I właśnie dlatego spakowałem się i wyjechałem. Potrzebuję odpoczynku, oddam pół królestwa za kilka dni relaksu. Wrzuciłem do plecaka trochę suchego prowiantu, żeby przetrwać w nieprzyjaznych warunkach, kosmetyczkę, kilka sztuk bielizny, dres, podkoszulki, sweter, butelkę nafty, zapałki, notes i dyktafon, a do plecaka przywiązałem śpiwór. Nie potrzebowałem nic więcej. Resztę ubrań włożyłem na siebie – w góry chodziliśmy często, nawet zimą, wiedziałem, jak się przygotować. Kiedy już wychodziłem z mieszkania, stanąłem w progu. Odezwało się we mnie jakieś przeczucie. Chciałem je zlekceważyć i wreszcie uciec od tych brzęczących ścian, ale zwyciężyło moje tchórzliwsze ja. Wróciłem do pokoju dziennego, otworzyłem sejf i wyciągnąłem matowy rewolwer Taurus z krótką lufą. Sprawdziłem bębenek, było w nim pięć naboi o kalibrze 0,38 mm.
Może się przydać – pomyślałem i dorzuciłem broń do plecaka.