Patrzę na zegarek na swoim przegubie. Zegarek nie jest drogi. Jest bardzo drogi. To Breitling Chronomat GMT Automatic na skórzanym pasku. Jest 19.40. Piję. Whisky jest delikatna, słodowa, pachnie jabłkiem i cytrusem. Kiwam ręką. Barmanka skwapliwie nalewa mi kolejną porcję. Nie powinienem już pić. Za dużo piłem dzisiaj. Rano jadę z tego miasta. Mam nadzieję, że nie wrócę tu zbyt szybko. Chcę się upić. Nie mogę się upić. Rano mam zjeść jajecznicę na boczku, napić się kawy z mlekiem, bo dzięki mleku jest zdrowsza dla żołądka, zjeść francuskiego rogala z masłem i powidłami, wrzucić swój neseser do bagażnika i jechać do Warszawy.
Niebieski garnitur przełyka ślinę, zbiera się na odwagę, usiłuje coś powiedzieć. Chce być bogiem seksu. Chce, aby kobiety służyły mu swoimi ciałami. Chce, aby blondynka służyła mu swoim. Więc wstaje, idzie, uśmiecha się z daleka. Wszystko, czego pragnie, jest po drugiej stronie strachu.
– Puk, puk – mówi. Głos ma zaskakująco sympatyczny.
– Kto tam? – pyta uprzejmie blondyna.
Ja słucham. Barmanka słucha. Kelner nie słucha, nie może słuchać, jest za daleko.
– Pukanko – wyjaśnia niebieski garnitur i się uśmiecha.