Zerkam na komórkę, nie mam żadnych nieodebranych połączeń od międzynarodowego numeru z kierunkowym +46. Kristoffer nie zwalnia na zakrętach, trochę mi niedobrze i staram się nie patrzeć na opróżnioną do połowy butelkę fanty i pustą paczkę po czipsach na podłodze auta, tuż przy moich stopach. Kristoffer przytył, zaokrągliły mu się policzki, zastanawiam się, czy razem z Oleą podjadają ukradkiem słodycze i piją napoje gazowane, gdy w pobliżu nie ma Marthe. Zerkam na jego opalone przedramiona. Marthe mi pisała, że mieli kilka ładnych pierwszych dni urlopu, parę razy wypłynęli na przybrzeżne wysepki, by się tam kąpać, ale teraz podobno pogoda jest raczej w kratkę, spakowałam więc zarówno strój plażowy, jak i wełniany sweter.
– Kiedy przyjadą mama i Stein? – pytam.
– Jutro – odpowiada Kristoffer. – Dobrze, że dziś spędzimy jeszcze wieczór tylko we trójkę. Marthe nie jest w najlepszej formie.
– Bomba – rzucam.
– Wiesz, jak to jest – stwierdza Kristoffer, drapiąc się po brodzie. – Hormony.
Mówi to tak, jakby to było dla mnie oczywiste: „W i e s z, jak to jest”, choć doskonale wie, że ja nie wiem, jak to jest. Mimo to wzdycham i odpowiadam: „Oj, tak”.