Kiedy razem z Grahamem wychodzimy, po prostu stajemy na chodniku oszołomieni. Zastanawiam się, czy świat wydaje mu się teraz inny, bo mnie na pewno się taki wydaje. Niebo, drzewa, mijający nas ludzie – wszystko jest nieco bardziej rozczarowujące niż przed tym, jak weszłam do budynku Ethana.
– Chcesz, żebym ci wezwał taksówkę? – pyta Graham.
– Przyjechałam swoim autem. Tam stoi – mówię, wskazując na drugą stronę ulicy.
Zerka z powrotem na budynek.
– Chcę się stąd zmyć, zanim ona dotrze na dół. – Wygląda na szczerze zaniepokojonego, jakby w ogóle nie był w stanie teraz na nią spojrzeć.
Sasha przynajmniej próbuje. Poszła za Grahamem aż do windy, tymczasem Ethan po prostu wszedł z powrotem do mieszkania i zamknął drzwi.
Graham znów na mnie zerka z rękami wciśniętymi w kieszenie kurtki. Otulam się ciaśniej płaszczem. Jedynym, co zostało do powiedzenia, są słowa pożegnania.
– Żegnaj, Graham.
Patrzy na mnie bez wyrazu, jakby był nieobecny. Cofa się o krok. Dwa kroki. Potem się odwraca i zaczyna iść w drugą stronę.