Stawiam walizkę przed drzwiami sypialni i wracam do samochodu po dużą plastikową torbę. Waży niemało. Torba pierwszej potrzeby. Z prowiantem. Taszczę około pięćdziesięciu konserw, ryż, makaron i wszelkiego rodzaju płatki śniadaniowe. Przez kolejne dni nie zamierzam się stąd ruszać.
Chciałabym się położyć i zasnąć. Chyba dopada mnie zmęczenie, choć może to coś innego, trudno stwierdzić, bo bezsenność kompletnie zaburzyła mój rytm dobowy. Jest mi trochę zimno, przechodzi mnie dreszcz. Zarzucam koc na ramiona i wyciągam telefon z torebki. Dwa esemesy od mamy. Mejl od notariusza w sprawie formalności związanych z testamentem. Nieodebrane połączenie od Anne. Sprawdzam zasięg i nie ma dramatu, więc postanawiam oddzwonić. Tylko jej głos wciąż potrafię znieść. Ponieważ jest jego matką. Ponieważ lepiej niż ktokolwiek inny rozumie mój ból.
Boję się, że nie odbierze, przecież zrobiło się późno, ale odzywa się po dwóch sygnałach.
– Amande? Czekałam na twój telefon.
– Urządzałam się na miejscu.
Kłamię. Domyśla się, ale nie ma mi za złe.
– Kiedy dojechałaś? Po południu?
– Tak.
– I jak dom? Podoba ci się?
– Zostaję. Podpisałam umowę.