Na kolejnej stronie też była piosenkarka. Dużą czcionką oznajmiała, że zawsze będzie sobą, a jej wargi nadymały się jak dwie opony tuż przed eksplozją, która zalałaby cały wagon lepką substancją. Cicha studentka, może zainspirowana, wyjęła z kieszeni błyszczyk i nie odwracając wzroku od notatek, zalepiła sobie usta mazią o zapachu syntetycznych malin. „Ojbożeboże”, znów westchnęła kobieta w legginsach i podniosła na mnie wzrok z taką pewnością, jakby nagle rozpoznała we mnie kogoś znajomego. Miała nogi zebry, ale oczy raczej kozie.
– Kiedyś proszę panią wszystko było jak SantorEleni jak Boney M lepiej było się żyło jak się żyło tych lat nie odda nikt.
Milczałam, ale Zebrokoziej to nie zrażało, ciągnęła bez znaków przestankowych: