1
A to był taki piękny, kurwa, wieczór, pomyślał Jasiek ze łzami w oczach, patrząc na leżące na drodze ciało kobiety.
Pracował cały dzień, w siąpiącym deszczu sprzątał teren kempingu. Sezon się skończył, tylko ten Belg, ale on nie przeszkadzał. Prawie nie wychodził ze swojego kampera, nie wiadomo, co właściwie tam robił.
Jasiek krążył więc po kempingu w poszukiwaniu ostatnich śladów lata, które wrzucał do śmieci. W najdziwniejszych miejscach znajdował puste puszki po piwie, butelki po wódce, wypalone papierosy i zużyte prezerwatywy. Łącznie siedem worków, wypełnionych po brzegi, których zawartość należało jeszcze przejrzeć i posegregować. Zajęło mu to ponad dwie godziny.
Potem dał psu jeść. Pies był stary. Miał już dwanaście lat. Albo i więcej, bo nikt przecież tego dokładnie nie liczył, nikt mu nie wyprawiał urodzin z mięsnym tortem i parówkami zamiast świeczek. Mieszaniec labradora, wielki, czarny jak noc. Wzięli go, żeby pilnował terenu poza sezonem. Dawniej ciągle darł się jak opętany, kiedy pojawiał się ktoś obcy, teraz zdarzało mu się to dużo rzadziej. Przez lata się postarzał, zrobił się leniwy. Do tego miał problemy z biodrami. Nie biegał, ale truchtał i przy każdym ruchu widać było, że sprawia mu to ból. Jasiek ukrywał go przed właścicielami. Na szczęście oni rzadko się pojawiali. Mieli inne biznesy. Większe, ważniejsze, przynoszące więcej pieniędzy. A gdyby zobaczyli zwierzaka, na pewno kazaliby go uśpić, pieprzyliby coś o tym, że po co im pies stróżujący, który nie potrafi biegać.
– Co oni, kurwa, wiedzą? – mruknął Jasiek, siedząc na rozłożonej kurtce, paląc papierosa i obserwując jedzącego kundla.
Pies podniósł łeb i spojrzał na niego ciemnymi oczami, jakby chciał dopytać, o co mu właściwie chodzi, a potem podbiegł niezgrabnie i uderzył czule łbem w pierś mężczyzny, przewracając go na ziemię. Jasiek stęknął cicho, papieros wypadł mu z ust. Przez chwilę tak leżał, czując, jak woda przesiąka mu przez wełniany sweter, i głaskał psa po grubym karku.
– No już, już – powiedział wreszcie, odpychając go od siebie.
Wstał, potarmosił jeszcze kundla za uszami i wrócił do pracy.
Pomyślał, że po całej tej harówce zasługuje na to, by zrobić dla siebie coś dobrego. Wsiadł do wysłużonego citroëna i pojechał do Kowar, żeby zjeść obiad w tamtejszym barze. Zamówił hamburgera z frytkami, a po chwili zastanowienia – piwo. Uznał, że jedno mu nie zaszkodzi. Był wielkim facetem. Poza tym miało być do posiłku, a i tak pewnie jeszcze posiedzi i zapali papierosa, porozmawia z kolegami, którzy powoli zaczęli się schodzić, równie zmęczeni jak on po całym dniu roboty.
Wypił sześć, chociaż nie do końca pamiętał, kiedy i dlaczego. Bo naprawdę planował wypić tylko jedno – do posiłku – ale przyszedł Wójt. Wyszli na zewnątrz, rozmawiali o pierdołach i o tym, że Jaśkowi kiepsko chodzą hamulce. Wójt zachęcał go do wizyty w warsztacie, obiecywał, że coś zaradzą, i to tanio. Jasiek powiedział, że przyjedzie, ale skłamał. Nie przelewało mu się i uznał, że wystarczy, jak będzie jeździł wolno. Potem wrócili do środka i Wójt zaczął namawiać go na kolejne piwo. Jasiek odmawiał, całkiem długo, aż zirytowany mężczyzna wyciągnął portfel, zamówił dwa browary i postawił przed nim pełen kufel. Jasiek nie miał zwyczaju odmawiać darmowego trunku.
A potem było trzecie, bo dobrze się gadało. Poza tym w gardle drapało go po kolejnym papierosie. I czwarte, bo zagrali w bilard, a jak tu grać w bilard, skoro nie ma niczego do picia. Piąte, bo jakiś debil zaczął gadać o polityce, a takie rozmowy zawsze Jaśka irytowały, a nic nie uspokajało tak jak piwo. Wreszcie szóste, bo wszyscy rozchodzili się już do domów i trzeba się było pożegnać.
Plan miał taki, że najpierw przejdzie się kowarskimi uliczkami. Niedaleko, może przemaszeruje w dół i w górę starówki, do urzędu miasta i z powrotem, otrzeźwieje trochę. Ale znowu zaczęło siąpić. Przeklęta karkonoska mżawka. Lodowata, gęsta, przenikająca do szpiku kości. Wsiadł więc do samochodu, odpalił silnik, nastawił ogrzewanie na maksa i obiecał sobie, że nie będzie się śpieszył. Zresztą nie miał daleko, a do tego drogą głównie przez las, gdzie nigdy nikogo o tej porze nie było. Byleby tylko tam dojechać.
Ruszył spokojnie. Jechał nie więcej niż trzydzieści kilometrów na godzinę. Ściskał mocno kierownicę, wychylał się lekko do przodu i marszczył brwi, mając nadzieję, że to pomoże na rozchwiany, rozmazujący się obraz przed oczami. Beknął przeciągle. Ciepłe powietrze z nawiewu uderzało go prosto w twarz.
Wkrótce wyjechał na obwodnicę Kowar. Tam lekko przyśpieszył, bo o tej porze droga była prawie pusta, a on chciał jak najszybciej dotrzeć do domu i położyć się spać.
Kiedy mijał skrzyżowanie niedaleko stacji benzynowej Circle K, zauważył stojący tam radiowóz z włączonym kierunkowskazem. Policjanci ruszyli, gdy przejechał obok nich. Jasiek natychmiast zaczął się pocić. Nerwowo zerkał w tylne lusterko, na jasne reflektory jadącego za nim samochodu. Dlaczego byli blisko? Niemal siedzieli mu na zderzaku! Co powinien teraz zrobić? Zjechać w bok, żeby ich przepuścić? Ale to wydawałoby się przecież podejrzane. Nie jechali na sygnale ani nic takiego. Przyśpieszyć? Ale czy wtedy nie przekroczyłby prędkości? Albo mogłoby się wydać, że przed nimi ucieka? A może zwolnić? Sam nie wiedział. Przez moment rozważał, czy po prostu nie zatrzymać się na poboczu i nie udawać, że chce mu się siku (w sumie nie musiałby udawać), ale nogi zrobiły mu się miękkie i bał się, że kiedy wysiądzie z samochodu, odmówią mu posłuszeństwa i wyłoży się jak długi na asfalt. Czyli mógł tylko jechać przed siebie. Pełną zakrętów, nierówną, ciemną drogą prowadzącą na Przełęcz Kowarską. Z siedzącymi mu na ogonie policjantami, co do których był pewien, że czekają tylko na jeden jego błąd, żeby włączyć sygnał i zatrzymać go do kontroli drogowej.
– Ja pierdolę – wymamrotał.
Plecy miał całe mokre, dłonie ślizgały mu się po kierownicy. Sięgnął po paczkę papierosów, żeby zapalić jednego i w ten sposób się uspokoić. Samochód jakby sam zjechał w prawo i niemal uderzył w barierkę, która oddzielała drogę od stromego zbocza. Jasiek odbił w ostatniej chwili. Szybko spojrzał w lusterko, pewny, że policjanci zauważyli niebezpieczny manewr i zaraz każą mu się zatrzymać.
Ale nic takiego się nie stało.
Po prostu dalej za nim jechali. Jakby ich to bawiło. Jakby zbierali dowody. Pewnie mieli w środku jakąś kamerkę. Policzą jego błędy, wszystkie złamane przez niego przepisy, a potem go zniszczą, zmiażdżą i przemielą.
– Kurwa – warknął.
Poczuł do nich nienawiść. Miał ochotę zahamować gwałtownie. Nie zdążyliby się zatrzymać, walnęliby w tył jego samochodu. Był ciekaw, jak by im się to spodobało.
Powstrzymała go jedna z nielicznych rozsądnych jeszcze komórek w jego mózgu. Zacisnął zęby.
Przestał na moment myśleć o policjantach i zaczął w duchu przeklinać Wójta. Gdyby nie on, nie wpakowałby się w te kłopoty. Zjadłby obiad, wypił jedno piwo i wrócił do siebie. Tyle. Ale Wójt musiał go namawiać, wiercić mu dziurę w brzuchu, postawił nawet tego browara. Jakby źle Jaśkowi życzył. Jakby spodziewał się, że coś takiego się zdarzy.
A może to on nasłał na niego policjantów? Zadzwonił do nich albo wysłał anonimowy cynk, że Jasiek wypił trochę za dużo?
Zaczął zwalniać, zanim jeszcze dojechał do Przełęczy Kowarskiej. Oddychał płytko, serce mocno mu waliło, do tego chciało mu się sikać. Przez chwilę zastanawiał się, co pierwsze pęknie – serce czy pęcherz.
Wrzucił kierunkowskaz w lewo i skręcił w wąską leśną drogę prowadzącą na kemping.
Policjanci pojechali prosto.
Odetchnął głęboko kilka razy. Poczuł, jak rozkoszna ulga rozpływa się po jego ciele. Zaczął się głośno śmiać i walić jak oszalały w kierownicę.
Przyśpieszył, bo chciał być już w domu. Droga była wąska i nierówna, oświetlały ją tylko reflektory jego citroëna, ale znał ją na pamięć. Pamiętał każdą dziurę i mógł dojechać do celu nawet z zamkniętymi oczami.
I chyba nawet je zamknął. Może dlatego, że tak głośno się śmiał. A może fala ulgi i gorące powietrze wiejące mu prosto w twarz sprawiły, że zasnął na moment, na dosłownie kilka sekund, pokonany przez zmęczenie, stres i alkohol.
Nie widział jej.
Nie powinno jej tutaj być. Nie w środku nocy. Nie o tej porze.
Nie widział jej.
Tylko usłyszał, jak uderza w nią rozpędzonym samochodem.
Huk, jakby ktoś walnął w maskę wielkim młotkiem.
Krzyknął, przestraszony. Otworzył oczy. Zobaczył jeszcze, jak kobieta leci w górę, jakby poderwana przez ogromną siłę, a potem uderza głową w pień rosnącej nieopodal sosny.
Zahamował gwałtownie. Pas wbił mu się boleśnie w pierś.
Siedział w wozie. Nie wiedział, jak długo. Silnik pracował miarowo, a on patrzył na leżącą przed nim na drodze kobietę w ciemnym dresie. Nienaturalnie powyginaną, z dziwnie przekrzywioną głową, rozpuszczonymi włosami, które ułożyły się tak, że przypominały teraz aureolę, i strużką krwi wypływającą z ust.
– Panie Boże... spraw, żeby to była sarna... – Usłyszał swój głos i dopiero wtedy wysiadł.
Szedł na miękkich nogach, zataczając się, z trudem stawiał kolejne kroki. Kiedy był już przy niej, opadł na kolana. Jego ciałem wstrząsnął dreszcz.
– Proszę pani... Proszę pani... – powiedział i nagle beknął.
Zrobiło mu się niedobrze. Na czworakach pokonał dwa metry i zwymiotował boleśnie na mokrą ziemię. Wydawało mu się, że za chwilę straci przytomność.
Odwrócił się. Uderzył się otwartą dłonią w twarz i wrócił do kobiety. Chwycił ją za ramiona. Uniósł ją i potrząsnął nią mocno.
– Proszę pani... Proszę pani... – powtarzał, ale jej głowa latała jak u szmacianej lalki.
Odłożył ją, przyłożył dwa palce do jej szyi i przycisnął mocno. Nic nie poczuł. Ale czy to cokolwiek znaczyło? Czy przykładał palce we właściwe miejsce?
Nachylił się, ale nie usłyszał jej oddechu. Klatka piersiowa również się nie unosiła.
Poderwał się gwałtownie z ziemi. Odbiegł kilka metrów w las i nagle poczuł, że właśnie teraz musi oddać mocz, bo nie wytrzyma już ani sekundy.
I tak właśnie zrobił.
Co teraz? – zastanawiał się, kiedy mocny strumień uderzał o leśną ściółkę. Powinien zadzwonić na pogotowie, policję. Sprowadzić pomoc.
Ale po co pomoc, skoro ona już nie żyła?
Bo tak się robi!
Ale jeśli zadzwoni na policję, to go zatrzymają. Wsadzą do więzienia!
Dlaczego mieliby to zrobić? Przecież to jej wina! To ona włóczyła się nocą po lesie! To jej nie powinno tu być!
Ale ty jesteś napierdolony jak szpadel! Ile piw wypiłeś?! Ile piw wypiłeś?!
Siedem.
Bo było jeszcze jedno. To ostatnie przed zamknięciem. Na szybko.
Siedem.
Wsadził sobie pięść do ust i zagryzł ją mocno, aż poczuł krew na języku. Wtedy na moment otrzeźwiał.
Skończył sikać i wrócił do kobiety. Chwycił ją pod pachy, przeciągnął z drogi do lasu, rzucił ciało gdzieś pod na wpół uschniętym świerkiem i wsiadł do samochodu. Uruchomił silnik i ruszył.
Przejechał zaledwie kilkanaście metrów, zanim się zatrzymał.
Nie mógł jej przecież tutaj zostawić. Ktoś ją w końcu znajdzie. Za blisko drogi, natychmiast skojarzą, że tylko on teraz tędy jeździ. To będzie aż za proste.
Wrzucił wsteczny i cofnął. Otworzył bagażnik. Poszedł do lasu, odnalazł świerk, zabrał ciało kobiety i wrzucił je do samochodu.
Resztę ledwo pamiętał.
Na pewno był na kempingu. Potrzebował narzędzi. Wziął ze składziku folię, łopatę i kilof. Potem jechał. Najpierw tą samą ciemną, nierówną drogą, którą tak dobrze znał, a która tak okrutnie go zdradziła. Na Przełęcz Kowarską, a później przez las, w stronę granicy z Czechami na przełęczy Okraj. Tam droga się rozgałęziała i pojechał w lewo, w dół, na Lubawkę, i jakąś ścieżką, na której nigdy nie był, a która zaprowadziła go na polanę. Tam wysiadł. Znalazł miejsce na skraju lasu, wykopał dół, wsadził do niego ciało owinięte w folię i je zakopał. Rzucił na grób gałęzie oraz paprocie wyrwane z ziemi.
Kiedy wrócił na kemping, był wykończony. Bolało go całe ciało, wszystkie mięśnie, kręciło mu się w głowie. Położył się od razu do łóżka, nawet nie wziąwszy prysznica, ale tylko przewracał się z boku na bok, szlochał albo wył w poduszkę.
Nie potrafił zasnąć.
W końcu wstał i wyszedł na dwór w samym T-shircie, ale pomimo mżawki nie było mu zimno. Ruszył prosto do kampera Belga. Bez zastanowienia załomotał w drzwi. Raz i drugi, z całych sił, aż wóz zadygotał. Dopiero wtedy dotarło do niego, co właśnie robi. W pierwszej chwili chciał uciekać, ale usłyszał ruch w części mieszkalnej pojazdu i wiedział już, że na to za późno. Czekał jak na wyrok.
Drzwi otworzyły się i stanął w nich Belg. Był łysy i niski – nie miał chyba nawet metra siedemdziesięciu – dość okrągły z powodu nadwagi, teraz w samych bokserkach i białym T-shircie. Na widok Jaśka o dziwo się uśmiechnął.
– O! Pan też nie może spać! – powiedział po angielsku.
– Nie. Nie mogę – odparł Jasiek. Kilka lat przepracował na zmywakach i budowach w Wielkiej Brytanii, znał więc trochę języka.
Przez moment tak stali. Belg patrzył na niego wyczekująco, a on przełknął ślinę i przejechał językiem po suchych wargach.
– Ja chciałem zapytać... czy ma pan może... No, czy ma pan może piwo?
Belg uśmiechnął się jeszcze szerzej. Wzniósł palec, w ten sposób każąc mu poczekać, a potem zniknął we wnętrzu kampera i zaraz wrócił z dwiema zimnymi butelkami.
– Piwo! – powiedział, wręczając mu obie. – Dobre! Belgijskie!
– Dzięki – mruknął zawstydzony Jasiek. Ukłonił się niezdarnie, odwrócił się i odszedł.
– Dobre! Belgijskie! – zawołał za nim Belg, a potem dodał jeszcze po polsku: – Smacznego!
Jasiek wrócił do siebie. Otworzył pierwszą butelkę i wypił jej zawartość duszkiem. Potem drugą, już wolniej, ale i tak szybko.
Dopiero wtedy udało mu się zasnąć.
Kiedy obudził się rankiem następnego dnia, kobieta już na niego czekała.
Zbędni
Pewnej nocy Jan pod wpływem alkoholu śmiertelnie potrąca dziewczynę. Na co dzień opiekuje się polem namiotowym i bezskutecznie walczy z nałogiem, a tamtego wieczoru po raz kolejny pijany wsiada do samochodu. Strach przed przyznaniem się do niezamierzonego morderstwa jest większy niż jego uczciwość. Zakopuje dziewczynę w lesie, ale dręczony wyrzutami sumienia przegląda prasę, ro...
Spodobał Ci się fragment?
e-book · audio
e-book · audio
e-book · audio
e-book · audio