– Bom shankar! – zawołał Vikram, sięgając po fajkę. – Lin, to Naveen Adair, prywatny detektyw. Słowo daję. Naveen, to Lin, facet, o którym ci opowiadałem. Jest lekarzem w slumsach.
Młodzieniec wstał, żeby uścisnąć mi rękę.
– Na razie nie jestem detektywem – powiedział z nieśmiałym uśmiechem.
– Nie szkodzi – odparłem, także się uśmiechając. – Ja w ogóle nie jestem lekarzem.
Trzeci mężczyzna, który zapalił fajkę, pociągnął z niej i podsunął mi ją. Podziękowałem uśmiechem, więc podał ją mężczyźnie siedzącemu na łóżku.
– Jestem Vinson – powiedział, potrząsając moją dłonią jak wielki, wesoły szczeniak. – Stuart Vinson. Wiele o tobie słyszałem.
– Każda cipa słyszała o Linie– oznajmił Concannon, przyjmując fajkę od mężczyzny na łóżku. – Vikramowi gęba się na twój temat nie zamyka. Jest jak nastoletnia fanka. Lin to, Lin tamto, Lin sramto. Powiedz, Vikram, obciągnąłeś mu już? Naprawdę taki dobry czy tylko tak gada?
– Jezus, Concannon! – jęknął Vinson.
– Co? – spytał Concannon jak wcielenie niewinności. – No co? Zadałem tylko pytanie. Indie nadal są wolnym krajem, tak? Przynajmniej tam, gdzie mówi się po angielsku.