– Nie ma o czym opowiadać.
– Naveen Adair – powtórzyłem wyraźnie. – Co ci dokopało bardziej, twoja angielska czy hinduska strona?
– Zbyt angielski dla Hindusów – rzucił ze śmiechem – i zbyt hinduski dla Angoli. Mój ojciec...
Kraina zwana ojcem jest dla zbyt wielu z nas pełna trudnych szczytów i zaginionych dolin. Czekałem, aż Naveen je pokona i znowu przemówi.
– Kiedy opuścił matkę, mieszkaliśmy na ulicy, dopóki nie skończyłem pięciu lat, choć właściwie niewiele pamiętam.
– Co się stało?
Naveen podniósł spojrzenie na ulicę; w jego oczach można było dostrzec przepływające kolory i emocje.
– Miał gruźlicę. Sporządził testament, w którym ustanowił matkę swoją spadkobierczynią i okazało się, że miał mnóstwo pieniędzy, więc nagle staliśmy się bogaci, a potem...
– Wszystko się zmieniło.
Naveen spojrzał na mnie takim wzrokiem, jakby żałował swojej gadatliwości.
Wentylator, oddalony zaledwie o kilka centymetrów, przyprawił mnie o ból głowy. Wezwałem kelnera i poprosiłem, żeby trochę go przykręcił.
– Zimno? – prychnął z ręką na pokrętle. – Ja ci pokażę zimno!
Ustawił wentylator na huraganową piątkę. Policzki mi zlodowaciały. Zapłaciliśmy i wyszliśmy, słyszałem, jak woła na pożegnanie: