Mdli mnie od czytania książki i za chwilę rozładuje mi się telefon, podcastów też więc nie mogę słuchać, w uszach mam tylko brzdąkanie i wyśpiewywane metalicznym głosem piosenki Myszodrapa: W czystym ciele zdrowy duch, woda, mydło, szczotka w ruch. Przed wjazdem do tunelu Telemarksporten nie mogę się już powstrzymać, odwracam się do ojca – to młody hipster z brodą i włosami związanymi w idiotyczny koczek – uśmiecham się szeroko i pytam, czy mogliby być tak dobrzy i trochę ściszyć. Sama słyszę, jak ostro brzmi mój głos, facet dostrzega moją satysfakcję, ale nie mogą przecież tak siedzieć z włączonym dźwiękiem w przepełnionym autobusie linii ekspresowej, do tego w lipcu, no po prostu nie mogą.
– Taa... – odzywa się hipster, pocierając kark. – A co, przeszkadza to pani?
Mówi dialektem ze Stavanger.
– Jest trochę za głośno – odpowiadam i nadal się uśmiecham.
Mój rozmówca się kwasi i wyrywa iPada z rąk dzieciaka, który zaczyna się drzeć, zaskoczony i wściekły, siedzące przede mną starsze małżeństwo odwraca się i patrzy na mnie z irytacją, nie na bachora i jego ojca, ale właśnie na mnie.