PROLOG
Dziwne, że zawsze obwieszczamy coś ważnego ludziom w śpiączce, jakby zapadli w nią z nudy.
Mama leży na oddziale intensywnej terapii, lekarz powiedział, że zostały jej dwie doby życia. Babcia, dziadek i tata siedzą w poczekalni, obdzwaniają rodzinę i jedzą przekąski z automatu. Babcia mówi, że ciastka koją jej nerwy.
Stoję przy drobnym, nieruchomym ciele mamy z trzema starszymi braćmi – Marcusem („my, razem”), Dustinem (bystrzakiem) i Scottem (wrażliwcem).
Wycieram szmatką jej zaklejone ropą powieki i wtedy się zaczyna. My pochyla się nad nią.
– Mamo – szepcze jej do ucha – niedługo przeniosę się z powrotem do Kalifornii.
Zamieramy w oczekiwaniu. Może mama nagle się obudzi? Cisza. Podchodzi Bystrzak.
– Mamo. Uhm, mamo, Kate i ja bierzemy ślub.
Ponownie wytężamy słuch. Wciąż nic.
– Mamusiu…
Nie słucham, co mówi Wrażliwiec, zbyt pochłonięta własną kwestią, która ma ją wskrzesić.
Nadchodzi moja kolej. Czekam, aż wszyscy pójdą coś przegryźć, chcę to zrobić na osobności. Przysuwam z piskiem krzesło i siadam obok łóżka. Uśmiecham się, zaraz wytoczę ciężką artylerię. Co tam przeprowadzka, co tam ślub. Mam do zaoferowania coś znacznie lepszego. Coś, na czym mamie zależy najbardziej.