Jest rok 2018. Na spotkaniu przywódców państw członkowskich NATO w Brukseli ówczesny prezydent Stanów Zjednoczonych Donald Trump żąda, by inne kraje wydawały więcej na obronność. Grozi konsekwencjami. Jeden z europejskich liderów zadaje pytanie:
– Czy to znaczy, że nie będziecie nas chronić, na wypadek… Jeśli nie zapłacimy, nie będziecie nas chronić przed Rosją?
– Tak, dokładnie to znaczy – odpowiada Trump.
Wszyscy są w szoku. Artykuł 5. Traktatu Północnoatlantyckiego, na którym wiele państw – wśród nich Polska – w znacznej mierze opiera strategię obronną i społeczne poczucie bezpieczeństwa, nie wspomina o takiej warunkowości ani słowem. Słynny zapis – nawiasem mówiąc, zastosowany w historii Sojuszu tylko raz, po atakach terrorystycznych na USA z 11 września 2001 roku – stwierdza, co następuje:
Strony zgadzają się, że zbrojna napaść na jedną lub więcej z nich w Europie lub Ameryce Północnej będzie uznana za napaść przeciwko nim wszystkim[,] i dlatego zgadzają się, że jeżeli taka zbrojna napaść nastąpi, to każda z nich, w ramach wykonywania prawa do indywidualnej lub zbiorowej samoobrony, uznanego na mocy artykułu 51. Karty Narodów Zjednoczonych, udzieli pomocy Stronie lub Stronom napadniętym, podejmując niezwłocznie, samodzielnie[,] jak i w porozumieniu z innymi Stronami, działania, jakie uzna za konieczne, łącznie z użyciem siły zbrojnej, w celu przywrócenia i utrzymania bezpieczeństwa obszaru północnoatlantyckiegoi.
Artykuł nie obliguje państw członkowskich do natychmiastowego wysłania wojsk. Uznaje jednak, że napaść na jednego członka NATO jest napaścią na wszystkich, i zobowiązuje inne państwa do udzielenia mu niezwłocznej pomocy. Mają to uczynić stosownie do własnej oceny sytuacji. Nie ma tu jednak mowy o tym, że pomoc jest zależna od poziomu wydatków na zbrojenia, jaki przywódca innego kraju członkowskiego uzna za stosowne. Taki zapis nie tylko wprowadzałby podział na członków lepszej i gorszej kategorii, lecz także dopuszczał całkowitą arbitralność. A właśnie w tym kierunku chciał popchnąć Sojusz amerykański prezydent – otwarcie przyznał, że jeśli jakiś rząd przeznacza zbyt małe środki na obronność, to Stany Zjednoczone, najpotężniejsze państwo NATO, pomocy nie udzielą. Skąd o tym wiemy?
Relację z tej wymiany zdań przytoczył sam Donald Trump podczas wystąpienia w jednym z prawicowych think tankówii. I dziwił się, że nie została upubliczniona wcześniej, jeszcze w czasie jego urzędowania. Zaznaczał co prawda, że jego groźba była swego rodzaju taktyką negocjacyjną i miała na celu skłonić państwa europejskie do zwiększenia wydatków na zbrojenia. „Gdybym powiedział: «Nie to mam na myśli», z jakiego powodu mieliby płacić? Ktoś musiał to powiedzieć” – przekonywał. Inni uczestnicy szczytu, na których powołali się dziennikarze „Washington Post”, twierdzili, że groźby Trumpa nie były aż tak jednoznaczne. Miał oświadczyć, że jeśli inne państwa nie będą wydawały na zbrojenia więcej, on „zrobi swoje”.
Niezależnie od tego, jak dokładnie przebiegała rozmowa, warto zwrócić uwagę, że Trump przytoczył ją właśnie w tej formie, i zrobił to nie przypadkiem, lecz celowo, licząc na uznanie ze strony publiczności. Wiele nam to mówi nie tylko o samym kandydacie i jego sposobie prowadzenia polityki, lecz także o nastrojach panujących wśród wielu Amerykanów, których były prezydent chciał w ten sposób przekonać do tego, by pozwolili mu wrócić do Białego Domu na kolejne cztery lata.
Stany Podzielone Ameryki
Amerykanie od dawna nie byli tak podzieleni. Zwolennicy izolacjonizmu zyskują coraz większy posłuch i wpływy. Wiele wskazuje na to, że mieszkańcy Stanów Zjednoczonych postrzegają się coraz rzadziej w kategoriach jednego narodu, a coraz częściej w kategoriach przynależności partyjnej. Podzieleni na Demokratów i Republikanów, głęboko przywiązani do swoich politycznych tożsamości,...
Spodobał Ci się fragment?
e-book
e-book
e-book · audio
e-book · audio