Rozdział 1
Szesnasta szesnaście
1
Pracownia USG, Muranów
Chyłka ułożyła się na leżance w gabinecie ginekologicznym, myśląc o tym, że jej wyporność bojowa osiągnęła poziom wprost niesłychany. Mimo że była w trzydziestym tygodniu ciąży i do końca gehenny pozostało jeszcze sporo czasu, bebzol był ogromny. W dodatku każdego dnia zdawał się powiększać w coraz szybszym tempie, a Joanna miała wrażenie, jakby rosnący w niej intruz tkwił tam już dziesiąty lub jedenasty miesiąc i zwyczajnie zapomniał wyjść.
Grubawy lekarz z nalaną twarzą skupiał się na ekranie, powoli przesuwając głowicą z żelem po tej beczce, którą Joanna codziennie rano musiała dźwignąć z łóżka, a potem tachać ze sobą przez cały dzień.
Zordon siedział na krześle obok, raz po raz starając się choćby zerknąć na obraz, który wyłaniał się z badania ultrasonograficznego. Nie było na to jednak najmniejszych szans, umowa między nimi stanowiła bowiem jasno – dopóki pasożyt siedzi w brzuchu, żadne z nich nie ma kompetencji, by go poznać.
Przy każdym badaniu ginekolog obracał więc urządzenie w swoją stronę, a rzeczy takie jak płeć czy wielkość płodu zachowywał dla siebie. Trójka jego poprzedników protestowała, uznając, że rodzice powinni mieć cały pakiet istotnych informacji, Mariusz Grabowski jednak przyjął to z większą akceptacją.
Mimo wszystko Chyłka nie była z niego do końca zadowolona. I przypuszczała, że zanim dojdzie do wyplucia bachora, zmieni ginekologa jeszcze przynajmniej raz.
– Z dzieckiem wszystko w porządku – oznajmił Grabowski. – A jak czuje się mamusia?
Słysząc pytanie, Kordian nerwowo drgnął.
– Jakbym w ramach zadośćuczynienia za noszenie tego darmozjada miała dostać co najmniej tysiąc pięćset plus – odparła Joanna. – Ile ta cholera waży?
Lekarz zerknął na nią niepewnie.
– Mówili państwo, że nie chcą otrzymywać takich…
– Właściwie to tylko pani mówiła – sprostował Oryński.
Chyłka za pomocą samego wzroku natychmiast ostrzegła go, by się nie zapędzał.
– Nie chcemy – potwierdziła. – Ale jeśli rośnie we mnie w pełni uformowany zawodnik sumo, a pan mi o tym nie powie, będziemy po rozwiązaniu mieli problem.
Mariusz leniwie się uśmiechnął. Właściwie wszystko robił jakby bez energii, na luzie, przywodząc Joannie na myśl leniwca z jakichś bajek, które niegdyś namiętnie oglądała Daria. Może dlatego właśnie jego wybrała jako czwartego lekarza do prowadzenia ciąży.
– Nasza umowa jest klarowna – zapewnił Grabowski. – W przypadku, gdyby było jakieś zagrożenie, bezzwłocznie bym państwa poinformował.
Kordian odetchnął.
– Czyli zawodnik sumo się nie urodzi – skomentował.
– Nie.
– Ale ludzik Michelin pewnie tak – zauważyła pod nosem Joanna, po czym przytrzymała spojrzenie męża. – I co to znaczy, że „się urodzi”, Zordon?
– Cóż…
– Sam się, kurwa, weźmie i wypluje na świat?
Otworzył usta, chcąc sformułować jakąś ripostę, która jeszcze w poprzednim trymestrze pewnie automatycznie przeszłaby mu przez gardło. Teraz jednak całkiem roztropnie z niej zrezygnował.
– O właśnie – włączył się Mariusz. – Na ten temat również chciałbym z państwem porozmawiać.
– Na jaki? – rzuciła Chyłka.
– Formy zakończenia porodu.
– I dlaczego miałby pan o tym rozmawiać z nami obojgiem? Ten tu obecny obok sprawca będzie jakoś w nim partycypował? Ulży mi jakoś w tym całym procesie? A może weźmie na siebie tę jakże przyjemną operację przepchnięcia łba istoty ludzkiej przez otwór, który…
– Właściwie to współsprawca – zauważył Kordian.
– Co?
– Stosujmy poprawne formy zjawiskowe czynu.
Joanna zastanawiała się, czy podjąć rękawicę, tylko przez moment.
– Sprawstwo kierownicze, Zordon – odparła. – Minimum.
– W takim razie tobie można przypisać polecające.
– Na podstawie zależności? Nie ma mowy, sam wybierałeś pozycję, w której…
– Przepraszam, że przerwę – wtrącił ginekolog. – Ale właśnie sam aspekt, jak pani to ujęła, przepychania łba istoty ludzkiej przez pani otwór miałem na myśli.
Joanna zmarszczyła brwi, co poprzednich lekarzy napełniało pewną obawą. Ten jednak był tak spokojny, że Chyłka zaczynała podejrzewać, iż zaczyna dzień od mikstury z relanium, melisy i lecytyny.
– W moim przekonaniu powinniśmy rozważyć rezygnację z porodu siłami natury – oznajmił.
– Już o tym gadaliśmy.
– Mimo wszystko…
– I ustaliliśmy w toku tej gadaniny jedną kluczową rzecz.
– Jaką?
– Że robisz pan z dupy kościotrupy.
– Słucham?
– Że pan przesadza – przełożył Zordon, choć z tonu jego głosu nie wynikało, by zgadzał się z tą oceną sytuacji.
Chyłka skinęła krótko głową.
– Poza tym chcę czuć, że rodzę – uzupełniła. – A nie że wydalam pestkę arbuza.
– I nie przekonam pani do cesarskiego cięcia?
– O ile nie będzie jasnych przyczyn medycznych, nie.
– Ale sama pani mówi, że…
– To, co mówię, to jedno – ucięła. – To, co robię, to drugie.
– Święta prawda – poparł ją Oryński.
Nie zdążyła zgromić go wzrokiem, bo nachylił się do lekarza, a ona musiała szybko zareagować, by nie znalazł się w pozycji, z której mógłby zerknąć na ekran. Natychmiast odciągnęła go ręką.
– Na przykład ostatnio mówiła, że bez trudu utrzymuje równowagę, mimo że jej środek ciężkości się przesunął, a potem ją straciła.
Mariusz Grabowski natychmiast zerknął na Joannę.
– Przewróciła się pani?
Joanna błagalnie uniosła wzrok.
– Potknęłam się.
– Miała pani jakieś zawroty głowy?
– Nie. Ale teraz mam zawroty treści pokarmowej.
– Czuła pani jakieś osłabienie lub…
– Jebłam, to jebłam – przerwała mu. – Na chuj drążyć?
Ginekolog nie dawał po sobie poznać, by rozmowa w jakikolwiek sposób odbiegała od tych, które normalnie prowadził z pacjentkami. Odczekał moment, patrząc na Kordiana, a potem nabrał tchu, by wygłosić kolejne kazanie pod adresem Chyłki.
Ustrzegli ją przed tym Dave Murray i Janick Gers, grający gitarowy riff w refrenie Afraid to Shoot Strangers.
– Oho – rzuciła szybko Chyłka. – Robota wzywa.
– Pani Joanno…
Już chciała się odezwać, by po raz kolejny ostrzec faceta przed zestawianiem jej imienia z tym zwrotem grzecznościowym, szczęśliwie jednak teraz miała od tego ludzi.
– Jeśli już pan musi z tą formą, to właściwszą byłaby „jaśnie pani” – poradził Oryński.
Ginekolog zignorował uwagę, nadal patrząc na Chyłkę tak, jakby był w trakcie wystosowywania jakiegoś istotnego apelu.
Nikt się nie poruszał, a dźwięki kawałka Iron Maiden wypełniały pracownię USG.
– Muszę odebrać – oznajmiła Joanna.
– Uznam to za niewielkie przejęzyczenie, bo w tej chwili jedyne, co pani musi, to o siebie dbać.
– Dbam – zapewniła, po czym skinęła głową na Kordiana. – Co wcale nie jest łatwe przy tak niesprzyjających okolicznościach osobowych.
– Jakich znowu niesprzyjających?
– Uprzykrzasz mi życie, Zordon.
– W jaki niby sposób?
– Miałeś wczoraj kupić białą czekoladę.
– I kupiłem.
– Z kawałkami, kurwa, truskawek – zauważyła. – Gdybym chciała zasuszone owoce, tobym się nażarła tego gówna, które sypiesz do owsianki.
– Suszone daktyle to nie gówno.
– A wyglądają, jakby wysrał je królik z nieżytem dróg pokarmowych.
– Nie jestem pewien, czy…
– W tamtym tygodniu przyniosłeś białą czekoladę z kawałkami orzechów laskowych – ucięła, jakby to wszystko tłumaczyło.
Oryński rozłożył lekko ręce.
– Nigdy nie jadłaś takich rzeczy – usprawiedliwił się. – Skąd mam wiedzieć, jakie…
– Przysięgam, Zordon. Któregoś dnia rano wstanę i wiesz, co sobie pomyślę?
– Że będziesz miła?
– Nie – odparła. – „O, jaka ładna pogoda, pierdolnę se dzisiaj rozwoda”.
Groźba przyniosła skutek wyłącznie w postaci uśmiechu, który pojawił się na twarzy Oryńskiego. Oboje spojrzeli na siebie w sposób, który zawsze ściągał z ich barków wszelki ciężar, po czym zerknęli na lekarza.
Ten jednak nie wydawał się równie beztroski.
– Zdaje sobie pani sprawę, że mogę wypisywać kobietom w ciąży L4 na dwieście siedemdziesiąt dni, co daje…
– Dziewięć miesięcy, tak.
– I czasem w istocie to robię – dodał Mariusz. – W pani wypadku naprawdę zalecałbym, żeby resztę tego czasu, który został, spędziła pani w domu.
– Bo mi się łydy i uda wytyrają od noszenia tego małego dziada?
– Nie. Z uwagi na pani historię.
– Dopiero ją piszę – odparowała Joanna. – I najważniejsze karty mam jeszcze puste.
Doktor Grabowski trwał z niezmienionym, dość abnegackim wyrazem twarzy, jakby nie zależało mu na niczym ani na nikim. Pod tą maską jednak kryła się troska o pacjentkę, której ciąża z samej zasady powinna podlegać szczególnym rygorom.
– Niech pani mnie posłucha…
– Słucham, ale w starciu na argumenty ewidentnie pan przegrywa – odparła Chyłka. – Choć jest pewne pole, na którym to ja jestem na straconej pozycji. Przynajmniej na razie.
– Doprawdy?
Joanna zerknęła na jego brzuch.
– Powiedzmy, że nadwaga to pańska jedyna nade mną przewaga.
Oryński wyprostował się, jakby miał zamiar czym prędzej wstać z krzesła i oznajmić, że wychodzą. Lekarz jednak uspokoił go krótkim spojrzeniem.
– Mówię poważnie – zastrzegł. – Powinna pani rozważyć zwolnienie lekarskie.
– Rozważyłam. I oddaliłam ten wniosek.
– W takim razie przeniesienie części urlopu macierzyńskiego na czas ciąży, żeby…
– Niech teraz pan mnie posłucha – ucięła. – Jeśli kobieta schodzi z tego rollercoastera, jakim jest kariera, mogą już jej z powrotem na niego nie wpuścić.
– Nie on jest teraz istotny, ale pani zdrowie – odparł Mariusz. – Oraz zdrowie dziecka.
– Dbam o jedno i drugie.
– Przemęczając się?
– Nie jestem niepełnosprawna – mruknęła. – Ani chora. To, że Bakłażan przeniósł na mnie infekcję drogą płciową, nie znaczy, że powinnam wegetować jak warzywo w domu. Muszę się ruszać, muszę działać.
– Musi pani przede wszystkim odpoczywać. Nie narażać się na stresogenne sytuacje, przyjmować odpowiednie ilości płynów, rutynowo przeprowadzać badania i…
– …i czytać na głos Waltosie do poduszki, tak, tak.
Oczy ginekologa nieznacznie się zwęziły, jakby nie był do końca przekonany, czemu ostatni element znalazł się w tym zestawieniu. Z torebki jego pacjentki tymczasem doszedł dźwięk przychodzącego esemesa, który wszyscy zignorowali.
– Chodzi o to, by prawniczo urabiać młodego od najmłodszego wieku – podjęła Joanna.
– Lub młodą – zastrzegł Zordon.
– Młoda nie rosłaby jak Pudzian na drożdżach.
– Skąd wiesz?
– Z macicy.
– Moglibyśmy zawsze po prostu…
– Nie – ucięła szybko Chyłka. – Nie zagląda się darowanemu nasciturusowi w zęby, Zordon. Szczególnie kiedy ich jeszcze nie ma.
Doktor Grabowski odłożył głowicę, a potem dał Joannie kawałek papieru, by wytarła żel z brzucha.
– Spoglądanie na płód mogą państwo spokojnie zostawić mnie – powiedział. – Podobnie jak ocenę tego, czy powinna pani być na zwolnieniu.
– Nie ma mowy.
– Proszę chociaż rozważyć, czy…
– Ostatnią lekarkę pożegnałam, bo próbowała siłą wysłać mnie na L4 – ucięła. – I doskonale pan o tym wie.
Uznawszy, że wyczerpała temat, zerknęła znacząco w kierunku swojej torebki, z której przed momentem przestały wydobywać się gitarowe riffy. Kordian westchnął cicho, popatrzył jeszcze na lekarza w poszukiwaniu pomocy, po czym sięgnął po komórkę i podał ją Chyłce.
Ta szybko zerknęła na dwa powiadomienia.
– I? – spytał Oryński.
– Żeleźniak.
– Czego chce?
– Zapewne obrzydzić mi całe moje jestestwo.
– A konkretniej?
Joanna przesunęła wzrokiem po treści esemesa i poczuła, że czoło lekko się jej marszczy. Wiadomość była krótka, ale dość wymowna.
– Najwyraźniej w skromne progi kancelarii zawitała maszynka srająca pieniędzmi, Zordon.
– Hm?
– Aleksandra Zamojska.
– Ta Zamojska?
– Nie inaczej – potwierdziła Chyłka. – Artur napisał tylko tyle, że chce zostawić u nas fortunę na obronę jakiegoś człowieka, który od dwudziestu lat dogłębnie bada uroki polskiego więziennictwa.
– Okej…
– Warunek przedstawiła jeden – dodała Joanna. – To ja mam wyciągnąć tego gościa na wolność.
Nie musiała nawet patrzeć na Oryńskiego, by wiedzieć, że jego wzrok znów powędrował w kierunku lekarza, szukając tam wsparcia. Tym razem jednak Grabowski go nie zaoferował, uznając być może, że i tak niczego nie wskóra.
Chyłka spokojnie wybrała numer Żelaznego, po czym włączyła głośnik i rzuciła krótkie spojrzenie ginekologowi.
– Przydałoby nam się trochę prywatności – oznajmiła.
– Ale…
– To osobista sprawa.
– Ale to mój gabinet.
– Fakt – przyznała Joanna, naciskając czerwoną słuchawkę. – Ale jeśli nie chce pan poznać ustaleń faktycznych, na których okoliczność będzie pan później przesłuchiwany przez policję, prokuraturę, a ostatecznie także sąd, proponowałabym, żeby jednak sprawdził pan, czy nie ma go na korytarzu.
Mariusz Grabowski wahał się tylko przez moment.
Potem Chyłka ponownie wybrała numer Żelaznego.
– W końcu – rzucił zamiast powitania. – Potrzebujemy cię tutaj.
– Coś takiego – odparła Joanna i uniosła brwi. – Jestem zaskoczona prawie jak wyzyskiwane dziecko w chińskiej fabryce ubrań, szyjące dla kogoś rozmiar XXL.
– Co?
Chyłka dała mu chwilę, by załapał, Artur jednak miał wyraźne trudności z abstrakcyjnym rozumowaniem.
– Możesz myśleć w tempie szybszym, niż Orzeszkowa przechodziła do rzeczy w opisach przyrody?
– A ty możesz tu przyjechać? – skontrował pospiesznie.
– Mogę.
– W sensie, że teraz.
– Teraz nie.
– Dlaczego?
– Bo leżę.
Chrząknął nerwowo, zapewne w ostatniej chwili powstrzymawszy się przed tym, by wymownie to skomentować.
– Zresztą skąd ten pośpiech? – dodała Joanna.
– Stąd, że miliony złotych siedzą w sali konferencyjnej i na ciebie czekają – odparł nieco ciszej, jakby ktoś niepowołany mógł usłyszeć. – Cokolwiek robisz, kończ to i zapierdalaj do kancelarii.
Chyłka odrzuciła przesiąkniętą żelem chusteczkę na bok i powoli się podniosła, podtrzymując ręką odcinek lędźwiowy.
– Postawmy sprawę jasno – odezwała się. – Od mówienia, kto i gdzie ma zapierdalać, jestem w tej firmie ja.
Znów odpowiedział jej bliżej niezidentyfikowany pomruk z ust Żelaznego.
– To powiedz sobie, że powinnaś to czym prędzej zrobić – odpowiedział dość koncyliacyjnie jak na siebie. – Bo taka okazja, jaka się właśnie nadarza, już się nie powtórzy.
Joanna stanęła na podłodze, po czym lekko się zakołysała i poczuła, jakby nogi za moment miały odmówić jej posłuszeństwa. Zignorowała jednak zarówno to, jak i inne protesty swojego ciała.
– Spokojnie – odparła. – Zaraz będziemy z Zordonem na miejscu zdarzenia.
Kiedy na nie dotarli, Chyłka zrozumiała, że imienny partner nie przesadzał. Propozycja, którą otrzymali, była nie do odrzucenia. A równocześnie nie miała najmniejszego sensu – ani tym bardziej szans powodzenia.
Obrona
Joanna Chyłka jest w połowie ósmego miesiąca ciąży, kiedy zgłasza się do niej znana milionerka, przedstawiając intratną propozycję obrony pewnego człowieka. Nie jest z nim w żaden sposób powiązana, twierdzi jednak, że pokryje wszystkie koszty w ramach dobroczynnego projektu mającego wyciągać niewinnych ludzi z więzień. Skazany trafił za kratki dwadzieścia lat temu...
Spodobał Ci się fragment?
e-book · audio
e-book · audio
e-book · audio
e-book · audio