1.
Upalny czerwcowy dzień dogasał w czerwonozłotej barwie zachodzącego słońca. Na bladoniebieskim niebie pojawiło się kilka pierzastych obłoków, na łąkach ćwierkały głośno świerszcze, a w liściach drzew, od czasu do czasu, szumiał wiatr. Daleko na horyzoncie ciągnęły się sosnowe lasy, które z każdą chwilą stawały się ciemniejsze. Coraz dłuższe i ciemniejsze stawały się też cienie na łąkach, a sosnowe pnie przybierały ciepłą, rudozłotą barwę.
– Jutro – oświadczył Maksym – wracam do Berlina.
Letni wieczór stracił natychmiast cały swój urok. Felicja Degnelly, która siedziała koło chłopaka nad brzegiem potoku, spojrzała na niego przerażona:
– Już jutro? Ale dlaczego? Przecież lato dopiero się zaczęło.
– Muszę się spotkać z przyjaciółmi. Ważnymi przyjaciółmi – odpowiedział wymijająco Maksym.
– Towarzysze! – powiedziała kpiąco Felicja, ale ton jej głosu zdradzał, jak bardzo poczuła się urażona. Ci towarzysze byli więc ważniejsi niż ona, niż wspólne lato na wsi i wieczory takie jak ten.
Spojrzała na Maksyma z boku i pomyślała z nagłym rozgoryczeniem: „Nie wiesz, czego chcesz!”.