– Krew, strzępy same, strzępy na strzępy rozerwane – dodał ktoś inny litanijnym starczym dyszkantem, a wtedy pociąg szarpnął i zatrzymał się tak gwałtownie, że pospadały pakunki z górnych półek, zakwiliło dziecko, „ojbożeboże”, zajęczała Zebrokozia i wcisnęła gazetę do wypchanej torby w kratę, jakby miała zamiar wstać i zabrać się stąd w dawne czasy, za którymi tęskniła.
Przechodzący przez wagon wysoki mężczyzna w ciemnym płaszczu potrącił mnie, ale nie przeprosił i znikł za rozsuwanymi drzwiami. Zauważyłam tylko jego ucho z okrągłym kolczykiem, który rozciągał płatek ciała, tworząc obsceniczną czarną dziurę. Poczułam się tak, jakby mnie wessała. Światło w wagonie zamrugało i zgasło, ogarnęła nas noc tak gęsta, że nic, co żywe, nie wytrwałoby w niej długo.
Koty w piwnicach – powiedział ktoś – koty w piwnicach wytruć trzeba.
Coś załomotało w dach wagonu i zanim znów zrobiło się jasno, przeżyłam moment irracjonalnego lęku, bo odniosłam wrażenie, że kiedyś już doświadczyłam takiej dusznej ciemności i nie wyszłam z niej bez szwanku.