Słowo „rozwód" na razie między nami nie padło. Przynajmniej nie na głos, ale w myślach pojawiało się codziennie. Nasze małżeństwo nie było złe, bynajmniej, pierwsze trzy lata po ślubie minęły bez problemów. Dopiero potem coś się spieprzyło, w sumie nie wiem co – nagle pojawiły się zgrzyty, a próby naprawienia związku nie skutkowały, wręcz przeciwnie: im bardziej się staraliśmy, tym gorzej układało się między nami. Ostatnie półrocze było prawdziwym czyśćcem. A właściwie to mam gdzieś te wszystkie ostrożne sformułowania: nie czyśćcem, tylko piekłem!
Kłóciliśmy się prawie codziennie. Nie chcieliśmy tego, oboje pragnęliśmy chwili spokoju, choćby krótkiej chwili, bo przecież padaliśmy z wyczerpania. Lecz kiedy tylko zostawaliśmy w mieszkaniu sam na sam, powietrze zaczynało drżeć, atmosfera gęstniała. Nie potrzebowaliśmy wiele czasu – zazwyczaj już po kilku minutach, a jeśli oboje zagryzaliśmy zęby, to po kilku godzinach – cicha nerwowość zmieniała się w niezadowolenie, a niezadowolenie w opryskliwość.