Prolog. Okolice Garmisch-Partenkirchen, 1944
Dwie ciężarówki pokryte ciemnozieloną plandeką z trudem pokonywały każdy metr błotnistego szlaku. Nic nie zapowiadało także, aby w najbliższych godzinach miało się coś zmienić. Od kilku dni bez przerwy lało, a w dodatku stopiony przez kwietniowe słońce śnieg sprawiał, że droga należała do wyjątkowo uciążliwych.
– Co za cholerna pogoda! – syknął jeden z żołnierzy, któremu zamokła kolejna paczka papierosów. Nie siedział na pace ciężarówki, tylko szedł obok, podobnie zresztą jak kilku innych młodych esesmanów.
– Mnie pociesza jedynie, że ten wypad zdecydowanie nam się opłaci – stwierdził jego kompan i zrobił kolejny krok.
– Ciekawe, jak długo jeszcze to potrwa – mruknął pierwszy z żołnierzy.
– Nie mam pojęcia, ale mam nadzieję, że niezbyt długo, bo już ledwie powłóczę nogami.
– Gdyby nie ta forsa, chybabym uciekł. – Jego kolega się zaśmiał i dodał: – W tych samochodach jest zapewne mnóstwo złota, pieniędzy i kosztowności. Schultze nieźle się nachapał…
Mężczyzna położył palec na ustach, dając tym samym do zrozumienia idącemu obok chłopakowi, żeby nie poruszał tego tematu. Żołnierz wzruszył ramionami i prychnął coś pod nosem, bo przecież każdy z ich drużyny wiedział, że owe ciężarówki, które jechały teraz przez leśne dukty, wypełnione były jakimiś drogocennymi rzeczami. Tacy ludzie jak Standartenführer Franz Schultze przestali już wierzyć w wielką Rzeszę Tysiącletnią i wypatrywali końca wojny. Niestety, przegranej. A wówczas wszystko, co ma wartość, będzie się liczyło.
Młody esesman dołączył do eskorty dopiero w okolicach Radomia, ale zdążył się domyślić, co zawierały pakunki umieszczone w ciężarówce. Zresztą pozostali żołnierze ciągle rzucali jakieś aluzje i zastanawiali się, jak wysoką gratyfikację dostaną za to zadanie specjalne.
Tuż za ciężarówkami jechał elegancki mercedes, a za nim gazik z czterema, przemokniętymi do suchej nitki Gebirgsjägern, czyli strzelcami alpejskimi, którzy dołączyli do nich zaledwie dwie godziny wcześniej. A jednak mężczyzna im zazdrościł, bo oni nie musieli brodzić po kostki w błocie czy wypychać któregoś z samochodów, gdy ten ugrzązł. Poza tym pozostali mieli za sobą długą i męczącą drogę, którą pokonywali już od czterech dni.
W oddali zobaczył światła. Przez chwilę zdawało mu się, że to jakiś pojazd, ale po kilku minutach ujrzał w świetle reflektorów ciężarówki okazały dom. Miał nadzieję, iż konwój zatrzyma się w tym miejscu, a oni będą mogli się ogrzać, coś zjeść i wreszcie przespać się chociaż parę godzin.
Przed dom wyszedł starszy mężczyzna w wojskowej pałatce i pomachał trzymaną w dłoni latarką.
– Jesteśmy prawie na miejscu – odrzekł młody żołnierz i dodał: – Muszę na stronę, nie wytrzymam i zaraz narobię w gacie… A teraz już na pewno się nie zgubię.
– Tak, tutaj zapewne zatrzymamy się na nocleg. To chyba jest ta leśniczówka Hansa Klugego, o której Schultze rozmawiał z tym drugim oficerem – odparł jego kompan.
Młody esesman wszedł w leśną gęstwinę. Postoje zdarzały się rzadko, a dowódca z niezrozumiałych powodów zakazał swoim podkomendnym oddalać się od konwoju, choćby za potrzebą. Pozostali podkomendni karnie dostosowali się do rozkazu swojego przełożonego, ale on uważał to za grubą przesadę i czmychnął w ciemną czeluść. Poza tym cisnęło go tak bardzo, że nie dałby rady dotrzeć nawet do znajdującego się jakieś kilkadziesiąt metrów dalej domostwa.
Przeszedł kilka kroków i zrobiło się kompletnie ciemno, bo światła samochodów zniknęły za drzewami. Młody człowiek z trudem zsunął z siebie kompletnie przemoczone spodnie. Przeklął w duchu, bo poczuł na pośladkach krople zimnego deszczu. Po chwili odgłos silników ustał, zapewne dlatego, że zarówno ciężarówki, jak i mercedes wraz z gazikiem zatrzymały się przed domostwem.
Załatwił swoją potrzebę i już miał wstać i wciągnąć spodnie, gdy rozległy się strzały. Cała seria. Odruchowo kucnął i głośno przełknął ślinę. Nie miał bowiem pojęcia, kto strzelał i z jakiego powodu. Czyżby natrafili na jakiś amerykański oddział w tym zapomnianym przez Boga i ludzi miejscu? Było to mało prawdopodobne, bo alianci nie dotarli jeszcze w te strony, ale może natrafili na jakichś zwiadowców?
Zaczął gorączkowo się zastanawiać, co teraz powinien zrobić, i jedyne, co przyszło mu do głowy, to wciągnięcie spodni. Głupio byłoby wpaść w ręce aliantów z gołym siedzeniem.
Kiedy przez ostatnie godziny maszerował po bagnistej drodze, wydawało mu się, że dookoła panuje straszny hałas. Nie tylko ryczących silników ciężarówek, ale także ulewnego deszczu, którego krople dudniły o brezentową plandekę samochodów. A teraz nastała martwa cisza. Deszcz nagle przestał padać, silniki nie stukotały, a seria strzałów się skończyła.
Mężczyzna poczuł strach, bo nie miał pojęcia, co się wydarzyło. Ta cisza go przerażała, jednak gdy po kilku minutach usłyszał krzyki, przeraził się jeszcze bardziej.
– Co się, u licha, stało? – zadawał w duchu pytanie.
Najciszej jak tylko mógł zrobił kilka kroków, ale wydawało mu się, że strasznie szeleści i za chwilę ktoś odkryje jego obecność. A on czuł podskórnie, iż nie powinien wyściubiać nosa z lasu.
– Wszyscy? – Usłyszał głos Standartenführera Franza Schultzego, człowieka, który dowodził całą wyprawą.
– Jednego brakuje – odparł któryś z żołnierzy jadących gazikiem.
– Jak to brakuje?! A co to jest, puszka z mięsem?! – rozzłościł się Schultze.
– Musiał uciec po drodze. Może postanowił nie jechać z nami, tylko poddać się aliantom albo nie dał rady iść dalej w takich warunkach.
– A jego kumple? Nie mówili, gdzie i kiedy zniknął?! – Schultze coraz bardziej się denerwował.
– Oni już niczego nam nie powiedzą… – odparł jego towarzysz.
Młodemu żołnierzowi zrobiło się nagle gorąco, chociaż jeszcze nie dalej jak kilka minut wcześniej szczękał zębami z zimna.
– Musiał urwać się gdzieś tutaj… – zawyrokował Schultze, a potem nakazał, by przeczesano pobliski las.
Struchlał, a po chwili jakby ocknął się z zamyślenia i zaczął w panice wdrapywać się na najbliższe drzewo. Na szczęście tych miał w pobliżu pod dostatkiem. Z ucieczki zrezygnował od razu, bo nie miał pojęcia, w którą stronę miałby się udać. Poza tym było kompletnie ciemno, a on nie miał przy sobie latarki. Czuł jednak, że powinien się ukryć, a Schultze nie wysłał swoich „ogarów”, żeby go odnaleźli po to, by poczęstować ciepłą herbatą.
Z wysokości kilku metrów ujrzał migoczące punkciki latarek. Oszacował, że szukają go tylko żołnierze z gazika. Poczuł ulgę, mając świadomość, że we czterech nie zdołają przeczesać lasu, więc pomyślał, iż ma duże szanse na przetrwanie. Nie wiedział, dlaczego Schultze wysłał tylko kilku ludzi, jeśli miał do dyspozycji jeszcze dziewięciu esesmanów, ani dlaczego i do kogo otworzono ogień, wolał jednak pozostać w ukryciu i poczekać na rozwój wypadków.
Miał rację, po jakiejś półgodzinie Schultze nakazał przerwać poszukiwania, a po chwili usłyszał dźwięk odpalanych samochodów. Zszedł z drzewa i wydostał się na drogę. Ciężarówki po chwili zniknęły mu z pola widzenia, a on zobaczył, że mężczyzna w pałatce pochylał się nad leżącymi na rozmokłej ziemi żołnierzami. Potem ów człowiek krzyknął:
– Bruno! Pomóż mi!
Z domu wyszedł rosły młodzieniec i obaj zaczęli przenosić najpewniej martwych już esesmanów na furmankę. Skradający się w zaroślach chłopak nie widział zbyt dobrze, który z jego kolegów wylądował na wozie, nie potrafiłby także rozpoznać twarzy gospodarzy domostwa. Zachodził w głowę, co mogło się stać i dlaczego rozstrzelano jego kompanów, ale nie zamierzał pozostawać w tym miejscu zbyt długo i rozważać tej kwestii bez końca. Ruszył wzdłuż drogi za konwojem. Wiedział, że niebawem ich dogoni, bo samochody poruszały się bardzo wolno, jednak nie miał pojęcia, w jakim celu chce to zrobić, zamiast wiać gdzie pieprz rośnie i najlepiej w przeciwnym kierunku niż podążały ciężarówki.
Obawiał się, że jeśli się ujawni, spotka go podobny los, co jego kolegów, jednak stwierdził, iż musi się dowiedzieć, gdzie Schultze ukryje skrzynie, którymi wypełnione były samochody. Nie był durniem i doskonale wiedział, tak samo, jak pozostali żołnierze, że w środku znajdowały się jakieś bardzo cenne rzeczy. Tak bardzo, że Standartenführer Schultze postanowił się pozbyć większości ludzi, którzy mu towarzyszyli. A on żył i z jednej strony czuł obrzydzenie do pułkownika, bo ten nakazał rozstrzelać lojalnych esesmanów, z drugiej – wiedza o miejscu złożenia tajemniczych skrzyń mogła mu kiedyś nie tylko uratować życie, ale także uczynić go bogatym człowiekiem. W najgorszym zaś razie zawsze będzie mógł zaoferować swoją wiedzę aliantom w zamian za udzielenie mu azylu w Wielkiej Brytanii czy w Stanach Zjednoczonych.
Ciężarówki zatrzymały się dwa kilometry dalej. Żołnierze z gazika wypakowali niezbyt duże skrzynie, a potem zaczęli wynosić je w głąb lasu. Było ich tylko czterech, a skrzyń ze sto albo i więcej, więc zawyrokował, że cała operacja potrwa co najmniej do rana. Wypełnione złotem czy klejnotami musiały być diabelnie ciężkie, a Schultze i jego towarzysz nie zamierzali wesprzeć swoich podkomendnych. Postanowił jednak poczekać i sprawdzić, gdzie ukryją owe dobra. Przeszedł kawałek dalej i ze zdziwieniem stwierdził, że mężczyźni przenosili skrzynie, jakby te ważyły nie więcej niż trzydzieści kilogramów. A w końcu złoto należało do najcięższych kruszców, bo sztabka wielkością przypominająca cegłę ważyła jedenaście kilogramów. O żołnierzach z Gebirgsjägerschule krążyły legendy, ale ci czterej należeli chyba do prawdziwych herosów.
W pewnej chwili usłyszał zdenerwowany głos oficera, który towarzyszył Schultzemu:
– Dlaczego to zrobiłeś, Franz? Przecież to nasi chłopcy… Wierni i lojalni do ostatnich granic.
– Wojna zaraz się skończy, a wtedy nasi chłopcy przestaną być i wierni, i lojalni. Amerykanie już się pałętają po okolicy. Nie mogę składać swojej przyszłości w niepewne ręce. Przy strumieniu mógłby któryś uciec i schować się w krzakach, na otwartej przestrzeni mieli niewielkie szanse… Dlatego ci tutaj muszą się teraz trochę pomęczyć. – Wskazał brodą na czterech żołnierzy, jakby bardziej tłumaczył się z tego, że zrezygnował z wykorzystania esesmanów jako tragarzy aniżeli z wykonania na nich egzekucji.
– Nie podoba mi się to… – warknął drugi z oficerów. – Zwłaszcza że jeden i tak uciekł. Być może zobaczył, co stało się z jego kolegami i dlatego się oddalił.
– I komu się poskarży? – Schultze zarechotał paskudnie. – A jutro i tak nie będzie pamiętał, jak dotarł do tego miejsca.
– Może pójść do Amerykanów, a ci już zrobią, co trzeba, żeby się dobrać do naszych skrzyń.
– Posłuchaj, jeśli tylko zaczną węszyć, stary Kluge będzie wiedział, jakie podjąć kroki, by niczego nie znaleźli.
– A jego syn? Nic nie powie? – Mężczyzna wciąż miał obawy.
– Bruno? – zapytał z ironią Schultze. – Nie jest zbyt bystry. Znam go. Zrobi wszystko, co powie mu ojciec.
Rozmowa ucichła. Towarzyszący Schultzemu mężczyzna zapewne nie był przekonany co do metod działania swojego kompana, ale chyba nie zamierzał już z nim dyskutować. Może obawiał się, że podzieli los dziewięciu młodych esesmanów, którzy zamiast wysokiej zapłaty zarobili kulkę.
W pogoni za nazistą. Tom 1
Rok 1946. Oficer amerykańskiego wywiadu, młoda Polka, niemiecki dziennikarz, zaufany człowiek Martina Bormanna i żołnierz SS to ludzie z różnych światów, których łączy jeden cel... Każdy z nich chce dopaść nazistowskiego zbrodniarza wojennego. Nikt nie jest tym, za kogo się podaje, a każdy z bohaterów coś ukrywa. Intrygi, tajemnicze morderstwa, a w tle złoto nazistów ukryte w a...
Spodobał Ci się fragment?
e-book
e-book · audio
e-book · audio
e-book · audio