
Rozdział 1.
23 grudnia 2024 roku
Święta, psia ich mać. Nienawidził Bożego Narodzenia z tą całą radosną otoczką, tych wszystkich choinek, prezentów, gotowania bigosu i śpiewania kolęd. Starej pewnie znowu włączy się tryb kościołowy i będzie wyganiać go na pasterkę, jakby nie było czegoś lepszego do robienia po nocy. A już najgorsze, że jak postawi na wigilijnym stole flaszkę, to będzie się darła jak stare prześcieradło. A to jakiś grzech wypić? A to nie sam Jezus dzielił się winem na ostatniej wieczerzy? A dlaczego winem? Bo wódki nie miał. O nie, w tym roku nie pozwoli wleźć sobie na głowę i się kulturalnie napiją ze szwagrem, a co, kompot z suszu najlepiej z wódeczką wchodzi. Szwagier też miał babę jędzę, takie to się siostrzyczki znalazły, to go przynajmniej rozumiał.
Szedł przez chodniki pokryte brudnym śniegiem i strasznie chciało mu się palić, ale ręce marzły, a rękawiczek nie miał. Ani papierosów. Coś za cienko się ubrał do roboty, ale rano przecież też stara truła mu dupę, to chciał wyjść jak najszybciej. Wróci, to się rozgrzeje, zje coś, napije się, zapali.
Na ulicy było jakoś dziwnie tłoczno i trochę za głośno. Może to przez ten mróz silniki samochodów tak wyły, ale na cholerę puszczali muzykę z każdego sklepu? I od kiedy? Co to za nowe zwyczaje? I ludzie szybciej chodzili, jakby ich kto gonił. Wcisnął dłonie głębiej w kieszenie i skulił się, chowając głowę w ramionach.
Chociaż dzisiaj obiadu może nie być, bo stara pewnie stała za karpiem i śledziami. No bo jak to: święta bez śledzia? Rybka lubi pływać, a pod wódeczkę śledzik najlepszy. A niech stoi, lepiej tam, niż jakby mu miała w domu pierdolić. Swoje miejsce znała i jak wyszła na długo, to obiad musiała mu zostawić. I lepiej, żeby tak zrobiła, bo jak nie… Ręka aż go zaświerzbiła.
Na szczęście dzisiaj spokojnie się napije, bo jutro wolne, tylko trzeba po choinkę do lasu pojechać, ale tutaj już wszystko przemyślał i zapewnił sobie stosowne atrakcje, żeby mu się to łażenie po lesie nie nudziło. No a potem już wigilia. Przyjdzie ta jej siostrzyczka, co jej jadaczka chodzi jak Szpakowskiemu przy komentowaniu meczów, ale przynajmniej ze szwagrem. Ten co prawda dupa był straszna i jak mu Rysiek mówił, że babie czasem trzeba dać po grzbiecie, to się krzywił, jakby jaja w pokrzywy włożył. No ale nic, napiją się, podjedzą, a potem może uda się wymigać z tej pieprzonej pasterki.
Dla szwagra miał dowcip, który opowiadały chłopaki na zakładzie. Przychodzi baba do lekarza z mordą obitą na fioletowo i mówi, że mąż ją bije, jak jest wypity, a chleje codziennie. Konował od razu jej mówi, że sposób prosty ma, bo jak stary z roboty albo z knajpy wróci na rauszu, to niech ona płucze usta szałwią. Godzinę najmniej. Za miesiąc do kontroli. No i babsko przychodzi po miesiącu, jak pan doktor kazał, morda cała, ani pół siniaka. Lekarz zadowolony, a ona się pyta, że odkąd to szałwia tak działa? A konował na to: czasem wystarczy ryja zamknąć. He he, zaśmiał się do swoich myśli, bo to był naprawdę dobry kawał, taki życiowy, a te są najlepsze.
Przed klatką w bloku odśnieżone było wzorowo, ma cieć szczęście, bo i jemu by się dostało. Musiała się chyba administracja postarać przed świętami, bo rzucił okiem na skrzynkę pocztową i zobaczył nową, żółtą i lśniącą.
– Fiu, fiu – skomentował na głos. – A płakały sukinsyny, że nie ma funduszy na nic.
Otrzepał buty na wycieraczce i ruszył po schodach. Droga na drugie piętro zajęła mu chwilę, ale zdążył złapać zadyszkę. Pewnie przez ten mróz.
Stanął przed drzwiami i chwycił za klamkę, ale było zamknięte. Czyli Haliny nie było w domu. Poszła na zakupy, pewnie spotkała jakąś koleżankę i teraz plotkują, kwoki zasrane. Domu nie miała? Pomacał kieszenie i zaklął, bo w żadnej nie znalazł kluczy. No tak, przecież nie miał torby, zostawił w robocie, a w niej klucze. Żeby tylko ta franca jedna szybko wróciła, bo nie będzie stał tutaj jak te widły w gnoju. Na szczęście zamki zazgrzytały głośno i drzwi się uchyliły. Żona stała w nich, wpatrując się w niego z otwartymi ustami.
– Coś taka zdziwiona? – Wszedł do mieszkania, trącając ją barkiem. – Gacha jakiegoś chowasz? Który by cię chciał, chyba ślepy.
Zrzucił buty w przedpokoju, zdjął także kurtkę i wszedł do kuchni.
– Nic żeś nie ugotowała?! – zawołał, czując, jak nerwy mu puszczają, bo na stole było pusto i nic nie pachniało w powietrzu. – Cały dzień na dupie siedziałaś i nawet zupy nie ma? Coś ty, kurwa, robiła, co?
– Rysiek? – zapytała drżącym głosem.
– A kogoś się, kurwa, spodziewała? – zakpił, idąc ku niej. – Ducha Świętego? Zegarka nie masz? Czy już w tym durnym łbie tak pusto, że nie wiesz, na którą obiad ma być?!
O matko, jaka ona była brzydka. Trzydzieści pięć lat, a wyglądała jak stare babsko. Jak można się tak zapuścić?! Zmarszczki na twarzy aż kłuły w oczy, już jej nawet włosy siwiały, mogła sobie jakąś trwałą zrobić albo co, a nie tak łazić. Wstyd! Co ona, lustra nie miała? Od tego nieróbstwa to się jej całkiem w dupie poprzewracało. Tak podobno jest, że jak człowiek nic cały dzień nie robi, to brudem zarasta. On zapierdalał w hucie jak bury osioł, a tej się nawet obiadu nie chciało ugotować. Zacisnął pięść, czując, że znowu ponoszą go nerwy, ale weź się tu, człowieku, nie denerwuj, no nie da się. Choćbyś chciał, to się nie da, jak żyjesz z próżniakiem.
– Mam obiad, zaraz ci przygrzeję – powiedziała płaczliwie, co go nieco uspokoiło.
– Ryby kupiłaś? – rzucił ostro.
– Ryby?
– No, kurwa, ryby! Karpia i śledzia.
– Ja… ja…
– Ja… aaa… uuu… – zaczął ją przedrzeźniać.
– Kupiłam – odpowiedziała szybko, cofając się o pół kroku, co od razu poprawiło mu humor, dobrze, niech czuje respekt.
– A Piotrek w szkole jeszcze? – Rozejrzał się za synem.
– Tak – odparła tym razem bez sekundy zastanowienia.
– Kolejny darmozjad – skomentował, po czym usiadł za stołem.
Żona tymczasem sięgnęła do lodówki i wyjęła nieduży garnek, który postawiła na kuchence, po czym odpaliła gaz. Wyjęła z szafki talerz, z szuflady łyżkę, ale ta jej wypadła i uderzyła o podłogę z nieprzyjemnym brzdękiem. Rysiek skomentował to tylko westchnieniem i pokręcił głową z ubolewaniem. Podniosła prędko łyżkę, wytarła ją i postawiła przed nim nakrycie.
– Herbaty chcesz? – zapytała.
– Ta.
Napełniła czajnik pod kranem i przeniosła go na kuchenkę, przy okazji rozlewając nieco wody.
– Łajza – skomentował Rysiek i spojrzał w okno.
Halina z trudem odpaliła gaz pod czajnikiem, bo ręce jej drżały tak, że ledwo mogła nad nimi zapanować. Przetarła grzbietem mokrej dłoni czoło i nie odwracając się, ruszyła do łazienki. Bała się, że tam nie dotrze, że padnie po drodze, bo serce waliło jej z taką mocą, że szyby powinny drżeć w całym bloku. Zamknęła za sobą drzwi i usiadła na zamkniętej desce sedesowej. Wyciągnęła z kieszeni swetra telefon i wyszukała numer syna. Szło ciężko, bo łzy zalewały jej oczy, a palce wcale nie chciały się uspokoić. W końcu jednak, pociągając nosem, zdołała znaleźć numer Piotra i wcisnąć zieloną słuchawkę.
– Cześć, mamo, co tam? – powitał ją jak zawsze radośnie syn.
– Ojciec wrócił.
W telefonie zapadła cisza. Chłopak na pewno nie potraktuje tego jako żartu, pomyślała matka, bo to nie był temat do żartów.
– Mamo, uspokój się. Jak się zachowuje?
– Jak… – Halina zawiesiła na chwilę głos. – Jak zawsze. Przygrzewam mu obiad.
– Wyjdź z domu, natychmiast – polecił jej.
– Nie mogę.
– Zaraz kogoś przyślę.
– Piotruś…
– Jestem poza miastem. Za pięć minut będzie tam patrol.
– Ale…
– Wszystko będzie dobrze. Rozłączymy się, powiadomię, kogo trzeba, a potem do ciebie zadzwonię i masz się nie rozłączać, dopóki ktoś się nie zjawi.
– Dobrze, synku – powiedziała już spokojniej.
Ścisnęła mocniej telefon w dłoni, jakby w ten sposób mogła poczuć bliskość syna. Stało się tak, jak obiecał, zadzwonił dosłownie po minucie.
– Halina! – dobiegło ją z kuchni. – Sznurek zeżarłaś?
– Już wychodzę! – odkrzyknęła i natychmiast przyłożyła telefon do ucha.
– Mamo, nie wychodź.
– To się zacznie dobijać. Będzie się darł.
– Musisz wytrzymać dosłownie kilka minut, akurat Paweł jest na osiedlu, na obiedzie w domu.
– Dzięki Bogu.
– Nie rozłączaj się, muszę słyszeć, co się dzieje.
– Dobrze, synku. – Halina wrzuciła telefon do kieszeni swetra, wstała, spuściła wodę i wyszła.
Minęła lustro, odwracając od niego głowę chyba po raz pierwszy w życiu, nie mogła w nie spojrzeć, bo wiedziała, co ujrzy: swoją bladą, przerażoną twarz. Jednak lepsza taka niż pokryta sińcami lub grubym makijażem, który miał maskować ślady parszywej małżeńskiej codzienności.
Podeszła do kuchenki i zgasiła gaz pod bulgoczącą zupą. Krupnik był sprzed dwóch dni, zamierzała dziś go wylać, ale nie ugotowała niczego innego. Złapała garnek przez kuchenną rękawicę i przez chwilę miała chęć po prostu chlusnąć mu gorącą zupą w ten zapijaczony pysk, ale powstrzymała się, obiecała przecież Piotrusiowi.
Nalała ostrożnie zupy do talerza, modląc się w duchu, aby dłonie nie zaczęły jej ponownie drżeć, nie może rozlać tego pieprzonego krupniku, bo przecież go zdenerwuje. Znała ten scenariusz, przerabiała go latami. Jeden nieuważny ruch, rozlana zupa, kawa, herbata. On wzdycha, po czym rozmazuje palcem rozchlapaną zawartość po stole, patrzy na nią z miną, która jasno mówi, że nie ma już do niej siły, że ileż można, że na litość boską. Jeśli ma dobry dzień, to kończy się na jakimś słownym docinku, jeśli nieco gorszy, to ściąga wszystko z obrusem na podłogę, tłumacząc, że nie jest świnią, więc w chlewie jadł nie będzie. Z tym że tych dobrych prawie nie miewa, te gorsze dużo częściej, a trafiają się też te bardzo złe, gdy wstaje, łapie ją za głowę i z impetem uderza nią o stół, przyciska do rozlanej zupy, wylewa resztę z talerza na jej twarz, nie bacząc na to, że zupa jest gorąca, i żeby dobrze sobie zapamiętała, bo widocznie z pamięcią u niej nie za dobrze, wali jej głową o stół kilka razy. Sztućce i cukierniczka dzwonią w rytm uderzeń.
Jaki dzień jest dzisiaj? Spokojny? Czy też ten bardziej nerwowy?
Nie dowie się, bo trzykrotnie nabiera zupy chochelką, by przelać zawartość do talerza, i ani razu nie roni nawet kropli. Coś w jej wnętrzu podnosi ręce w geście zwycięstwa, a do niej wszystko wraca, wraca coś, czego miała już nigdy w życiu nie czuć.
– A gdzie chleb?
– Skończył się.
– Aż tak nam źle się wiedzie, że na chleb nie ma?
– Nie byłam dzisiaj w sklepie.
– To coś robiła cały dzień, próżniacka łajzo?
Nagle ktoś mocno zapukał do drzwi, jej ręka podskoczyła z zaskoczenia i na stole wylądował szary kleks z kilkoma ziarnami kaszy.
– Kogóż niesie, do cholery? – Rysiek chwycił za łyżkę. – Idź zobacz, a potem zapierdalaj po chleb.
Halina odstawiła garnek na kuchenkę i ruszyła szybko do drzwi, przynaglana kolejnym pukaniem. Nie spojrzała przez wizjer, otworzyła od razu i zobaczyła w progu Pawła, przyjaciela jej syna. Z uczucia ulgi aż zrobiło się jej słabo, poczuła, jakby ten chłopak przywrócił ją do rzeczywistości, która znikła w momencie pojawienia się w mieszkaniu męża.
– Dzień dobry, ciociu – przywitał ją Paweł, który od lat tak ją nazywał, mimo iż nie łączyło ich żadne pokrewieństwo. – Piotrek mówił, że pilna sprawa, obiadu mi nie pozwolił dokończyć.
– Tak, wchodź. – Halina odsunęła się od drzwi, robiąc mu miejsce.
Dopiero teraz się zorientowała, że na lewej dłoni wciąż ma założoną rękawicę kuchenną.
– To naprawdę on? – nie dowierzał.
– Tak.
– Matko, ale się porobiło – mruknął, wchodząc do mieszkania.
Wyminął ją i wszedł do kuchni, a ona stanęła za nim, czując się już dużo pewniej.
– Halina, kto przyszedł? – zapytał Rysiek, nie przerywając jedzenia zupy.
– Dzień dobry – rzucił Paweł, stając nad jej mężem. – Pan Ryszard Pawlicki?
– Bo co? – Gospodarz odłożył łyżkę do talerza i przetarł usta wierzchem dłoni.
– Podkomisarz Paweł Ambroziak – przedstawił się przyjaciel jego syna, wyjmując legitymację policyjną.
– Policja? – zdziwił się Rysiek. – Stało się coś?
– Panie Ryszardzie, proszę mi powiedzieć, gdzie był pan dziś rano.
– No na zakładzie – odparł mężczyzna, marszcząc brwi i spoglądając na żonę. – Znaczy w robocie.
– Od której godziny?
– No jak zawsze, od siódmej do fajrantu.
– Ktoś to może potwierdzić?
– Kartę mam odbitą – wyjaśnił Rysiek. – Ale została na zakładzie, w teczce.
– A wczoraj? – nie ustępował policjant. – Gdzie pan był?
– Panie władzo, o co się rozchodzi? – zapytał nerwowo mężczyzna. – Ja jestem uczciwy człowiek.
– Skoro uczciwy, to proszę odpowiedzieć.
– No wczoraj to samo. Na siódmą do roboty, o trzeciej fajrant, potem do domu i szlus. Żona może potwierdzić. – Popatrzył na żonę niemal rozkazująco. – Halina?
– Czyli i wczoraj, i dziś był pan w pracy, a potem wrócił do domu? – dopytywał policjant.
– Ja wiem, że ta pluskwa milenijna to ma niby na sylwestra w komputerach pokiełbasić, ale wam to już chyba dzisiaj w głowach poprzekręcała to i owo – skomentował Rysiek. – Wyraźnie przecież mówię.
– Pluskwa milenijna? – Policjant uniósł brwi.
– No trąbią o tym na lewo i prawo, nawet u nas na zakładzie, że jak się daty na dwutysięczny przestawią, to wszystkie komputery szlag trafi i cała Polska stanie. Z choinki żeś się pan urwał?
Policjant spojrzał na Halinę z niedowierzaniem, ta zakryła dłonią otwarte ze zdumienia usta.
– Czyli mówi pan, że mamy rok tysiąc dziewięćset dziewięćdziesiąty dziewiąty – upewnił się podkomisarz.
– Halina, kogoś ty do domu wpuściła? – Rysiek uśmiechnął się drwiąco. – Niby w policji mądrych nie uświadczysz, ale ten to głupszy, niż ustawa przewiduje. Zajrzyj pan w kalendarz. A co do tych komputerów, to i dobrze, że to powariuje wszystko. Do niczego to gówno się nie przyda, moda jak i każda inna, przyszło, to i pójdzie.
– Panie Ryszardzie – zaczął podkomisarz. – Skoro był pan na zakładzie i wczoraj, i dzisiaj, to musi pan ze mną pojechać na komisariat.
– Po kiego?
– Złożyć zeznania.
– Co?
– Ktoś wynosi z pana miejsca pracy materiały, możliwe, że pan coś widział.
Mężczyzna spojrzał na policjanta zdziwiony, był w jego wieku, wysportowany, ale nie pamiętał go ze szkoły, a skoro byli równolatkami, coś powinien kojarzyć. Chciał zeznań? Ktoś wynosi coś z zakładu? Panie, kto nie wynosi, chciał powiedzieć, ale z policją żartów nie ma, tam same tępaki, jeszcze stwierdzą, że obraza orzełka czy tam munduru. Pewnie te Niemce, co przejmują zakład, już na ludzi szczują.
– Ja nic nie widziałem – rzucił wymijająco.
– Trzeba to zeznać do protokołu.
– Po choinkę muszę jechać, zaraz święta.
– Długo nam nie zejdzie. Odwiozę pana.
– Taki to już mój los, kurwa jego mać – skomentował Rysiek, ciskając łyżką do talerza. – Nawet zupy zjeść nie mogę w spokoju.
– Niech pan skończy jeść – uspokoił go policjant. – Ja zgłoszę na komendzie, żeby się przygotowali.
Odwrócił się od gospodarza i wziął pod rękę Halinę, po czym zaprowadził ją do salonu.
– Muszę wezwać karetkę – wyszeptał.
– Byle szybko – odparła Halina.
– Ile go nie było? – zapytał, wybierając na telefonie odpowiedni numer.
– Dwadzieścia pięć lat – odrzekła, a słysząc wypowiedziane przez siebie słowa, aż usiadła z wrażenia na kanapie. – Zaginął równo dwadzieścia pięć lat temu, dzień przed Wigilią.
Śnieg przykryje
Najnowsza powieść Michała Śmielaka – autora bestsellerowej "Osady"!Dwudziestego trzeciego grudnia cała Polska szykuje się do świąt Bożego Narodzenia. Ryszard zgodnie z rodzinną tradycją wyrusza do Lasu Ponurego po świąteczną choinkę i znika bez śladu. Mimo usilnych poszukiwań zorganizowanych przez rodzinę tajemnica jego zniknięcia pozostaje niewyjaśniona. Aż do dnia, gdy mężczy...
Spodobał Ci się fragment?
e-book · audio
e-book · audio
e-book · audio
e-book · audio