I
Skrzypienie śniegu kłuło w uszy, prawie biegłem, już nie mogłem się doczekać, aż dotrę na miejsce. Zapadałem się przy każdym kroku i sapałem jak wół. Lał się ze mnie pot.
I świetnie, w ostatnich tygodniach nie spotkało mnie nic lepszego!
Każde skrzypnięcie oznaczało, że jestem o kilkadziesiąt centymetrów dalej od miasta.
Nie mogłem już tam wytrzymać, choć próbowałem i starałem się z całego serca, ale bez skutku. Naprawdę nie dałem rady, a świętowanie Bożego Narodzenia w takich warunkach przekraczałoby moje siły.
Każda godzina spędzona z Natalią w naszym wspólnym mieszkaniu kosztowała mnie mnóstwo wysiłku. W porównaniu z tamtym życiem brodzenie w śniegu było przyjemnym niedzielnym spacerkiem. Nie żałowałem wylanego potu, wykorzystania ostatnich dni urlopu, nie smuciło mnie, że święta spędzę samotnie i że przez najbliższy tydzień nie zamienię z nikim ani słowa. Niczego nie żałowałem, wręcz przeciwnie, czerpałem energię z każdego haustu mroźnego powietrza.