Judith westchnęła.
– Kochanie, dlaczego nie potrafisz pogodzić się z faktem, że dla was nie ma już miejsca? To koniec.
– Jeśli los dał nam szansę i udało się nam wyjść z więzienia, to oznacza, że nie wszystko stracone – odparł Johann.
– To nie los dał wam szansę, tylko poczciwy Herbert von Reuss. I nie zrobił tego po to, byście znowu wdawali się w jakieś awantury, ale normalnie żyli, pracowali i zapomnieli o swojej partii – jęknęła.
– Normalnie? Ty to nazywasz normalnością? Wyrzucili mnie już z drugiej posady, bo mam żonę Żydówkę – warknął Johann.
– Mogłeś się ze mną nie żenić – burknęła.
– Przestań tak mówić. To nie o to chodzi, że ty jesteś Żydówką, ale idzie o fakt, że komuś to przeszkadza. Błagam, Judith, wyjedźmy stąd…
– Wiesz, że jestem na to gotowa, ale nie wyjadę do Związku Radzieckiego.
– Wierzysz w ich propagandę? – westchnął Johann.
– Już sama nie wiem, w co mam wierzyć. Ja się po prostu boję. Znany wróg jest lepszy od tego kompletnie nieznanego. Tutaj mam przyjaciół, znajomych, ludzi, którzy mi pomogą, a tam?
– Przyjaciół nazistów. Skoro tak ci tu dobrze, dlaczego nie chcesz się zdecydować na dziecko?