– Nie zwracaj na niego uwagi – powiedział do mnie Vinson, przepraszająco wzruszając ramionami. – On nad tym nie panuje. Ma jakiś zespół skurwysyna Tourette’a czy coś takiego.
Stuart Vinson, Amerykanin, miał muskularną sylwetkę, szerokie, wyraziste rysy i gęstą szopę rozczochranych jasnych włosów nadających mu wygląd człowieka morza, który szuka przygód podczas samotnych wypraw jachtem. W rzeczywistości był dilerem narkotykowym, w dodatku bardzo znanym. Słyszałem o nim, podobnie jak on słyszał o mnie.
– To Dżamal – podjął Vikram, nie zwracając uwagi na Vinsona i Concannona, i przedstawiając mnie mężczyźnie siedzącemu po lewej stronie łóżka. – Importuje, przetwarza i pali. Teatr Jednego Aktora.
– Teatr Jednego Aktora – powtórzył Dżamal. Był chudy, o gadzich oczach, obwieszony ogromną liczbą religijnych amuletów. Zacząłem je liczyć, zahipnotyzowany takim nagromadzeniem świętości. Zauważyłem symbole pięciu głównych religii, zanim moje spojrzenie zatrzymało się na jego uśmiechu.
– Teatr Jednego Aktora – powiedziałem.
– Teatr Jednego Aktora – powtórzył.
– Teatr Jednego Aktora.
– Teatr Jednego Aktora.
Zrobiłbym to jeszcze raz, ale Vikram mnie powstrzymał.