Stał chwilę w milczeniu i badał moją twarz, pragnąc wyczytać z niej historię tych piętnastu lat. Gdy zamykałam za nim drzwi, trzasnęłam za mocno i odpadła podkowa, powieszona na ich wewnętrznej stronie na szczęście, które musiało przeoczyć ten znak zachęty. To nie była ostatnia rzecz, która tego dnia odpadła, rozpadła się lub okazała zepsuta bez nadziei. Dom umierał z teatralną ostentacją, jakby chciał zemścić się za to, że go opuściłam na tak długo. W świetle dnia widać było łaty łuszczącej się farby na suficie, wzdęte bąble wilgoci pod tapetami, wypaczone podłogi i dywany wyżarte przez mole tak, że w niektórych miejscach została tylko biała osnowa. Kalkomania z fiołkami na drzwiach łazienkowych straciła barwy i niegdyś liliowe płatki i zielone listki wyglądały teraz jak skrzydełka martwych owadów. Stałam w pokrytej rdzą wannie, czekając, aż wiekowy junkers zapłonie i będę mogła wziąć kąpiel, ale gdy ciepła woda w końcu zaczęła lecieć, wąż od prysznica nie wytrzymał i pękł na dwoje. „Zrobimy glazurę i terakotę”, obiecywał ojciec, „a może zamiast banalnej terakoty podłogę z cedrowego drewna? Do tego jacuzzi, będziecie taplać się w wodzie jak foczki z wrocławskiego zoo, co wy na to?