Piątkowe późne popołudnie niezauważalnie zaczęło przechodzić w wieczór. Gdy skończyła pisać kolokwium, było jeszcze widno. Teraz niebo robiło się coraz ciemniejsze, a miasto zaczynały rozświetlać zapalające się to tu, to tam uliczne latarnie. Po ulicach mknęły samochody, a ludzie pomimo zimna poruszali się jakby weselej. Zaczynały się przygotowania do weekendowego odpoczynku, podczas gdy one kierowały się pospiesznie ku przystankowi. Zwykle zatłoczony o tej porze tramwaj miał zawieźć je do pracy.
Za namową Neli już od pierwszego roku studiów zawsze gdzieś pracowała. Robiła to dla własnej satysfakcji, a przy okazji ku radości mamy, ponieważ w ich domu nigdy się nie przelewało. Nela z kolei pracowała od dziecka. Pochodziła z rodziny ubogiej, a do tego wielodzietnej. Była najstarsza z rodzeństwa i to na niej spoczywał obowiązek pomocy rodzicom, którzy żyli z produkcji mleka w małej mazurskiej wiosce. Jako mieszkanka dużego miasta musiała sama utrzymać się w miejskiej dżungli. Poza tym trochę uważała się za żywicielkę rodziny, może nie jedyną, ale z pewnością niezastąpioną. Regularnie wysyłała rodzeństwu niewielkie sumy na bieżące potrzeby.