Dom orchidei
Lucinda Riley

Teraz wracała do majątku jako trzydziestojednoletnia kobieta. Podczas gdy Alicia nie przestawała paplać o czwórce swoich dzieci, Julia poczuła to samo zniecierpliwienie, które odczuwała w samochodzie rodziców, kiedy wyglądała przez tylną szybę z nadzieją, że lada chwila, za kolejnym znajomym zakrętem, zobaczy masywną bramę wjazdową do Wharton Park.

– Tam jest zjazd! – pisnęła, widząc, że Alicia zamierza go przejechać.

– Chryste, masz rację. Nie byłyśmy tu od tak dawna, że prawie zapomniałam.

Wjeżdżając na podjazd, Alicia zerknęła na siostrę. Oczy Julii zdradzały gorączkowe wyczekiwanie.

– Uwielbiałaś to miejsce, prawda? – spytała łagodnie.

– Tak, a ty nie?

– Szczerze mówiąc, nudziłam się tu. Nie mogłam się doczekać, kiedy wrócę do miasta i spotkam się z przyjaciółmi.

– Zawsze lepiej czułaś się w mieście – rzuciła Julia.

– Tak i zobacz, jak skończyłam: mam trzydzieści cztery lata, wiejski dom na odludziu, gromadę dzieci, trzy koty, dwa psy i kuchenny sprzęt firmy Aga. Gdzie, do cholery, podziały się światła wielkiego miasta? – W jej głosie słychać było ironię.

– Zakochałaś się i założyłaś rodzinę.

– Za to ty zakosztowałaś wielkomiejskiego życia – zauważyła bez złośliwości Alicia.