Diuna
Frank Herbert — Science fiction

W świetle lampy dryfowej, przyciemnionej i spuszczonej nad podłogę, rozbudzony chłopiec zobaczył w drzwiach masywną postać kobiety stojącej o krok przed jego matką. Postać wiedźmowatej zjawy – włosy jak potargana pajęczyna kryły jej rysy w ciemności, oczy migotały jak klejnoty.

– Czy nie jest za mały na swój wiek, Jessiko? – spytała. Jej głos skrzypiał i brzęczał niczym rozstrojona baliseta.

– Jak wiadomo, Atrydzi późno zaczynają rosnąć, wasza wielebność – odparła delikatnym kontraltem matka Paula.

– Tak mówią, tak mówią – zaskrzypiała stara. – Jednak ma już piętnaście lat.

– Tak, wasza wielebność.

– Nie śpi i słucha nas – powiedziała kobieta. – Mały, chytry gałgan. – Zachichotała. – Ale tron wymaga chytrości. I jeśli on rzeczywiście jest Kwisatz Haderach… hmm…

Pośród cieni wokół łóżka Paul mrużył oczy. Wydawało mu się, że dwa błyszczące ptasie paciorki – źrenice staruchy – obserwując go, rozszerzają się i świecą.

– Śpij dobrze, mały chytrusku – powiedziała stara. – Musisz zebrać wszystkie siły na jutrzejsze spotkanie z gom dżabbar.

I wypchnąwszy jego matkę, zniknęła za drzwiami, zamykając je solidnym trzaśnięciem.

Paul leżał, zachodząc w głowę: „Co to takiego gom dżabbar?”.