, i żeby więcej już do niej nie dzwonić.
Nie powinnaś tego robić, mówili jej. Będziesz żałować.
Ale ona chciała. Poza tym co złego mogło się stać?
No cóż... życie potrafi zaskakiwać.
Następnego dnia podała się za córkę Malwiny. Nie wiedziała nawet, jak tamta ma na imię. Znała ją tylko z nazwiska i numeru telefonu. Wystarczyło, że powiedziała zwykłe „cześć, mamo”, kiedy weszła do pokoju. Staruszka od razu się uspokoiła. Ciągle płakała, ale jej ciałem przestały wstrząsać dreszcze przerażenia. Nie broniła się już przed lekarzami i pielęgniarkami. Pozwoliła się nakłuwać, pobierać krew, podawać leki. Kilka razy udało im się nawet, tak jak kiedyś, wyjść na spacer. Stały wtedy w ogrodzie w jesiennym słońcu, Malwina trzymała ją za rękę i przepraszała, chociaż sama nie wiedziała za co. Ale ta potrzeba przeproszenia była tak wielka i tak niezaspokojona, że nie potrafiła nad nią zapanować. Ona odpowiadała, że nic nie szkodzi, i karmiła staruszkę mandarynkami.
Obudziła się. Ciągle kręciło się jej w głowie i bolało ją w tylu miejscach, że nawet nie potrafiłaby ich wszystkich wymienić. Najgorsza była suchość w ustach i gardle. Jakby ktoś wysypał jej tam ciężarówkę pustynnego piasku. Po raz pierwszy jednak dotarło do niej, że być może wcale nie umarła. Przynajmniej jeszcze nie. Że tkwi zawieszona w jakimś dziwnym stanie, pomiędzy życiem a śmiercią, a gdzieś tam, wysoko nad nią niezbadane kosmiczne siły właśnie wydają na nią wyrok. I zadrżała, bo wiedziała przecież, jaki będzie.
Czuwała przy Malwinie, kiedy tamta odchodziła. Głaskała ją po dłoni. Pod skórą, tak cienką i suchą jak jesienne liście, dało się dostrzec gęstą sieć żył i tętnic. Jakby była tylko opakowaniem założonym na biologiczny rekwizyt.
– Ola...
Wtedy jedyny raz usłyszała z jej ust to imię. Pojęła, że staruszka zwraca się do swojej córki, i natychmiast weszła w swoją rolę.
– Jestem, mamusiu.
Staruszka nadludzkim wysiłkiem uniosła się na centymetr, dwa, żeby lepiej się jej przyjrzeć. Oczy otworzyły się szeroko, mgła w spojrzeniu jakby się rozwiała, a potem twarz wykrzywiła się w grymasie zgrozy.
– Ty nie jesteś nią – powiedziała, po czym chwyciła za stojącą nieopodal lampkę nocną i zamachnęła się.
Była tak zaskoczona, że nie zdołała się nawet zasłonić. Dostała pod oko. Zabolało. Staruszka chciała ją uderzyć jeszcze raz, ale nie miała już sił. Lampka wypadła jej z dłoni i potoczyła się po podłodze.
– Ty nie jesteś nią – wycharczała Malwina.
To były jej ostatnie słowa. Umarła kilka sekund później. W pełni świadoma tego, jak strasznie ją okłamano. Ze zdruzgotanym sercem. I nienawiścią do tej, która dopuściła się oszustwa.
Usłyszała ruch. Odwróciła z trudem głowę i ujrzała Malwinę. Była tutaj przez cały czas. Stała nad nią z twarzą stężałą w białą pośmiertną maskę.
– Wróciłaś.
– Tak. Żeby cię zabić.
Przerażenie zmroziło jej serce. Nie ze względu na ten wyrok, bo był przecież sprawiedliwy. Po prostu to, co zrobiła Malwinie, wcale nie było najgorszą rzeczą, jakiej się dopuściła. I wkrótce – dobrze o tym wiedziała – pojawią się kolejne duchy, żeby się zemścić.