Dom orchidei
Lucinda Riley

– Jest bardzo smutna, Julio. Może orchidea poprawi jej nastrój. A teraz bądź dobrą dziewczynką i idź już.

Osoba na schodach to z pewnością nie lady Crawford. To młody chłopak. Wygląda na cztery, pięć lat starszego ode mnie, a jego gęste, kręcone kasztanowe włosy są zbyt długie jak na chłopca. Jest bardzo wysoki, choć przeraźliwie chudy; jego ramiona przypominają patyki wystające z podwiniętych rękawów koszuli.

– Szukam lady Crawford. Przyniosłam jej to, ze szklarni – bąkam nieśmiało.

Chłopak powoli pokonuje resztę schodów i wyciągając ręce, staje tuż obok.

– Jeśli chcesz, sam jej zaniosę.

– Dziadek powiedział, że mam to oddać osobiście – odpowiadam zdenerwowana.

– Niestety w tej chwili odpoczywa. Nie czuje się najlepiej.

– Nie wiedziałam.

Chcę zapytać, kim właściwie jest, ale nie mam śmiałości. Mam wrażenie, że chłopak potrafi czytać w moich myślach, bo zaraz potem mówi:

– Lady Crawford to moja ciotka, więc chyba możesz mi zaufać, prawda?

– Tak, proszę. – Podaję mu orchideę i cieszę się w duchu, że nie będę musiała przekazywać jej osobiście. – Czy mógłbyś powiedzieć lady Crawford, że mój dziadek mówi, że to nowa… – szukam w głowie właściwego słowa – …hybryda, która niedawno zakwitła?