Ciemno, prawie noc
Joanna Bator — Literatura

Gdy wyjechałam po śmierci ojca, wysyłałam panu Albertowi pieniądze, mimo iż nie chciał ich brać, prosiłam, by od czasu do czasu kosił trawę w ogrodzie, wietrzył pokoje, oprócz tego największego na parterze, który na moje życzenie pozostawał zamknięty. Ojciec spędził w nim ostatnie lata życia. Zostały po nim niezliczone mapy podziemi Zamku Książ i listy zakupów, na jakie przeznaczy skarb, którego nie udało mu się znaleźć. Na ciężkim poniemieckim biurku stała tam fotografia: ojciec, matka i dwie córki na tle sławnej budowli, zatopieni w letnim popołudniu sprzed prawie czterdziestu lat jak muchy w bursztynie. Zostałam tylko ja i zamek. Nie chciałam, by pan Albert zaraził się smutkiem, który zalegał w pokoju ojca jak ektoplazma. Ektoplazma. Substancja, z której zrobione są duchy, jak mówiła moja siostra Ewa. „A z czego jest zrobiona ektoplazma?”, pytałam. „Z węglowego pyłu i łez!” Pan Albert zajmował się też duchami, bo dbał o groby moich bliskich, co pewnie robiłby bez mojej prośby, ale skoro go poprosiłam, mogłam się czuć mniej winna.