PROLOG
W sali panował półmrok. Przez uchylone okna wkradało się blade światło księżyca, a wraz z nim zapach wiosny. Ze wszystkich pór roku najbardziej lubił właśnie wiosnę. Kojarzyła mu się z wczesną młodością, którą spędził na wsi. Z uśmiechem i śpiewem ptaków. Z polanami pełnymi kolorowych kwiatów i muczącymi krowami. Nie znosił jesieni. To jesienią wydarzyła się tragedia, która zmieniła jego życie w pasmo udręki i cierpienia. Dziś wspomnienia z tamtych odległych dni były mgliste i mętne niczym kałuża po burzy. Poczuł, jak po policzku spływa mu łza. Wytarł ją palcem i naciągnął pościel pod brodę. Wtedy usłyszał za plecami kroki. Wiedział, kto to.
Przyjaciel delikatnie uniósł kołdrę i położył się obok niego. Sprężyny w wysłużonym łóżku złośliwie zaskrzypiały, ale gdy tylko przyjął odpowiednią pozycję i szczelnie okrył się pierzyną, znów zaległa cisza.
– Jutro twój wielki dzień – szepnął mu do ucha. – Ile na niego czekałeś?
– Trzynaście lat i sto osiemdziesiąt dwa dni.
– Szmat czasu.
– Tak… szmat czasu.