Wkurzał mnie każdy ruch Natalii, każdy oddech i każde słowo wypuszczane z ust. Ona czuła wobec mnie to samo, przeszkadzałem jej cały, całkowicie. Prędzej czy później któremuś z nas puszczały nerwy, rzucałem jakąś nieprzyjemną uwagę, a czasem obywaliśmy się nawet bez tego. Wystarczało jedno zwyczajne słowo wypowiedziane czepialskim tonem i już zaczynał toczyć się kamyczek zmieniający się po kilku minutach w lawinę i gwałtowną, pełną nienawiści, wyczerpującą kłótnię. Za każdym razem tak samo.
Dwoje dorosłych ludzi, którzy nie chcą się kłócić. Klik, przewinięcie o cztery minuty do przodu – dwie niepanujące nad sobą istoty pozbawione wszelkiej godności, wykrzykujące najgorsze, najohydniejsze obelgi, trzaskające drzwiami, a w razie potrzeby tłukące wazy, szklanki lub talerze.
Próbowałem zawrzeć z Natalią rozejm, dałem jej do przeczytania poradnik małżeński, ale rzuciła nim we mnie tak mocno, że róg twardej oprawy zranił mnie do krwi.