Ciemno, prawie noc
Joanna Bator — Literatura

Nie wróciłam do Wałbrzycha przez piętnaście lat, chociaż w myśli wracałam co dzień, doszukiwałam się topografii tego miasta we wszystkich innych miejscach, w jakie rzucił mnie los, a palmiarnia pana Alberta, która miała imitować tropiki, sprawiła, że tropiki prawdziwe wydały mi się tylko namiastką czegoś, co bezpowrotnie utraciłam.

Za oknem pociągu przesuwały się obrazy, które pamiętałam jak kiedyś już śnione sny. Patrzyłam na ulepionych ze światła i mgły upiornych podróżnych w ciemności za szybą, a miasto rozlewało się i traciło impet, jakby ruch i życie były tylko wyspą na morzu pustki i cienia. Nowe osiedla domów i centra handlowe ustępowały pustym teraz polom, poprzecinanym rzędami tarniny i głogu, na przydrożnych drzewach drapieżne ptaki jak zawsze czyhały na świeże ścierwo nieostrożnego kota albo lisa. Wkrótce pojawił się daleki zarys góry Ślęży, w domach rozsianych u jej stóp w gęstniejącym mroku zapalały się światła nikłe jak płomienie świec. Pociąg wlókł się, w środku parowały ubrania stłoczonych ludzi i unosił się drażniący zapach jedzenia, szeleścił plastik, mlaskały języki.