Wtedy jeden z miejscowych pokonał go w uczciwej walce, a potem nadal go bił, już nie fair, dopóki nie wbił mu do głowy poszanowania dla mafii.
– No więc? – spytał Vikram. – Masz to czy nie?
– Proszę – powiedziałem, wyjmując klejnot z kieszeni i oddając go Vikramowi.
– Super! Wiedziałem, że mogę na ciebie liczyć. Danny się stawiał?
– Wykreśl go z listy pożyczkodawców.
– Thik. – „Dobrze”. Vikram wytrząsnął rubinowy naszyjnik z błękitnej atłasowej saszetki. Rubiny zalśniły krwawo w słońcu. – Słuchaj... Odniosę to mamie. Od razu. Mogę was podwieźć taksówką?
– Jedziesz w przeciwną stronę – powiedziałem, gdy Vikram zatrzymał przejeżdżającą taksówkę. – Wrócę do Leopolda, gdzie zaparkowałem rower.
– Przejdę się z tobą, jeśli mogę – odezwał się Naveen cicho.
– Jak chcesz.
Vikram schował saszetkę za pazuchą i już miał wsiąść do taksówki, gdy zatrzymałem go i szepnąłem, pochylając się do jego ucha:
– Co robisz?
– Jak to?
– Nie oszukasz mnie w sprawie narkotyków, Vik.
– Kto oszukuje? – oburzył się. – Wziąłem tylko parę buchów, to wszystko. I co z tego? Zresztą to towar Concannona. Sam za niego zapłacił. Ja bym...
– Wyluzuj.
– Jestem wyluzowany. Przecież mnie znasz.