I tym razem nie komentuje szalonej decyzji, którą podjęłam w ciągu zaledwie kilku dni, choć moja rodzona matka nie powstrzymałaby się od paru kąśliwych uwag.
– Dobrze ci tam? – pyta po prostu.
Nie, nie jest mi dobrze. Ani tu, ani nigdzie indziej. Choć może nie jest tu najgorzej, więc przytakuję.
– Byłaś w mieszkaniu? – pytam.
– Jeszcze nie.
Domyślam się, że podobnie jak ja nie ma na to ochoty, i ją rozumiem. To jest wciąż zbyt świeże.
– Pojedziemy z Richardem.
– Tak będzie najlepiej.
Zapada cisza. Nie wiem, co jeszcze mogłabym dodać, ona najwyraźniej też. W końcu pierwsza przerywa milczenie:
– Mogę tam posprzątać, jeśli chcesz. Będzie czysto na twój powrót.
– Nie ma sensu.
– Dlaczego?
– Nie zamierzam wracać.
Słyszę, jak przełyka ślinę.
– Zamierzasz je wynająć… w międzyczasie? – Jest przekonana, że prędzej czy później wrócę, choć wiem, że nie potrafiłabym już tam mieszkać. – Dzięki temu miałabyś pieniądze… Przecież będziesz teraz płacić czynsz za dom w Owernii…
– Masz rację… To dobre rozwiązanie.
Ufam Anne. Potrafi zachować zimną krew i trzeźwość myśli pomimo bólu i się zobowiązuje:
– Zajmę się tym jeszcze w tym tygodniu.
– Dobrze.