Co przyniesie jutro
Mélissa Da Costa — Literatura

Czas płynie spokojnie między grubymi ścianami starego domu. Nie wiem, ile to trwa, ale zauważam brak sąsiadów i ciszę. To też jest dobre.

– Już. Przepraszam.

Nagle sień wypełnia się światłem. Agent nieruchomości ociera czoło i uśmiecha się do mnie nieco zakłopotany, bo jest pewien, że zaraz odwrócę się na pięcie i sobie pójdę. Wątły blask żarówki, woń stęchlizny, drzwi, które otwiera się z niemałym trudem, bo prawdopodobnie drewno spęczniało. Mimo to nigdzie się nie wybieram. Rozglądam się po korytarzu, który przypomina ciemny tunel bez okien: miedzianobrązowe płytki, białe ściany, ciemne drewniane listwy, obraz przedstawiający kamienny kościół.

Szelest wyciąganych kartek. Mężczyzna sprawdza notatki, nie przygotował się wcześniej. Ponownie ociera pot z czoła. Stoję nieruchomo. O nic nie pytam. Sam zacznie. Albo i nie. Nieważne.

– Dom jest z tysiąc dziewięćset czterdziestego, ale elewacja została odnowiona dziesięć lat temu, a dach ocieplono zeszłej zimy.

Dostrzegam chyba błysk satysfakcji w jego oczach, bo to bez wątpienia duży plus. Zatrzymuję wzrok na obrazie przedstawiającym kościół, choć tak naprawdę na niego nie patrzę.