– Niektórzy potrafią zerwać z nałogiem. Concannon może do nich należeć. Ty – nie. Dobrze o tym wiesz.
Vikram uśmiechnął się i przez parę chwil przypominał dawnego siebie – tego, który nie potrzebowałby niczyjej pomocy i sam odwiedziłby Goa, tego, który przede wszystkim nigdy nie zastawiłby ślubnej biżuterii swojej matki. Kiedy wsiadał to taksówki, uśmiech znikł z jego oczu. Obserwowałem go zmartwiony niebezpieczeństwem, w którym się znalazł – optymista złamany przez miłość.
Znowu ruszyłem przed siebie. Naveen poszedł za mną.
– Ciągle mówi o tej dziewczynie, Angielce – powiedział.
– To jedna z tych rzeczy, które powinny się udać, ale rzadko się udają.
– O tobie też często mówi.
– Za dużo gada.
– Mówi o Karli, Didierze i Lisie. Ale na ogół o tobie.
– Za dużo gada.
– Powiedział, że uciekłeś z więzienia. I że się ukrywasz.
Stanąłem.
– Teraz ty za dużo gadasz. Jakaś epidemia czy co?
– Nie, pozwól mi wyjaśnić. Pomogłeś mojemu przyjacielowi Aslanowi...
– Co?
– Mojemu przyjacielowi...
– Co ty opowiadasz?
– Pewnej nocy koło Ballard Pier, parę tygodni temu. Pomogłeś mu w trudnej sytuacji.