Dom orchidei
Lucinda Riley

Kobieta wbija w niego spojrzenie zimnych oczu.

– Nie. Nie obudziliście mnie. Ale nie w tym rzecz, Kit. Z pewnością wiesz, że zabraniam komukolwiek grać na tym fortepianie.

– Przepraszam, ciociu Crawford. Nie wiedziałem. Ale Julia jest taka cudowna. Ma dopiero jedenaście lat, a gra jak wytrawna pianistka.

– Dość! – powtarza stanowczo lady Crawford.

Kit zwiesza głowę i daje mi znak, żebym razem z nim wyszła z salonu.

– Jeszcze raz przepraszam – bąka, kiedy przemykam za jego plecami.

Kiedy mijam lady Crawford, kobieta zatrzymuje mnie.

– Jesteś wnuczką Stafforda? –pyta.

Spojrzenie jej zimnych niebieskich oczu zdaje się przewiercać mnie na wylot.

– Tak, lady Crawford.

Jej wzrok łagodnieje i patrząc na nią, mam wrażenie, że zaraz się rozpłacze. Ale ona tylko kiwa głową i przez chwilę szuka odpowiednich słów.

– Ja… przykro mi z powodu twojej matki.

– Julia przyniosła ci orchideę – wtrąca Kit, wyczuwając napięcie. – To nowa odmiana ze szklarni jej dziadka. Prawda, Julio? – dodaje mi odwagi.

– Tak– odpowiadam. Czuję pod powiekami palące łzy, jednak robię wszystko, żeby się nie rozpłakać. – Mam nadzieję, że się pani spodoba.

Kobieta kiwa głową.

– Na pewno. Powiedz dziadkowi, że bardzo mu dziękuję.