Rozdział 1
Operacja Usunięcia Klejnotów
1
Noraobora, Kancelaria Żelazny & McVay, XXI piętro Skylight
Obserwowanie osoby, która na własne życzenie kompromituje się na wizji, było osobliwym doznaniem – szczególnie kiedy ta osoba miała niebawem zostać klientką. Dziewczyna udzielająca wywiadu w telewizji jeszcze o tym nie wiedziała, ale tylko jeden telefon dzielił ją od tego, by być reprezentowaną przez Joannę Chyłkę.
Prawniczka podjęła decyzję tu i teraz, stojąc przed dużym OLED-em w zatłoczonym open spasie i przyglądając się rozmowie na antenie NSI. Wokół panował standardowy kociokwik, Joanna była jednak od niego całkowicie odseparowana. Skupiała się wyłącznie na mamrotaniu dziewczyny, która ewidentnie cierpiała na przypadłość zwaną gargantuicznym kacem.
Oprócz tego sprawiała wrażenie, jakby pochodziła z innej planety i dopiero co zmaterializowała się na Ziemi, nie mając pojęcia, jak wejść w ludzki konwenans.
– Moje dziecko nie żyje – oznajmiła nieobecnym, wyzutym z emocji głosem.
– Tak – potwierdziła nieco skołowana dziennikarka. – Ciało pani syna odnaleziono dziś rano na terenie placu zabaw na…
– Ciało?
Kamerzysta zrobił perfidne zbliżenie na twarz dziewczyny, a Chyłka zmrużyła oczy, przyglądając się jej mimice.
– Znajdowało się w wózku – dodała reporterka, której ta rozmowa musiała trafić się jak ślepej kurze ziarno.
Joanna jej nie kojarzyła, a znała z widzenia większość reporterek NSI. Ta dopiero zaczynała, może nawet przypadkiem dostała tę sprawę, a potem jakimś cudem udało jej się odnaleźć dziewczynę.
Nagrywali w mieszkaniu z pewnością należącym do matki. Musiała otworzyć drzwi jeszcze w stanie mocno wskazującym – i nie zdążyła uświadomić sobie, jak wielki błąd popełniła.
– Zostawiła pani ten wózek na placu zabaw w Łazienkach?
– Ale…
– Czy wie pani, co się wydarzyło?
– O czym ty mówisz? – odparła dziewczyna i wyglądała, jakby miała zamiar potrząsnąć głową.
Trwała jednak w całkowitym bezruchu, ze wzrokiem utkwionym w oczach rozmówczyni. Zdawała się nie uzmysławiać sobie obecności kamery ani nie rejestrować, co się dzieje. Nie docierały do niej kolejne pytania wypowiadane przez dziennikarkę.
A było ich sporo. Chyłka także miała je w głowie.
Czy ta dziewczyna zabiła swoje dziecko? Czy porzuciła nocą wózek na placu zabaw? Czy była tak porobiona, że nic z tego nie pamiętała?
W tej chwili wyglądała na mocną kandydatkę do miana osoby, której urwał się film, ale równie dobrze mogła udawać.
– Gdzie jest Szymuś? – rzuciła.
Kamerzysta oddalił nieco, a reporterka niepewnie zerknęła w obiektyw, jakby u widza szukała jakiegoś wsparcia.
– Jak sama pani przed momentem powiedziała…
– Kim ty w ogóle jesteś? – ucięła dziewczyna.
Kończ tę rozmowę i wyrzuć dziennikarkę z chałupy, zasugerowała jej w duchu Joanna. Im dłużej to będzie trwało, tym większe święto odbędzie się dzisiaj w siedzibie prokuratury okręgowej przy Chocimskiej.
Tamtejsi oskarżyciele już musieli zacierać ręce.
– Czego ode mnie chcesz? – dodała dziewczyna, patrząc konfrontacyjnie na reporterkę. – I gdzie jest mój syn?
– Jak sama pani mówiła…
– On żyje.
– Przed momentem otworzyła mi pani drzwi i sama powiedziała, że nie – odparła dziennikarka.
Chyłka miotnęła pod nosem sążniste przekleństwo. Paderborn albo inna kreatura zrobi z tego użytek na sali sądowej – choć nawet argument, że matka ewidentnie wiedziała o zdarzeniu, będzie dało się zbić.
Oczywiście pod warunkiem, że dziewczyna uzyska dobrą reprezentację.
– Porzuciła pani swoje dziecko na placu zabaw? – dodała reporterka. – Czy tak było?
– Ja nie…
Dziennikarka dała jej chwilę, ale nie doczekała się żadnej odpowiedzi.
– Zamordowała pani swojego syna?
Au, to musiało zaboleć kogoś w realizatorce NSI. Reporterka z pewnością dostanie dzisiaj burę za to, że z poważnej stacji robi telewizyjny odpowiednik „Super Expressu”. Choć z drugiej strony ten całkowicie nieprofesjonalny wywiad właśnie stał się głównym źródłem wszystkich newsów, które dziś pojawiają się na temat sprawy.
– Co? – rzuciła matka. – Wynoś się stąd.
– Powiedziała pani, że…
– Wypierdalaj! – ryknęła dziewczyna, odpychając ją.
Przynajmniej jeden gest, za który można ją pochwalić, skwitowała w duchu Joanna.
Nie mając wielkiego pola manewru, dziennikarka i jej operator zaczęli niespiesznie kierować się do wyjścia, starając się przy tym jeszcze wyciągnąć coś z kobiety. Dostali jedynie kolejne przekleństwa, których nie zdążono wypikać na antenie.
Sytuacja musiała być naprawdę dynamiczna, bo normalnie puściliby materiał z minimalnym opóźnieniem, by uniknąć takich wpadek. To szło autentycznie na żywo.
– Trucizno?
Chyłka dopiero teraz zorientowała się, że ktoś obok niej stoi. Ledwo ta świadomość do niej dotarła, poczuła znajome perfumy i coś, co potrafią rozszyfrować jedynie osoby połączone nierozerwalną nicią prawdziwego uczucia. Aurę? Bliskość? Trudno było sprecyzować, ale w gruncie rzeczy sprowadzało się to do duchowego odpowiednika ciepłego koca, którym człowiek owija się w chłodny zimowy wieczór.
– Co robisz? – dodał Kordian.
– Modlę się o to, żeby dziecko odziedziczyło po mnie rozum.
– Hm?
– Właściwie wygląd też.
– Czekaj…
– I na dobrą sprawę wszystko inne.
Oryński patrzył na nią z rękoma skrzyżowanymi na piersi, Joanna posłała mu jednak tylko krótkie spojrzenie, po czym wróciła do obserwowania przepychanki na klatce schodowej jakiegoś bloku.
– To co ma mieć po ojcu? – spytał Zordon.
– Najlepiej nic.
– Świetnie.
– A jeśli już koniecznie coś chcesz mu przekazać w genach, to niech to będzie uległość wobec mnie. Zaoszczędzimy sobie nieco problemów wychowawczych.
Kordian odchrząknął cicho i powiódł wzrokiem po otwartej przestrzeni biurowej.
– Może dokończmy ten temat, kiedy…
– Kiedy wreszcie zrobisz mi tego bachora? – ucięła Chyłka pod nosem, nie odrywając spojrzenia od telewizora. – Kwestia czasu. Przy naszej częstotliwości spółkowania, raczej krótkiego.
– Miałem…
– Możemy zresztą przystąpić do dzieła – dodała Joanna, podciągając lewy rękaw żakietu. – Akurat mam czterdzieści sekund wolnego.
– Miałem na myśli raczej inne okoliczności.
– A co ci tu nie pasuje? – odburknęła Chyłka.
– Ludzie.
– Nikt nas nie słucha – odparła Joanna i machnęła ręką. – Wszyscy zapierdalają tutaj jak zespół PR-owy polityków, którzy przejebali siedemdziesiąt milionów złotych na nieodbyte wybory, a teraz trzeba to jakoś…
Urwała, obracając się przez ramię. Wyglądało na to, że robota w brojlerni się zatrzymała i nastała dziwna, na wskroś niepokojąca cisza. Wydawała się całkowitą aberracją, która nie miała prawa wystąpić.
Chyłka uzmysłowiła sobie, że praktykanci nie interesują się jej wymianą zdań z Zordonem, ale tym, co widniało na ekranie telewizora. Dziennikarka opuściła blok i znalazłszy się wraz z operatorem na zewnątrz, kontynuowała relację, tym samym pokazując całemu światu, gdzie znajduje się mieszkanie dziewczyny.
Niedobrze. Aż do teraz Joanna była jedyną osobą, której poza reporterką udało się to ustalić.
– Dla tych z państwa, którzy dopiero teraz do nas dołączyli, przypominam najważniejsze fakty – ciągnęła kobieta. – Dziś o poranku jedna ze stałych bywalczyń placu zabaw w Łazienkach Królewskich odkryła porzucony wózek, w którym znajdowały się zwłoki kilkumiesięcznego dziecka. Nasze źródła potwierdzają, że jego matką jest Judyta Brzostowska, której właśnie złożyliśmy wizytę.
Joanna i Oryński wymienili się krótkimi spojrzeniami, oboje obracając w głowie przepisy prawa i zasady wykonywania zawodu, które właśnie mogły zostać złamane przez dziennikarkę.
– Młoda kobieta wpuściła nas do środka po kilkuminutowym dzwonieniu do drzwi – ciągnęła. – Cuchnęło od niej alkoholem, sprawiała wrażenie, jakby ledwo trzymała się na nogach. Kiedy tylko otworzyła drzwi, oznajmiła, że jej dziecko nie żyje, mimo że to nasza relacja na żywo była pierwszą, która podniosła ten temat.
Nie wyglądało to ciekawie dla Judyty Brzostowskiej, a nieopierzona reporterka z każdym słowem pogarszała nie tylko swoją szansę na poważną karierę w mediach, ale też powodzenie linii obrony.
– Chyłka… – odezwał się cicho Oryński.
– No?
– To nie jest dobra sprawa.
Joanna w końcu się do niego obróciła, uznając, że dowiedziała się już z telewizji wszystkiego, co ta miała do zaoferowania.
– Żartujesz? – odparła. – Każdy prawnik w Warszawie się na to rzuci. Ale tylko jeden skutecznie.
– Daj spokój. Do niczego nam to…
– Przeciwnie, mój małżeński parobku – ucięła, a potem obróciła się i ruszyła na korytarz. – Potrzebujemy czegoś takiego.
Kordian skierował się za nią do jej biura, odprowadzany wzrokiem przez większość tłoczących się w norzeoborze stażystów, praktykantów i aplikantów. Musieli zastanawiać się nad tym samym co on.
– Naprawdę chcesz bronić dzieciobójczyni? – jęknął.
Wiedziała, dlaczego pyta. Ale już nieraz udowodniła, że potrafi grubą kreską oddzielić sprawy zawodowe od prywatnych.
– Chcę czy nie, mówię ci, że potrzeba nam czegoś takiego.
– Po co?
– Żebyś się głupio pytał.
– A oprócz tego?
Otworzyła drzwi do gabinetu, ale zanim weszła do środka, posłała mu krótkie spojrzenie.
– A ile chcesz tu funkcjonować pod panowaniem tego obsranego dyktatora, dla niepoznaki zwanego Mariuszem Klejnem?
Kordian ponaglił ją wzrokiem, a potem wszedł za nią do środka i zamknął drzwi.
– Potrzebujemy poparcia wśród wspólników, Zordon – dodała Joanna. – A nie zdobędziemy go, broniąc niesłusznie skazanych, wysiedlonych i skrzywdzonych. Musimy ustrzelić jakąś naprawdę głośną sprawę, a ta z pewnością taka będzie.
Chyłka usiadła za biurkiem, po czym wyłożyła nogi na blacie i sięgnęła po komórkę.
– Głośną? – odparł pod nosem Oryński. – Ona będzie ogłuszająca. Ale wątpię, czy w tym dobrym sensie.
– W najlepszym.
– Aha.
– Dzięki czemu zwycięstwo w sądzie wybrzmi jak wiertarka u sąsiada w spokojny weekendowy poranek.
Kordian nie wydawał się przekonany.
– Porażka będzie równie donośna – zauważył.
– No i? Ktoś zamierza przegrywać?
– Raczej nikt nigdy – odparł cicho Oryński. – Ale zamiar to jedno, a rzeczywistość to drugie.
– W moim przypadku to są rzeczy równoznaczne.
Na tym etapie musiał już wiedzieć, że nie istnieje żaden hipotetyczny sposób na przekonanie jej, że to zły pomysł. Mimo to się nie poddawał.
– Jeśli zostawiła tam dziecko, bo mocno zachlała, to w najlepszym wypadku ugrasz nieumyślne spowodowanie śmierci – powiedział Zordon. – Tyle że w takim wypadku ktoś widziałby wózek, zareagowałby szybciej. Na placu zabaw musieli być przecież ludzie.
Joanna się nie odzywała, starając się wyobrazić sobie taki scenariusz, w którym ta wersja mogłaby się obronić. Na żaden nie wpadła. Nawet jeśli wieczorem przed zamknięciem Łazienek plac był pusty, to z pewnością mijali go spacerowicze, biegacze i straż muzealna.
– Bardziej prawdopodobne jest, że zabiła to dziecko i schowała tam jakoś wózek, kiedy było już pusto – kontynuował Oryński, nieświadomie idąc tym samym tokiem rozumowania co Chyłka. – A w takim wypadku mamy drugą matkę Madzi z Sosnowca.
– Niezupełnie.
Kordian się skrzywił, ewidentnie chcąc zgłosić zdanie odrębne.
– Waśniewska na początku wydawała się niewinna – dodała Joanna. – Wszyscy przyjmowali jej wersję, że doszło do porwania. Pamiętasz te wywiady w mediach i inne sprawy?
Oryński niepewnie skinął głową.
– W tym wypadku od samego startu dziewczyna będzie pod ostrzałem – zauważyła Chyłka. – Media pożrą ją na surowo, ludzie będą chcieli zlinczować i nawet papież nie będzie mówił, że wszyscy jesteśmy winni.
– No to świetnie. Wprost idealnie.
– Jeśli rozumiesz przez to, że narobi się piękna chryja, z której ochoczo skorzystamy, to tak.
– Rozumiem przez to, że…
– Zordon.
– Tak?
– To było retoryczne zdanie.
– Ale…
– Ale gadasz naprawdę sporo jak na kogoś, kto nie ma absolutnie nic do powiedzenia.
– Posłuchaj…
– Ty mnie posłuchaj – ucięła. – Albo zaraz się zamkniesz jak lasy państwowe na początku pandemii, albo ja to zrobię za ciebie. Decyzja podjęta.
Oryński otworzył usta, ale nie zdążył zaoponować, gdyż rozległo się pukanie do drzwi. Zerknął z niedowierzaniem na zegarek, jakby musiał się upewnić, że naprawdę jest przed południem.
– Spokojnie – rzuciła Joanna. – Wydałam jednorazowe, ograniczone czasowo pozwolenie na zawracanie mi dupy.
Mimo że faktycznie tak było, drzwi otworzyły się wolno, a chłopak, który zajrzał do środka, zrobił to tak ostrożnie, jakby kroczył po polu usłanym niewybuchami.
– Właź – poleciła Chyłka. – Tylko się nie rozgaszczaj.
Młody stażysta lub praktykant przekroczył próg i zatrzymał się w bezpiecznej odległości, zostawiając drzwi otwarte, pewnie na wszelki wypadek.
– Raportuj.
– No więc Ani i Bartkowi udało się…
– Komu?
– Ani i Bartkowi.
Chyłka przewróciła oczami i głośno westchnęła.
– Gdybym chciała gadać z kimś, kto jest gęsty jak czarna dziura i równie światły, skorzystałabym z obecności męża – oznajmiła. – Ty miałeś po prostu dać znać, jak sprawa będzie załatwiona.
– No więc właśnie… Pani mecenas wysłała dwójkę praktykantów do tej kobiety z telewizji, która…
– A, no. Trzeba było tak od razu.
Młody głośno przełknął ślinę, a pierwsze krople potu zaanonsowały swoją obecność tuż przy linii włosów na czole.
– Wysłałaś tam brojlery z noryobory? – jęknął Kordian.
– Jak tylko zobaczyłam relację na NSI. Szybki telefon i wiedziałam, skąd nadaje ta siksa, jeszcze zanim cały świat zobaczył nazwę ulicy.
– Lepiej być nie może…
– W dodatku to dwójka naszych najlepszych, najbardziej perspektywicznych ludzi. Studiowali w Zurychu, mają jakieś doktoraty i…
– I nawet nie kojarzyłaś ich z imion.
– Bo posługuję się ich nazwiskami.
– Ta? I jak niby brzmią?
– Drzach i Suchy.
Zordon przechylił głowę na bok, przypatrując jej się uważnie. Wciąż niesamowitą frajdę sprawiało jej to, że po tylu latach bliskiej znajomości znał ją na wylot, a jednocześnie nigdy nie potrafił stwierdzić, czy robi sobie jaja, czy nie.
– Śledzę losy naszych młodych następców, Zordon.
– Jasne.
Chłopak stojący w progu cicho odchrząknął, chcąc w jak najmniej inwazyjny sposób o sobie przypomnieć. Chyłka przeniosła na niego wzrok.
– Dobra – rzuciła. – Udało im się czy nie?
– To znaczy… jakby…
– Streszczaj się – przerwała mu Joanna. – Bo twoja obecność tutaj jest równie pożądana jak zastanie ciepłej deski w publicznym kiblu.
– Dobrze, ja…
– Ty.
Młody adept sztuki prawniczej w końcu zrezygnował z przekazu werbalnego i po prostu sięgnął po komórkę. Zbliżył się powoli do biurka i podał ją Chyłce.
– Zapomniała im pani dać swój numer – zauważył.
– Niczego nie zapomniałam.
Joanna zerknęła na wyświetlacz, gdzie już był wybrany właściwy kontakt podpisany jako „Drzach”. Stuknęła palcem w ekran, a potem położyła komórkę na biurku i włączywszy głośnik, machnęła ręką na praktykanta.
– Ale telefon…
– Wróci do ciebie w stanie niepokalanym.
– Tylko że ja czekam…
– To poczekaj gdzie indziej – poradziła Chyłka. – No już, won. Szczęść Boże na motorze.
Ledwo młody się wycofał, Anna odebrała. Nie zdążyła jednak powiedzieć ani słowa, bo kiedy czas rozmowy zmienił się z 00:00 na 00:01, Joanna już wkroczyła do akcji.
– I? – rzuciła. – Zrobiliście, co trzeba? Jak nie, to nie radzę wracać do kancelarii, bo wszystkie globalne kryzysy, które się ostatnio wydarzyły, będą niczym w porównaniu z tym, jak was przewalcuję.
– Właściwie to…
– Mówię poważnie – zastrzegła Chyłka. – Z ręką na miejscu, gdzie powinno znajdować się serce.
Anna potrzebowała chwili, żeby zebrać myśli.
– Udało nam się porozmawiać z matką – odezwała się w końcu. – Otworzyła nam drzwi chwilę po tym, jak ta dziennikarka wyszła.
– I?
– Przedstawiliśmy się, powiedzieliśmy, że będzie potrzebowała dobrego obrońcy, a my…
– A wy zostaliście wysłani przez najlepszego – dopowiedziała Chyłka. – Jaki był efekt?
– Taki, że kiedy tylko wspomnieliśmy o pani mecenas, ta kobieta praktycznie nas wyrzuciła.
Joanna i Oryński wymienili się krótkimi spojrzeniami nad komórką, po czym oboje wbili w nią wzrok, jakby mogli coś z niej wywróżyć.
– Oznajmiła, że nie chce mieć z panią mecenas nic wspólnego, a na koniec dorzuciła, że i tak jest już przez kogoś reprezentowana.
– Przez kogo?
Odpowiedziało im chwilowe wahanie.
– Przez Kordiana Oryńskiego – powiedziała Anna.
Werdykt
Warszawą wstrząsa informacja o odnalezieniu martwego niemowlaka na jednym z publicznych placów zabaw. Policja nie jest w stanie odnaleźć rodziców, nic nie pozwala też zidentyfikować tożsamości dziecka. To media jako pierwsze trafiają na trop – udaje im się odnaleźć matkę, która przed kamerami twierdzi, że nie pamięta, co się wydarzyło, i nie wie, gdzie jest jej syn.Dziennikarze...
Spodobał Ci się fragment?
e-book · audio
e-book · audio
e-book · audio
e-book · audio