Pulsujący ból przenikał do ramienia. Pot wystąpił mu na czoło, każde włókno jego ciała krzyczało wniebogłosy, by zabrał dłoń z tej płonącej czeluści… jednak… gom dżabbar. Nie odwracając głowy, usiłował spojrzeć na ową upiorną igłę znieruchomiałą przy jego szyi. Zachłystywał się powietrzem, chciał uspokoić oddech i nie mógł.
Ból!
Cały jego świat zniknął prócz konającej w męczarniach dłoni i starczej twarzy wpatrzonej w niego z odległości paru centymetrów. Wargi tak mu wyschły, że miał trudności z ich rozdzieleniem.
„Palę się! Palę się!”
Wydawało mu się, że czuje, jak skóra zwija się i czernieje na konającej dłoni, ciało przepala się i odpada, obnażając zwęglone kości.
Stop!
Ból ustał jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Paul był zlany potem, prawa ręka mu dygotała.
– Dosyć – wymamrotała stara. – Kull wahad! Żadna dziewczynka tyle nie wytrzymała. Chyba pragnęłam twej porażki. – Odchyliła się w tył, zabierając gom dżabbar. – Wyciągnij rękę ze skrzynki i spójrz na nią, młody człowieku.