Nie był na bieżąco, właściwie nikt poza kilkoma prokuratorami i sędzią nie wiedział, co w areszcie dzieje się z Piotrem Langerem. Media trzymano na odległość, policja również się nie angażowała.
– Można tak powiedzieć – włączyła się Siarka. – Od roku z nami nie gada. Właściwie z nikim.
– Hm?
– Nie zatrudnił adwokata, nie zgodził się na obrońcę z urzędu. Nie złożył żadnych wniosków, nie nawiązuje kontaktów ze współosadzonymi, nie uczestniczy w zajęciach… właściwie zachowuje się, jakby nie istniał.
– Zachowywał się – sprostowała Paulina. – Dziś rano najwyraźniej się to zmieniło.
Paderborn poczuł nieprzyjemne ciarki na plecach, jakby rozmawiali nie o podjęciu jakiegoś działania przez aresztanta, ale przebudzeniu mitycznego potwora, dotychczas czyhającego na nich gdzieś w głębi morskich toni.
– Co zrobił? – rzuciła Karolina.
– On właściwie nic. Zgłosił się do nas jego adwokat. A właściwie adwokatka.
Nieprzyjemne wrażenie, które czuł Pader, naraz się wzmogło.
– Mecenas Joanna Chyłka – dodała Feruś.
Nad stawem zaległa cisza, przerywana jedynie stęknięciami mężczyzn ściągających z gałęzi torsy ofiar.
– Z jakiegoś powodu podjęła się jego obrony – dodała Paulina.