CZĘŚĆ 1
Rozdział 1
INA
Było już ciemno, a strach karmił się mrokiem. Przynajmniej to sobie powtarzałam, kiedy stałam na przystanku przy Marszałkowskiej, naprzeciwko TK Maxx, i czekałam na autobus nocny linii czterdzieści dwa.
Środek tygodnia, Warszawa już spała. Dochodziło dwadzieścia po pierwszej w nocy, a ja robiłam wszystko, by nie zwracać uwagi na pojedyncze postacie, które przemykały gdzieś za moimi plecami.
Po kolacji ze znajomą przy Poznańskiej powinnam była wziąć taksówkę. Nie musiałabym iść aż tutaj, a potem telepać się nocnym na Bemowo. Prawda była jednak taka, że od pewnego czasu liczyłam każdy grosz. Bilet kosztował mnie raptem trzy czterdzieści, taryfa pewnie piętnaście razy tyle.
Do tego sprowadziło się moje życie – szukania oszczędności, nawet kiedy wynosiły kilkadziesiąt złotych. W poprzedniej rzeczywistości nie musiałam tego robić. Właściwie nie musiałam w ogóle martwić się zarobkami, bo Rafał zapewniał nam finansową stabilność, a ja skupiałam się na działaniach w gruncie rzeczy dobroczynnych. Nie budowałam koneksji biznesowych, nie kolekcjonowałam wpisów do CV jak inni. Miałam bufor bezpieczeństwa, który zapewniał mi pełną swobodę.
Teraz wszystko się zmieniło. Kolejne rekordy inflacyjne mnie dobijały, straciłam mieszkanie przy Poznańskiej i nie stać mnie było na wynajem choćby niewielkiej klitki. Od roku mieszkałam razem z siostrą i jej narzeczonym na Bemowie, starając się przekonać samą siebie, że nie mają nic przeciwko temu.
Dzisiejszy wieczór miał być wytchnieniem, swoistym memento, że na przekór wszystkiemu może być lepiej. Przez większość czasu tak się układał. Teraz jednak, kiedy stałam przed przystankiem, czułam się, jakbym grała drugoplanową rolę w jakimś horrorze – a więc była postacią, która za moment pożegna się z życiem, bo to te zazwyczaj umierają pierwsze.
Wzdrygnęłam się na tę myśl i objęłam się ramionami. Szybki rzut oka na telefon uświadomił mi, że do przyjazdu autobusu została jeszcze minuta, może dwie.
Rozejrzałam się z niepewnością, zupełnie jakby mój wzrok padający na niewłaściwą osobę mógł sprowadzić na mnie jakieś kłopoty.
Kilku młodych chłopaków właśnie wychodziło z pasażu Wiecha. Byli lekko podpici i zajęci rozmową, nie zwracali na mnie uwagi. Może przyszli z Sułtana, może z innego klubu. W okolicy działało trochę nocnych przybytków, w których alkohol lał się strumieniami, wyzwalając w bywalcach całe spektrum odcieni ludzkiej natury – od tych najweselszych po najmroczniejsze.
Grupa mnie minęła, zaśmiewając się z jakiegoś niewybrednego żartu. Takimi jak oni się nie przejmowałam. Bardziej niepokojący wydawali mi się ci, którzy samotnie przemierzali miasto o tej porze.
Znów ukradkowo się rozejrzałam. Jak na złość na przystanku nie było nikogo oprócz mnie. Czułabym się znacznie bezpieczniej w towarzystwie innej kobiety, może nawet mężczyzny, z którym łączyłoby mnie tylko to, że razem czekamy na ten sam autobus.
Szeroki chodnik od strony Złotej był pusty, więc odwróciłam się w drugim kierunku. Zobaczyłam w oddali postawnego faceta, który właśnie wyszedł zza zakrętu. Był lekko oświetlony żółtawym, brudnym światłem latarni. Nieco lepiej mogłam go dostrzec dopiero, kiedy mijał neony pasażu handlowego.
Wyłowiłam z mroku czarną skórzaną kurtkę i zobaczyłam, że gość lekko się zatacza. Nic dziwnego, wziąwszy pod uwagę godzinę. Zbliżał się do przystanku jakby niepewny, czy obrał właściwy kurs.
Kiedy rzucił mi spojrzenie, natychmiast odwróciłam wzrok. Z jakiegoś powodu zrobiło mi się gorąco i poczułam, jakbym nieopatrznie sprowadziła na siebie niebezpieczeństwo. Gdybym miała ściągniętą apkę Ubera i podpiętą do niej kartę, już bym zamawiała transport. Zanim jednak zrobię jedno i drugie, autobus dawno przyjedzie.
Machinalnie odsunęłam się w przeciwnym kierunku. Stałam jak słup soli, czekając, licząc sekundy i wzywając ten przeklęty nocny w myślach.
W końcu odnalazłam w sobie na tyle odwagi, by spojrzeć na faceta w kurtce. Wciąż szedł w moją stronę, tym razem zbliżył się nieco do ulicy. Ewidentnie kierował się na przystanek.
Kurwa mać.
Trzeba było nie oszczędzać albo przystać na to, żeby Gracjan odebrał mnie po kolacji. Narzeczony mojej siostry oferował, że przyjedzie, przysłał mi nawet godzinę temu esemesa, że jakby co, nic nie pił i jest gotowy.
Spławiłam go dość dosadnie tylko z jednego powodu – nie chciałam dopuścić do sytuacji, w której znaleźlibyśmy się razem nocą w aucie. Mogłam całkiem dobrze wyobrazić sobie, jak suniemy niespiesznie przez pogrążone w mroku miasto, zatopieni w dźwiękach cichej muzyki. I jeszcze lepiej to, jak niewygodna byłaby to sytuacja.
Od roku unikałam podobnych, a Pabst mi w tym pomagał. Nigdy nie zwerbalizowaliśmy tego, co między nami było – oboje mieliśmy jednak pełną świadomość, czym jest ten nienazwany pierwiastek, który nas łączy.
W końcu musiałam się do tego przyznać. Szczególnie jeśli miałam zamiar zdusić to wszystkimi możliwymi metodami.
W tej chwili jednak dwudziestoparominutowa przejażdżka z Gracjanem, nawet jeśli problematyczna, wydawała się znacznie lepszym wyjściem niż tkwienie tutaj samotnie i proszenie się o kłopoty.
Zerknęłam w stronę ronda Dmowskiego i nabrałam głęboko tchu. Mężczyzna zwolnił kroku, by odpalić sobie papierosa. Zachwiał się przy tym lekko, jakby utrata kontaktu wzrokowego z chodnikiem zakłóciła działanie błędnika.
Mogłam już dostrzec jego twarz. Mocno ciosane rysy, kilkudniowy zarost, głęboko osadzone oczy. Nie budziłby zaufania w dzień, co dopiero w nocy. Facet wyglądał na kogoś, kto lubi robić innym problemy.
Wypuściłam głośno powietrze i rzuciłam okiem w przeciwnym kierunku. Miałam nadzieję, że pojawi się jakaś kobieta, podobnie zbłąkana dusza jak ja. W jakiś sposób takie towarzystwo sprawiłoby, że sytuacja zmieniłaby się diametralnie.
Przy Marszałkowskiej nikogo jednak nie było. Słyszałam jakieś śmiechy i głośną wymianę zdań z oddali, ale nikogo nie dostrzegłam.
Mężczyzna zaciągnął się papierosem, wciąż się do mnie zbliżając. Wiedziałam, że teraz bacznie już mnie obserwuje, czułam na sobie jego spojrzenie.
Jezu, po co mi to było? Powinnam była siedzieć w domu i o tej porze dawno spać. A nie stać sama na przystanku, czekając tylko, aż ktoś mi zagrozi.
Facet był kilkanaście metrów ode mnie, kiedy obróciłam się w jego stronę. Znów odniosłam absurdalne wrażenie, jakby mój wzrok mógł w jakiś sposób go sprowokować – i jakby trwanie w bezruchu i ignorowanie go jakimś cudem przyniosło odwrotny efekt.
Uśmiechnął się do mnie, ale nie było w tym nic z serdeczności. Pijacki grymas dowodził tylko, że nie pomyliłam się w ocenie tego mężczyzny.
Był już o kilka kroków i wciąż świdrował mnie spojrzeniem. Wyjęłam komórkę, jakbym dzięki temu mogła w jakiś sposób zapewnić sobie bezpieczeństwo, i wybrałam numer Pabsta.
Czekałam w napięciu, aż odbierze, ale odpowiadał mi jedynie przeciągły sygnał, który w tej chwili przywodził na myśl odliczanie do tragedii. Gracjan nie odebrał. Nic dziwnego, w końcu sama zapewniłam go, że nie muszą na mnie czekać, bo razem ze znajomą będę jechała taksówką. Inaczej nie pozwoliłby mi wracać samej.
– Już do domu? – rozległ się głos podpitego mężczyzny.
Obejrzałam się w jego stronę, nie odsuwając komórki od ucha. Skinęłam głową i zmusiłam się do lekkiego, poprawnego uśmiechu.
– Nie za wcześnie? – dodał.
Oczy mu się szkliły, mówił nieco niewyraźnie. Wydawało mi się, że nawiązanie z nim jakiejkolwiek rozmowy może zakończyć się tylko źle. Milczenie jednak także nie mogło poprawić sytuacji.
Czułam, jak serce mi przyspiesza, gdy patrzył na mnie z oczekiwaniem na jakąkolwiek odpowiedź.
Czas się zatrzymał.
Mogłam wyobrazić sobie już najczarniejszy scenariusz. Rozsądna część umysłu podsuwała mi zapewnienia, że wszystko jest w porządku, że przesadzam, jestem w centrum miasta, nic mi tutaj nie grozi.
Ale czy nie czytałam o pobiciach i innych rzeczach, które działy się pod samym Pałacem Kultury? W środku nocy takie rzeczy były tutaj przecież na porządku dziennym. I nawet jeśli ktoś coś widział, nie reagował.
Patrzyłam na niego o moment za długo i poczułam, jakbym go wyzywała. Nagle odnotowałam, że ma czerwony ślad na białej koszuli, tuż pod kołnierzykiem.
Jezu, krew.
Nie, nie, spokojnie, powiedziałam sobie w duchu. Barwa się nie zgadza, to tylko ślad po czerwonym winie.
Uświadomiłam sobie, że wstrzymywałam oddech. Stojący obok mężczyzna też zdawał się to odnotować.
Nagle uniósł lekko otwarte dłonie. Uśmiechnął się.
– Przepraszam – rzucił. – Nie chciałem cię wystraszyć.
Przymknęłam na moment oczy, głęboko odetchnąwszy. Przesadzałam. Facet miał wprawdzie zakazaną mordę i głos tak chropowaty, jakby oddawał dźwięk papieru ściernego, ale nie stanowił żadnego zagrożenia.
Pozwoliłam, by na mojej twarzy pojawił się wyraz rozluźnienia.
– Czekasz na autobus? – dodał.
– Nie, po prostu lubię stać sobie nocami na przystankach.
Parsknął cicho, a potem wypuścił dym w bok.
– Ciekawe hobby.
Zanim zdążyłam odpowiedzieć, zobaczyłam nocny nadjeżdżający od strony ronda. Oboje obróciliśmy się ku niemu i urwaliśmy dalszą rozmowę, jakby przyjazd autobusu był do tego sygnałem.
Chwilę później ja usiadłam w przedniej części, a mężczyzna w skórzanej kurtce z tyłu. Zupełnie jakby czuł się winny, że wywołał we mnie niepokój, i chciał zwiększyć nieco dystans.
Teraz jednak nie wydawał się już zagrożeniem. Przeciwnie, w mroku, który sprawiał, że miejska przestrzeń jawiła się obco, stanowił jasny punkt. Obróciłam się przez ramię i zobaczyłam, że skupia całą swoją uwagę na komórce.
Akurat w momencie, kiedy to robiłam, podniósł jednak wzrok. Był nieco skonsternowany, że na niego patrzę, i niepewnie się uśmiechnął.
– Czyli to jednak coś więcej niż hobby – powiedział.
– Hm?
– Ewidentnie jedziesz autobusem.
Mimowolnie się uśmiechnęłam.
– Gdzie wysiadasz? – dodał.
– Na Górczewskiej.
– To możesz liczyć na towarzystwo – odparł uspokajającym tonem, jakby połapał się, że niespecjalnie podoba mi się samotne podróżowanie nocą.
Przez moment na siebie patrzyliśmy, po czym skupił się z powrotem na telefonie, wyraźnie nie chcąc mnie dłużej zaczepiać. Osunęłam się lekko na swoim miejscu i odprężyłam.
Poczułam spokój do tego stopnia, że kiedy autobus zatrzymywał się na moim przystanku, byłam już mocno senna. Posłałam pożegnalne spojrzenie mężczyźnie, który odpowiedział uniesieniem kącików ust, a potem wysiadłam.
Dopiero po chwili uzmysłowiłam sobie, że on także opuścił pojazd. Od razu się wzdrygnęłam.
– O kurde, przepraszam – rzucił szybko. – Chyba się nie zrozumieliśmy. Miałem na myśli, że też wysiadam na Górczewskiej.
– A, no tak… – odparłam na tyle elokwentnie, na ile w tej chwili było mnie stać.
Facet w kurtce powiódł wzrokiem dookoła.
– Daleko masz? – spytał.
– Nie.
Raptem paręset metrów, ale postanowiłam nie dzielić się szczegółami.
– Ja idę w stronę Galerii Bemowo – powiedział. – Ale mogę podejść z tobą.
Galerii Bemowo? Co to za kierunek? Zabrzmiało to, jakby niespecjalnie orientował się w okolicy, bo stąd do tego miejsca była jakaś godzina marszu. Przez moment miałam wrażenie, że rzucił jakikolwiek punkt orientacyjny w dzielnicy, który kojarzył.
– Dzięki, nie trzeba.
Zbliżył się, ale tylko o parę kroków. Nadal jednak zachowywał bezpieczną odległość.
– O tej porze różnie może być – powiedział.
– Wiem, wiem – zapewniłam. – Ale chłopak po mnie wyjdzie.
– To tym bardziej powinnaś się zgodzić.
– Dziękuję – odparłam. – Naprawdę nie ma potrzeby.
Jakimś cudem zdołałam wymusić beztroskę na twarzy, a potem od razu odwróciłam się i ruszyłam w stronę Czumy, w duchu zapewniając się, że to tylko kilkaset metrów i nic złego się nie zdarzy.
Mężczyzna jednak ruszył za mną.
– Będę trzymał dystans społeczny – oznajmił.
Obejrzałam się przez ramię i zorientowałam się, że przełknięcie śliny przychodzi mi z coraz większym trudem.
O ile w centrum mogłam liczyć na jakiś przypadkowy patrol policji lub dobrego samarytanina, o tyle tutaj nie było żywej duszy.
– No, chyba że chcesz, żebym się trochę zbliżył.
Potrzebowałam chwili, by upewnić się, że naprawdę to powiedział. Znów zrobiło mi się gorąco – i tym razem uczucie nie chciało ustąpić. Szybko wyjęłam komórkę z kieszeni.
– Hej, słyszysz?
Nie odpowiedziałam, przyspieszając kroku.
– No co jest, kurwa? – rzucił. – Nagle odechciało ci się gadać?
Fala gorąca była niemal nokautująca. W całkowicie beznadziejnej próbie wybrałam numer Gracjana i przyłożyłam komórkę do ucha.
– Ogłuchłaś, do chuja?
Przyspieszyłam kroku, ale z jakiegoś powodu nie zaczęłam biec. Sama tego nie rozumiałam. Może mój umysł nie pojmował jeszcze, w jakim niebezpieczeństwie się znalazłam? Może paradoksalnie nie dopuszczałam tego do siebie?
Owszem, mogło to spotkać kogoś innego. W dzisiejszym świecie napaść na samotne kobiety w nocy niestety nie była czymś niespotykanym. Zawsze jednak wydawało mi się, że mnie to nie dotyczy. Mnie to nie dotknie.
Im głośniejsze kroki rozbrzmiewały za mną, tym bardziej docierało do mnie, co może za moment się wydarzyć.
– Mówię coś do ciebie!
Nie obróciłam się, jakby to miało sprawić, że wszystko się urealni.
– Już ja cię, suko, nauczę…
Przecięłam Górczewską niemal biegiem i znalazłam się na niewielkim skwerze przy Kossutha, porośniętym trawą i paroma kępami drzew. Do domu było pięć minut. Szybkim krokiem nawet mniej.
Tak niedaleko. Tak niewiele dzieliło mnie od bezpieczeństwa.
– Dosyć tego – rzucił idący za mną mężczyzna.
O Boże, nie ma szans, żeby zostawił mnie w spokoju.
To się działo naprawdę.
Zanim na dobre to do mnie dotarło, poczułam, jak łapie mnie za ramię. Obróciłam się w całkowitym transie, nie rozumiejąc nawet, dlaczego to robię. Spojrzałam mu prosto w oczy. I zobaczyłam w nich jedynie szaleństwo.
Chciałam krzyknąć, choć wiedziałam, że nikt nie ruszy mi z pomocą. Nie zdążyłam nawet spróbować. Ledwo otworzyłam usta, napastnik popchnął mnie ku kępie drzew. Upadłam tuż przy pniu jednego z nich, natychmiast się obróciłam, ale było za późno.
Mężczyzna znalazł się na mnie. Jedną rękę zacisnął na moich ustach, a drugą wyrwał mi bluzkę ze spodni.
Nie ufaj mu
Minął rok, od kiedy życie Iny Kobryn wywróciło się do góry nogami. Kiedy wreszcie jest gotowa ruszyć dalej i zostawić za sobą trudne przeżycia, poznaje mężczyznę, na którego czekała. Daje jej poczucie bezpieczeństwa, nie ma przed nią tajemnic i sprawia, że Ina po raz kolejny wierzy w lepszą przyszłość.Jej siostra przygotowuje się tymczasem do ślubu z Gracjanem Pabstem, który po...
Spodobał Ci się fragment?
e-book · audio
e-book · audio
e-book · audio
e-book · audio