Co przyniesie jutro
Mélissa Da Costa — Literatura

1

Zardzewiały zamek się zacina. Mężczyzna siłuje się z kluczem, wyciąga go i próbuje jeszcze raz. Tutaj również jest potwornie gorąco. Może nie tak jak w mieście czy na otwartej przestrzeni, lecz mimo wszystko. Musi być ze trzydzieści stopni. Mężczyzna wzdycha, przez chwilę się zastanawia, po czym lekko napiera ramieniem na drewno, przekręcając klucz. Ciężkie, pokryte łuszczącą się farbą drzwi ustępują ze zgrzytem i otwierają się do wewnątrz, na półmrok i chłód.

Dom stał zamknięty przez długie miesiące. Lekka woń stęchlizny drażni nozdrza, lecz nieprzyjemny zapach rekompensuje panująca w środku niska temperatura. Podejrzewam, że jest nie więcej niż dwadzieścia dwa stopnie. Idealnie. Słyszę, jak mężczyzna się krząta, odstawia na podłogę teczkę z ekologicznej skóry. Klucze dzwonią, kiedy wsuwa je do kieszeni spodni.

– Szukam włącznika – wyjaśnia.

Stoję w ciemnej sieni i cierpliwie czekam. Nie mam nic lepszego do roboty. Od wieczoru dwudziestego pierwszego czerwca czekanie stało się moją drugą naturą. Moim jedynym zajęciem. Mężczyzna głośno wzdycha. Męczy go upał? Irytuje się szukaniem po omacku? Nie pomagam mu. Wyłączam się. Czekam.