Dom orchidei
Lucinda Riley

– Dobrze, przekażę jej.

Stoję nadal, nie wiedząc, jak się zachować. On także.

W końcu pyta:

– Jak masz na imię?

– Julia Forrester. Jestem wnuczką pana Stafforda.

Słysząc to, unosi brwi.

– Ja nazywam się Christopher Crawford, dla przyjaciół Kit.

Wyciąga wolną rękę i wymieniamy uścisk dłoni.

– Miło cię poznać, Julio. Słyszałem, że świetnie grasz na pianinie.

Rumienię się.

– Nie sądzę – odpowiadam.

– Nie bądź taka skromna – karci mnie. – Słyszałem, jak kucharka i twoja babcia rozmawiały o tobie dziś rano. Chodź za mną.

Wciąż potrząsa moją ręką i ciągnie mnie za sobą. Przecinamy hol i mijamy kolejne pokoje pełne eleganckich mebli, które sprawiają, że dom wygląda jak naturalnych rozmiarów domek dla lalek. Zastanawiam się, gdzie siedzą wieczorami i oglądają telewizję. W końcu wchodzimy do pokoju skąpanego w złocistym świetle, które wpada przez trzy wysokie okna z widokiem na taras prowadzący do ogrodów. Są tu trzy masywne sofy ustawione wokół wielkiego marmurowego kominka, a w odległym kącie przy jednym z okien stoi fortepian. Kit Crawford prowadzi mnie do niego, wysuwa taboret i zmusza, żebym usiadła.

– No śmiało. Posłuchajmy, jak grasz.